Tag Archives: Wyspa

Życie w dżungli

Zaraz po opuszczeniu pociągu czekały nas wszystkie procedury związane z przejściem granicy. Z pieczątką w paszporcie wyszliśmy na miasto. Od razu było widać, że to muzułmański kraj. Wszyscy w tradycyjnych strojach patrzeli się na nas z raczej przyjazną ciekawością. Usadowiliśmy się po środku wielkiego targu i obserwowaliśmy ludzi czekając na naszego kolejnego hosta. Finalnie podjechał po nas jego ojciec. W samochodzie wielkości tico zabrał nas do swojej przy uniwersyteckiej restauracji. Popularna w Malezji w formie bufetu z przepysznym jedzeniem do wyboru. Ugościł nas i przybliżył nieco swoją kulturę. Byli tradycyjną muzułmańską rodziną i poprzez couchsurfing chcieli oczyścić swoje dobre imię uświadamiając innych, że tak naprawdę są życzliwymi ludźmi a nie mordującymi się nawzajem zwierzętami jak to pokazują w telewizji za pomocą ISIS. Oczywiście mieli swoje tradycyjne sztuki walki o nazwie silat, z którymi nas potem zaznajomili, jednak wyglądało to dla nas bardziej jak teatralna sztuka. Żyli bardzo skromnie. Cała wieloosobowa rodzina mieszkała w jednym wielkim pokoju. Spaliśmy tak jak oni na ziemi z jedną różnicą w formie namiotu, który robił nam za moskitierę. Niedaleko ich chatki był park krajobrazowy Gua Kelam (Jaskinia Ciemności) z najpiękniejszą jaskinią jaką w życiu widzieliśmy. Głęboką na 370 metrów z bardzo wysokim stropem robiła mega wrażenie. Po drugiej stronie w dolinie Wan Tangga był piękny park z rzeką po środku i drugą równie piękną jaskinią. Wszystko to zobaczyliśmy za niecałą złotówkę bo tyle kosztował nas wstęp. Tak tanio, a miejsce praktycznie było pozbawione turystów. Zahiri nasz oficjalny host nie miał za wiele czasu dla nas, gdyż uczył małe dzieciaki sztuk walki ale i tak dowiedzieliśmy się wiele na temat ich tradycji i życia. Zaoferował się zawieźć nas na prom w Kuala Perlis i przy okazji pokazać meczet. W końcu mogliśmy zobaczyć muzułmańską świątynię od środka nie będąc wyznawcami. Podziękowaliśmy Zahiriemu i udaliśmy się na prom na wyspę Langkawi. Miejsca dla pasażerów były w środku, więc jedynie przez małe okienko podziwialiśmy niebieściutką wodę i wyrastające z niej małe wysepki. Na samej wyspie mało było nowoczesności. Wszystko bardziej wyglądało jakby pozostało w latach 90. Standardowo z buta ruszyliśmy do położonego jakieś 20 km dalej Pantai Cenang, jednak szybko przyciągnęliśmy wzrok bardzo miłej młodej kobiety, która specjalnie się zatrzymała i ochoczo podwiozła nas pod sam hostel. Mieścinka, a właściwie pełno straganów i sklepów rozstawionych wzdłuż jednej ulicy wyglądała podobnie jak nasze nadmorskie deptaki. Zaraz za główną drogą rozpościerała się plaża zastawiona wszelkim możliwym sprzętem przeznaczonym do wodnej rekreacji. Odeszliśmy dalej by tuż naprzeciw resortów cieszyć się ciepłą lazurową wodą. Żar lał się z nieba i człowiekowi ciężko było oddychać, a taka pogoda miała nam towarzyszyć przez najbliższe prawie dwa miesiące. Byliśmy umówieni z gościem, który prowadził na wyspie w dżungli małe spa a my mieliśmy być jego wolontariuszami. Po wymianie detali nagle przestał się odzywać i zaczynaliśmy już panikować, że zostaliśmy z niczym gdy nagle dał nam znać, że na nas czeka. Zabraliśmy nasze manatki i tyłki z hostelu i ze spokojem ducha poszliśmy przez wyspę w kierunku dżungli.

