Tag Archives: Wietnam

Zatoka Ha Long

Spakowani poszliśmy na dworzec kolejowy. Wszystkie napisy były po wietnamsku a i nie było kogo spytać, więc wróciliśmy na stare miasto. Rozpoczęliśmy mały rajd po agencjach turystycznych. Ceny transportu do miasta Ha Long przechodziły z rozsądnych w kosmiczne, więc w końcu kupiliśmy bilety u gościa, który gadał uczciwie a i odkupił od nas kaski, których Serbowie nie potrzebowali. Mieliśmy transport na następny dzień, został nam jedynie nocleg. Nie rezerwowaliśmy wcześniej bo myśleliśmy, że logicznie jak przyjdziemy z ulicy to będzie taniej. Jednak logika w Azji wyglądała nieco inaczej. Dziewczyna w recepcji rzuciła nam śmiesznie wysoką cenę więc Krzysztof pokazał na telefonie cenę jaka widnieje na bookingu i że tyle możemy dać. Tłumaczył dziewczynie, że booking bierze prowizję więc i tak bardziej się im opłaca wziąć to co jej proponujemy. Po naszych próbach tłumaczenia zadzwoniła do szefa i po chwili powiedziała, że jak chcemy taniej to musimy zarezerwować. Tak też zrobiliśmy i dostaliśmy kwotę o połowę niższą od proponowanej.

Z samego rana wpakowaliśmy się z innymi turystami do busa i opuściliśmy brzydką stolicę. W zatłoczonym i dusznym busie po paru godzinach dotarliśmy do Ha Long. Byliśmy przygotowani na to, że pojedzie do miasta i nawet mieliśmy znaleziony nocleg ale finalnie kierowca skręcił i udał się prosto do portu z którego odpływały promy na wyspę Cat Ba przez piękną zatokę Ha Long. Ci co chcieli jechać do miasta byli zawiedzeni ale dla nas to było jak zbawienie i oszczędziło nam 20 kilometrowej wędrówki. Minęliśmy drogie wycieczki i podeszliśmy do terminala dla lokalsów. Za parę groszy zobaczyliśmy sławną zatokę. Pogoda na to może nie była najlepsza, ale i tak robiła wrażenie. Po chwilach błogości czekała nas istna batalia z lokalnymi przewoźnikami. Próbowali nagabywać dość nachalnie lub wręcz zbywać gdy pytaliśmy o cenę. Uratowali nas inni obcokrajowcy. Zebraliśmy się i wynegocjowaliśmy z taksówkarzem i w 7 osób dotarliśmy do miasteczka na południu wyspy. Trochę nam zajęło znalezienie naszego hotelu ale mimo że, właściciel naprawiał chwilę wcześniej prysznic w naszym pokoju to i tak był całkiem zacny. No i mieli przepyszne śniadanie w cenie.

Wyspa Cat Ba zauroczyła nas swoim krajobrazem. Oczywiście domki i sklepiki były typowo wietnamskie i co jakiś czas czuć było zapach palonych sztucznych pieniędzy (to na szczęście) ale i tak wyrastające z wody wysepki i klify tworzyły piękny pejzaż. Miało być tu drożej niż w reszcie kraju jednak standardowo udało nam się znaleźć miejsca z naszymi niskimi cenami. Jedzenie było wyśmienite i piliśmy tu najtańsze normalne piwo jakie dostaliśmy w ciągu naszej podróży bo za jedyne 1,5 zł i to w knajpie. Nie był to sezon na północny Wietnam. Woda była lodowata i co jakiś czas z nieba leciała lekka mżawka. W sumie trochę tak jak nad polskim morzem tylko znacznie taniej. Mimo wszystko rozkoszowaliśmy się naszym nie zmąconym wypoczynkiem i przy okazji planowaliśmy kolejne miesiące podróży.