Zrobiliśmy prawie 10 km z buta. Prawie bo miły chińczyk zatrzymał się o zaoferował podwózkę. Na Langkawi to chyba normalne. W końcu dotarliśmy do naszego hosta. Eric okazał się niezbyt wymagającym, zabawnym gejem i jedyne czego od nas oczekiwał to wypełnianie zadań z prostej check listy. Mieliśmy karmić jego zwierzaki, sprzątać w spa i pokojach przeznaczonych na Airbnb. Po dwóch dniach wszystkie zadania zajmowały nam mniej niż 2 godziny z umówionych 4. Nasza sypialnia była w domku na drzewie, a codziennie po przebudzeniu mieliśmy widok na gęsty las deszczowy. Obserwowaliśmy z niego małpki skaczące z drzewa na drzewo, całą rzeszę różnistych ptaków, jakich nie widzieliśmy nigdzie indziej oraz wszelkie mniej lubiane przez nas robactwo. Był to czas prawdziwego lenistwa, a naszymi jedynymi kompanami były 3 psy, kot i wielki gekon mieszkający w naszym domku. Eric przyjeżdżał jedynie by zająć się klientami lub by przywieźć jedzenie dla psów, więc większość czasu byliśmy pozostawieni sami sobie. Do swojej dyspozycji mieliśmy dwa rowery i dogorywający skuter ale bez nich poruszanie się po wyspie było by raczej niemożliwe, gdyż wszędzie było bardzo daleko. Jak to bywa w Azji, taniej było nam się stołować we wsi u lokalsów niż samemu gotować więc po dwóch tygodniach już większość mieszkańców nas kojarzyła. Jedynie by uczcić Wielkanoc zrobiliśmy wyjątek gotując polski obiad.

Jedzenie było naprawdę wyśmienite, szczególnie u naszej pani jak ją nazywaliśmy, rodowitej Tajki. Bywaliśmy u niej dzień w dzień, a gdy wyjechała na wakacje to myśleliśmy, że będziemy głodować.
Każdy dzień wyglądał praktycznie tak samo. Pobudka, śniadanie, obowiązki, spacer do wsi na lunch, czas dla siebie, który przeważnie spędzaliśmy w domku na drzewie uciekając pod wiatrak przed skwarem. Potem ponowny spacer na kolację i ucieczka do domku tym razem przed krwiopijcami. Codziennej rutynie wtórował pięć razy dziennie głos modlitwy dobiegający z pobliskiego meczetu.

Oczywiście nudziło nam się strasznie i po obejrzeniu już całego Netflixa i zaplanowaniu reszty podróży nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. W weekendy wybieraliśmy się na wycieczki. Najczęściej do oddalonego o 10 km Pantai Cenang na plażę i żeby coś przegryźć. Zwiedziliśmy również północną część wyspy przez co prawie wyzionęliśmy ducha. Podjazdy były dosyć strome a na średniej jakości rowerach przy 35 stopniach było to wręcz ekstremalne, ale za to dotarliśmy do przepięknej plaży z widokiem na naszą ukochaną Tajlandię. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na plaży przy marinie by na spokojnie już położyć się na kocyku i dać odpocząć mięśniom. Pogoda szybko się zmieniła i z gór zeszła do nas burza. Gdzieś tam w oddali poburkiwała złowieszczo na nas zsyłając jedynie hektolitry wody. Staliśmy sobie więc bez wzruszenia pod drzewem pozwalając by deszcz po nas spływał. Po wszystkim ruszyliśmy w kierunku domu obserwując przepiękne obłoki pary, które oddawała ochłodzona dolina. Prawdziwie hipnotyzujący widok. Na wyspie pogoda zawsze zmieniała się bardzo szybko. Rano gdy wstawaliśmy piekło słońce a podczas pracy nagle słyszeliśmy spadający wodospad, który zwiastował ulewę. Spalona ziemia z zaskoczenia nie mogła przyjąć naraz tyle wody więc natychmiast wszelki płaski teren był zalewany. Raz nawet musieliśmy zabrać wszystkie zwierzaki do jednego z pokoi bo inaczej brodziły by po brzuszki w wodzie. Deszcz przynosił chwilową ulgę, lecz po chwili znów było duszno i wychodziło na wierzch wszelkie paskudztwo. Węże, wielkie pająki i co najgorsze kleszcze postanawiały wtedy na raz nas odwiedzić.

Czas bardzo się dłużył i odliczaliśmy już dni do ponownego wyruszenia w drogę. Tydzień przed wyjazdem naszą rutynę rozbili pierwsi goście Erika w jego Airbnb. Dwie Francuzki zostały z 3 dni by cieszyć się dżunglą, sensualnymi masażami i ćwiczeniami tai chi o poranku. Erik gotował im oczyszczające posiłki i organizował czas wolny. Mieliśmy szczęście na tym skorzystać wybierając się z nimi na zwiedzanie lasów mangrowych na pokładzie łodzi z przystankiem na jaskinie z tysiącem nietoperzy i rybią farmą gdzie zaprezentowano nam wszelkie gatunki lokalnych morskich stworów. Pod koniec wypłynęliśmy bardziej w pełne morze by podziwiać przepływającą rodzinę delfinów. Erik w swoim programie miał jeszcze jogę na plaży, więc my w tym czasie po całym dniu na słońcu schładzaliśmy się w morzu.
Zaraz po Francuzkach na samo Airbnb przyjechała Anna z Australii, z którą spędzaliśmy dość dużo czasu. Zasięgnęliśmy od niej wiele przydatnych informacji o tym co nas wkrótce będzie czekać. Była mega pozytywnie zakręcona i zdecydowanie urozmaiciła nam ostatnie dni w dżungli. Anna pojechała w końcu dalej w swoją stronę a Erik w nasz ostatni wieczór zabrał nas na przepyszną kolację do wioski rybackiej. Idealne pożegnanie Langkawi. Z samego rana Erik podrzucił nas na lotnisko. Podekscytowani przed kolejnym etapem podróży czekaliśmy na nasz lot. Lecimy dalej. Z tropikalnego lasu do miejskiej dżungli.

Nauka jazdy na Tajskiej wyspie.

Spędziliśmy 6 godzin w busie do Rayong. Chcieliśmy zobaczyć tajskie wyspy , najlepiej takie by turystów było jak najmniej. Padło na Ko Samed. Na wyspę dotarliśmy oczywiście łódką. Mała wysepka otoczona lazurową wodą (z wszędzie pływającym plastikiem, bo w Azji dbanie o środowisko jest im zleksza obce) zrobiła na nas wrażenie. Plaże były pokryte białym piaskiem a ciepła morska woda aż zapraszała do kąpieli. W pierwszą noc rozbiliśmy namiot praktycznie tuż obok jednego z barów, by rano dowiedzieć się iż 10 metrów dalej było płatne pole namiotowe. Tym sposobem nieświadomie zaoszczędziliśmy 30 zł. By zwiedzić całą wyspę wynajęliśmy skuter. Prawie każdy teren z plażą był otoczony resortami, a resztę pokrywała gęsta dżungla. Krzysztof postanowił, iż też powinnam mieć z tego frajdę i nauczył mnie prowadzić. Na początku niechętnie i nieśmiało, a pod koniec szalejąc całe 30 km/h (bo na tyle pozwalały drogi) Cały dzień frajdy na skuterze. Wieczorem Krzyś znalazł nam idealne miejsce na skałach, tuż przy wodzie. Idealny placek zieleni w sam raz na nasz namiot, otoczony kamiennym murem. W końcu smacznie się wyspaliśmy bez tropika z lekka bryzą przelatującą przez nasz namiot. Po trzech dniach na wyspie wróciliśmy na stały ląd.