Nasza droga do Hajfong była podzielona na etapy. Wpierw busem przez wyspiarską dżunglę potem przesiadka na szybką łódź i znów busem już do centrum miasta. Mieliśmy tu zatrzymać się na jedną noc i samolotem wrócić do ukochanego przez nas Bangkoku. Nasz pierwotny plan zakładał Laos w dodatku motorem, ale zrezygnowaliśmy z tego na rzecz dodatkowych dni w Tajlandii i spokoju ducha bo Rakieta mogła zwyczajnie tej wyprawy przez laotańskie góry nie przetrwać. Noc spędziliśmy w jednym z wielu guesthousów przerobionych na szkołę języka i z samego rana podreptaliśmy na lotnisko. Kolejny kraj za nami. Wspaniały Wietnam już nie będzie kojarzył nam się tylko z wojną i biedą. Ten kraj ma wspaniałą kulturę i jeszcze wspanialszych ludzi. Na pewno będziemy chcieli tu po paru latach wrócić by zobaczyć jak się zmienił.

Wietnamska rodzinka, Ninh binh i pożegnanie rakiety.

Przejechaliśmy przez zimne góry i wróciliśmy między pola ryżowe. Zaliczaliśmy kolejne wietnamskie miasteczka. Towarzyszył nam przeraźliwy ziąb i wszędobylska wilgoć, która wdzierała się nam nawet pod ubrania. Nie byliśmy czasem w stanie kontynuować jazdy, więc zostawaliśmy po drodze w super tanich hostelach gdzie za 15 złotych mieliśmy własny pokój z łazienką. Zazwyczaj przez pół dnia leżeliśmy pod kołdrą by dogrzać zmarznięte kości, a później z pokoju zwyczajnie wyganiał nas głód. Hue było jednym z takich miasteczek gdzie zostaliśmy dłużej. Dobre jedzonko, fajne ceny i rozgrzewający spacer po bagietki do supermarketu. Przeczekaliśmy słabą pogodę i ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze znaleźliśmy fantastyczne miejsce na nocleg. Rozbiliśmy swój namiot na szczycie wzgórza, z którego był oszałamiający widok na plażę w dole i rozpościerające się po horyzont morze. Droga na wzgórze prowadziła przez opuszczony resort gdzie odpadająca farba z posągowych delfinów wyglądała lekko upiornie. Zresztą jak cały teren choć widać było, że w latach swojej świetności musiało to być ciekawe miejsce.

W Thrung Hoi pod swój dach przyjęła nas wietnamska rodzinka. Byli to niesamowicie mili ludzie z którymi poznał nas chłopak z couchsurfingu, a który sam nie mógł nas przyjąć. Byli ludźmi proście żyjącymi i nie posiadali zbyt wiele, ale dawali za to całe swoje serca. Ugościli nas pysznymi potrawami i tradycyjna strasznie mocną wietnamską herbatą. Chcieli nam jak najwięcej opowiedzieć o swojej kulturze. Lan była nauczycielką angielskiego, więc nie mieliśmy problemu by się zrozumieć. Z jej mężem było nieco ciężej choć starał się jak tylko mógł by z nami pogadać. Mieli dwie przecudowne córeczki, które cały czas chciały się z nami bawić. Poczęstowali nas też balutem czyli nienarodzonym zarodkiem kaczki czego nie za bardzo mieliśmy ochotę spróbować. Patrzeliśmy tylko jak łapki małego zwierzaka znikały w małej buzi młodszej z córek.

Rozpoczął się Tet czyli wietnamski Nowy Rok. Lan z rodzinką postanowiła przybliżyć nam bardziej to święto i zabrali nas do świątyni na wzgórzu a potem na lokalny targ by pokazać drzewka z różowymi kwiatkami i pomarańczami tradycyjnie kupowanymi w tym czasie. Wybierali się na święta do rodziny za miasto, więc pożegnaliśmy się i życzyliśmy wszystkiego najlepszego.

Powoli wychodziło słońce i przyjemnie grzało nam w plecy. Krajobraz z zielonych pól ryżowych zmienił się na piaszczyste wydmy porośnięte iglastym lasem, które ciągnęły się po obu stronach drogi. Widok był hipnotyzujący tym bardziej, że nie zmieniał się przez wiele kilometrów. Po jakimś czasie zaczął wracać do normy, jedynie doszły wyłaniające się z mgły wzgórza. Dotarliśmy do Ninh Binha. Miejscowość swoją sławę zawdzięczała twórcom najnowszej wersji King Konga. To tutejsze wzgórza wyrastające z wody grały jedną z ról. Nasz hotel był jedynym wyższym budynkiem wśród licznych pól i gdy pod niego podjechaliśmy spytałam Krzysztofa czy to aby na pewno tutaj. Za jedyne 15 zł od osoby mieliśmy nocleg w eleganckim 2 gwiazdkowym hotelu z przemiłą, troszczącą się obsługą i pysznym śniadaniem w cenie. Normalnie kochamy Wietnam za te ceny. Najlepszy kraj dla takich podróżników jak my. Rozgościliśmy się wygodnie i zaczęliśmy planować pobyt. By rozprostować zastane kości przeszliśmy się na spacer do centrum miasteczka. Podobne było do wszystkich innych mijanych po drodze. Z zapachem palonego papieru i kadzidełek, drogami zalanymi skuterami i jesienna deszczową aurą. Na nasze szczęście deszczowe chmury ustąpiły niebieskiemu niebu i mogliśmy się wybrać na wycieczkę łódką przez ninhbińskie rzeki. Słychać było śpiew ptaków, dźwięk wioseł zanurzanych rytmicznie w wodzie i głos jazgoczących między sobą Niemek za naszymi plecami. Widoków dzięki bogu nikt nie zakłócał Rozkoszowaliśmy się otaczającym nas krajobrazem. Pomiędzy wzgórzami wybudowane były małe świątynie, do których można było dostać się tylko łódką a trasa do nich wiodła przez liczne jaskinie. Można było wybrać opcję ze zwiedzaniem tzw. Wyspy King Konga a mianowicie małej wysepki z postawionymi namiotami tipi i statystami ucharakteryzowanymi jak mieszkańcy wioski, w której byli bohaterowie filmu. My jednak woleliśmy eksplorować jaskinie. Kolacja w miasteczku zwieńczyła ten idealny walentynkowy dzień.

Zbliżał się koniec naszej przygody z Rakietą. Myśleliśmy by pojechać na niej jeszcze zwiedzić Zatokę Ha Long, lecz obawialiśmy się, że nie zdążymy jej wtedy sprzedać. Ruszyliśmy więc w kierunku Hanoi. Droga do stolicy była najgorszą jaką dotychczas przyszło nam jechać. Dziura na dziurze, bardzo wąska i cały czas prowadząca przez miasteczka przez co był ciągły gęsty ruch. W końcu udało nam się dotrzeć do miasta i nawet w tej plątaninie ulic udało nam się znaleźć nasz hostel. Bardzo nie rozgarnięci ludzie z recepcji w końcu zaprowadzili nas do pokoju ale na temat parkingu nie byli już w stanie nam pomóc. Po długich poszukiwaniach w końcu znaleźliśmy jeden z kilometr od hostelu. Parę dni wcześniej Krzysztof wrzucił naszą ofertę sprzedaży na grupę na facebooku i od tego czasu odbieraliśmy wiele wiadomości od zainteresowanych. Szybko niestety zmieniali zdanie więc liczyliśmy na 3 osoby z którymi się umówiliśmy. Zależało nam na szybkiej sprzedaży bo Hanoi nie miało nam nic ciekawego do zaoferowania a im bliżej Chin tym jedzenie było coraz gorsze, więc chcieliśmy stąd jak najszybciej uciekać. Umówiliśmy się z jednym Anglikiem. Przyszedł, pooglądał i powiedział, że wróci z pieniędzmi następnego dnia. Czuliśmy, że nie wróci i obawialiśmy się, że Rakiety nie sprzedamy. Gdy nasze humory były na skraju rozpaczy odezwała się do nas parka Serbów. Chcieli się spotkać tego samego wieczora. Poszliśmy na parking lekko wątpiąc w dobicie targu a szczególnie zwątpienie wzrosło gdy zobaczyliśmy jakiej są postury. Po szybkiej prezentacji i krótkiej przejażdżce zdecydowali się kupić. Rozpierające szczęście mieszało się z nutką żalu. Sprzedaliśmy nasze maleństwo. Zawdzięczaliśmy jej tyle wspaniałych przygód. Pożegnaliśmy się i bogatsi o 270 $ wróciliśmy do hostelu. Żegnaj nasz Rakieto!