Opędzając się od tuktukarzy dotarliśmy w końcu na wylotówkę. Opcje mieliśmy dwie. 1. Jechać od razu w kierunku Kambodży bez pieniędzy i ryzykować, że uda nam się znaleźć normalny bankomat i kantor czy 2. Jechać z powrotem do Bangkoku i potem pociągiem na granice. Po długich dywagacjach padło na opcję drugą. Stopem dotarliśmy do Pattaji, gdzie spóźniliśmy się 20 minut na jedyny pociąg tego dnia. Z buta przeszliśmy całe miasto szukając bankomatu i jakiegokolwiek kantoru. Gdy w końcu mieliśmy pieniądze dotarliśmy do dworca a stamtąd już busem do Bangkoku. Z miejsca gdzie wysiedliśmy mieliśmy jakieś 10 kilometrów do dworca kolejowego. Po jakiś 20 kilometrach z buta nasz stopy zaczęły się pokrywać bąblami, a noc musieliśmy spędzić wśród licznych koczowników na terenie dworca. Nasz pociąg odjeżdżał dopiero o 5 nad ranem więc rozłożyliśmy karimaty i spaliśmy na zmianę.

Naczytawszy się tyle o Bangkoku, człowiek miał oczy jak 5 złotówki i lustrował każdego jako potencjalnego drapieżnika, ale na szczęście przetrwaliśmy te godziny i gdy w końcu wybiła nasza wpakowaliśmy się do pociągu. Ledwo ruszyliśmy to przekupki z jedzonkiem zaczęły krążyć po wagonach. Napełniliśmy brzuszki i wygodnie się rozłożyliśmy. 6 godzin minęło jak z bicza strzelił. Wytoczyliśmy się na peron wraz z innymi turystami i od razu zaatakowali nas drobni przewoźnicy. Po chwili wszyscy odjechali i tylko my poczłapaliśmy szukać jedzenia. Nie byliśmy pewni czy w Kambodży tak łatwo coś zjemy więc woleliśmy to zrobić jeszcze w Tajlandii. Po posiłku zaczęliśmy kroczyć drogą czekając na zielony bus, który był niby najtańszą opcją, jednak przechwycił nas jeden z tuktukarzy z którym po targowaniu się pojechaliśmy na granicę za taką samą cenę jak za busa.

Z buta przez Lanzarote

Z racji dużej ilości czasu jaką mieliśmy do zagospodarowania postanowiliśmy północ wyspy zwiedzić z buta. Stworzony do tego szlak miał nam to ułatwić. Zaplanowaliśmy 80 kilometrowa trasę uzależniając ją od mijanych po drodze sklepów i zaczęliśmy sobie dreptać.