Droga przez Wietnamskie góry i niezapomniana noc

Przepływając promem rzekę opuściliśmy miasto Ho Chi Minha i ruszyliśmy w kierunku gór. Rakieta mknęła jak marzenie. Krzyś szybko ją wyczuł, zostało tylko wyczuć innych kierowców, a jeździli oni jak im się żywnie podobało. Wyjeżdżający z podporządkowanej miał pierwszeństwo i przeważnie wyjeżdżając nie patrzył na to co się dzieje na głównej drodze. Wszyscy używali klaksonów jako informacji, że jedzie i inni mają spieprzać. Była na drodze taka kakofonia, że czasem musieliśmy zjechać na pobocze by oprócz naszych tyłków odpoczęły też uszy. Wszyscy trąbili na raz. Na początku najbardziej obawialiśmy się wielkich ciężarówek, ale to busy okazały się najgorsze. Nie dość, że trąbili jak pojebani to dodatkowo ścinali zakręty przez co nie raz zepchnęli by nas do rowu. Jazda po wietnamskich drogach była istną walką o przetrwanie. Na autostradzie, która czasem wiodła przez środek miasta były światła z licznikiem przy skrzyżowaniach, co niesamowicie ułatwiało jazdę. Dojeżdżając do każdego skrzyżowania krzyczałam tylko Krzychowi ile zostało mu czasu, a on dodawał gazu albo odpowiednio wcześniej zaczynał hamować. Dodatkowo zjeżdżając z ronda czy włączając się do ruchu musiała machać rączkami do innych kierowców skuterów by w ogóle nas zauważyli. Po pewnym czasie doszliśmy do wprawy. Krzysztof skupiony na wymijaniu przeszkód na drodze a ja z tyłu wciśnięta między bagaże starając się prawie nie poruszać.

Z Rakietą już nie było tak łatwo się schować i znaleźć miejsce na namiot. Wiele terenów było podmokłych albo do kogoś należały. W miarę niepostrzeżenie zjechaliśmy w las i kierowaliśmy się wąską uliczką w coraz to gęstsze chaszcze. Obok były jakieś gospodarcze budynki i z oddali słychać było ludzkie głosy, ale wepchaliśmy motor w krzaczory i poczekaliśmy z rozbiciem, aż się zrobi ciemno. Leżeliśmy, wsłuchując się w leśną muzykę, której miejsce zamienił potem dźwięk kapiących kropel deszczu. Nad rankiem wszystko mieliśmy utytłane w błocie. Z trudem przepchaliśmy Rakietę przez muldy i krzaki, zapakowaliśmy toboły i ruszyliśmy do głównej drogi. Jadąc przez wioski próbowaliśmy lokalnej kuchni w licznych przydrożnych garkuchniach. Za pomocą dzień dobry i dziękuję w ich dorzeczu łamaliśmy barierę językową dodatkowo uśmiechając się i kiwając głową. Ludzie byli niesamowicie przyjaźnie nastawieni. Przeważnie na ich twarzach malowało się zdumienie na nasz widok, ale zaraz potem machali i krzyczeli do nas „hello”. Nasze umiejętne zwracanie na siebie uwagi niesamowicie utrudniało znalezienie skrytego miejsca na nocleg, ale za to gdy mieliśmy kłopoty z Rakietą to w sekundę znajdował się ktoś by ją naprawić. W jednej z garkuchni uraczyliśmy się tradycyjnym Banh Mi czyli bagietką z pastą, ogórkiem i czym tam dusza zapragnie za jekieś półtorej złotego. Zaczynało się chmurzyć, ale próbowaliśmy jechać dalej by zrobić jak najwięcej kilometrów. W końcu lało już tak, że musieliśmy uciekać pod dach. Pod jednym z garaży przy drodze schowaliśmy się razem z innym uciekinierem. Właścicielka jednak przegoniła nas rozdając po pelerynie. Przenieśliśmy się więc do garażu obok, gdzie było już o wiele więcej ludzi. Po chwili z nieba lały się wiadra wody, a ulica przerodziła się w błotnistą rzekę. Straciliśmy dwie godziny przez ulewę i zanim zdążyliśmy dojechać do naszego wcześniej na mapie upatrzonego miejsca, zastała nas już noc.