Gdy minęliśmy industrialną część miasta i turystyczną wypełnioną Brytyjczykami Costa Teguise wkroczyliśmy na początek szlaku. Droga wiodła wzdłuż wybrzeża, po wysokich klifach o które z wielkim impetem rozbijały się fale. Trasa usiana była kamykami, gruzem i wszędobylskim pyłem. Iście księżycowy krajobraz. Nawet łatwo przychodziło nam znajdywanie miejsca na namiot, gdyż wystarczyło odejść kawałek i za jakąś większą copą gruzu się rozbić. Budziło nas grzejące słońce, którego wschód podziwialiśmy leżąc w otwartym namiocie. Codziennie posuwaliśmy się parę kilometrów do przodu, mijając małe mieścinki po drodze. Wszystkie zbudowane na jedną modłę, białe domki z dużymi kaktusami w ogródkach. W Charco del Palo miasteczku należącym oczywiście do Niemców wszyscy chodzili jak ich Pan Bóg stworzył. Średnia wieku mieszkańców była około 60 więc prawie całe miasteczko przeszliśmy ze wzrokiem wbitym w asfalt. Bezpiecznie udało nam się jedynie ukryć w lokalnym sklepiku, gdzie był zakaz wchodzenia nago. Przeczekaliśmy największą hicę upajając się zimną coca colą i ruszyliśmy dalej szlakiem. Gruz pokrywający drogę nieźle zmasakrował nasze buty, a słońce obolałe karki, ale za to mieliśmy wyjątkowe widoki. Dotarliśmy do Arriety, miasteczka przy którym w końcu była plaża i trochę cieplejszy Atlantyk. Rozbiliśmy się wśród camperów zaraz przy plaży, a rano obudził nas cudowny wschód słońca tuż nad oceanem.

Naszym celem był wulkan La Corona oraz Mirador del Rio punkt widokowy z którego można zobaczyć La Graciosę i sąsiednie wysepki. Lokalnym busikiem dojechaliśmy do oddalonego o jakieś 5 kilometrów Maguez i dalej z buta do Ye skąd już rzut beretem był do głównych atrakcji. Zbliżał się wieczór, więc postanowiliśmy zjeść obiad (w postaci puszki tuńczyka) na jednym z punktów widokowych. Niedaleko Mirador del Rio znajdował się bezpłatny punkt widokowy z którego rozpościerał się widok na cała La Graciose wprawiający wręcz w osłupienie. Staliśmy chyba z 10 minut nic nie mówiąc do siebie tylko gapiąc się do przodu. Pod nami w oddali była plaża, z której wracali turyści, dla nas widoczni jako małe kropeczki. Wpadliśmy na plan by też tam zejść jednak gdy usłyszeliśmy ciężkie sapanie pierwszych, którzy dotarli na szczyt to podarowaliśmy sobie. Noc spędziliśmy już w towarzystwie naszego następnego celu – wulkanu La Corona.

Z samego rana wdrapaliśmy się na sam szczyt, skąd przy okazji mogliśmy zobaczyć ocean po obu stronach wyspy. Wulkan swoje lata świetności już dawno miał za sobą więc nie robił większego wrażenia, a w środku była tylko wielka dziura. Chcieliśmy tą dziurę też zbadać i zaczęliśmy mozolne zejście w dół co właściwie przerodziło się bolesny ślizg po żużlu. Przynajmniej mogliśmy teraz powiedzieć, że byliśmy w środku wulkanu. Wygramoliliśmy się z niego i zaczęliśmy powolną wędrówkę w dół do miasteczka. Tam też pierwszy raz spotkaliśmy backpackersa z Węgier. Po tym utwierdziliśmy się w przekonaniu, iż nasze plecaki wcale takie wielkie nie są. Ostatnie z miejsc, które chcieliśmy zobaczyć czyli Mirador del Rio okazało się tylko kolejną pożywką dla turystów, a widok na La Graciosę był taki sam.

Skończyliśmy swoją wędrówkę na północ. Zobaczyliśmy co myśleliśmy iż warto zobaczyć. Teraz zostało nam wrócić tą samą drogą do Arrecife i zabijać czas aż do powrotu na łódkę.

Niestety do stolicy wróciliśmy za szybko i przyszło nam menelować przez parę dni. Były to najbardziej wykańczające psychicznie 4 dni w naszej podróży. Zabijanie czasu. Liczenie godzin i minut. Jedzenie z puszki na ławce i spanie w namiocie gdzieś przy rozpadającym się murze w otoczeniu wszędzie walających się śmieci. Ale wzięliśmy to jako kolejną lekcję pokory i cierpliwości przede wszystkim. By nauczyć się doceniać to co się ma i dziękować za to każdego dnia.