Musieliśmy improwizować i wjechaliśmy w jedną z uliczek mijanych po drodze. Było strasznie ciemno i tylko księżyc co jakiś czas i pojedyncze lampy dawały jakiekolwiek światło. Dotarliśmy do momentu, gdzie motor dalej nie był w stanie jechać. Obok był jakiś zagajnik czy też sad i nie wiele myśląc po prostu musieliśmy się w niego władować. Zaczeliśmy przepychać motor przez kałuże, muldy i jakieś dziury by jak najszybciej ukryć się w krzakach. W pewnym momencie gdzieś nie daleko zaczął szczekać pies. Zamarliśmy w bezruchu. Szczekanie było słychać coraz bliżej, aż chyba właściciel postanowił wyjść i zawołać czworonoga. Słychać już było tylko nawoływania mężczyzny, więc powoli zaczęliśmy pchać motor dalej. Po chwili zauważyliśmy niedaleko nas światła latarek. Znowu zamarliśmy. Światła zbliżały się do nas i błądziły między krzakami. Byli dosłownie z metr od nas. W końcu usłyszeliśmy uruchamiane silniki motorów i po chwili odjechali. Z wysoko przyspieszonym tętnem pchaliśmy motor dalej. Dotarliśmy do krzewiastego płotu zagajnika, gdy usłyszeliśmy, że wracają. Znowu zaczęli błądzić z latarkami. Ewidentnie czegoś szukali. Może nas ? W końcu mijaliśmy po drodze jakichś chłopaków na motorach. A jak nas znajdą to co wtedy? Z pół godziny na kucaka, starając się nawet nie poruszyć, wodziliśmy wzrokiem za światłami latarek. Gdy byli znowu metry od nas przez głowę przelatywały mi wszystkie obejrzane filmy o wojnie w Wietnamie. W życiu chyba się tak strachu nie najadłam. Czuliśmy się jakby nas mieli za raz rozstrzelać. W końcu znowu odpalili silniki i zniknęli. Zaczęliśmy znowu normalnie oddychać. Rozłożyliśmy szybko namiot, przykryliśmy motor i wsunęliśmy się do śpiworów. Udało nam się jakoś usnąć między muldami i dołami. Księżyc wyszedł za chmur i drzewa nad nami rzucały cień wyglądem przypominający człowieka przez co Krzysztof, gdy się na chwile przebudził, dostał prawie zawału. Nasze słabe nerwy nie pozwoliły nam tam zostać dłużej. Była trzecia nad ranem, gdy prawie w kompletnej ciemności pakowaliśmy wszystko z powrotem na motor. Cudem niczego nie zgubiliśmy. Przepchnęliśmy Rakietę przez ostatnią muldę i pies znowu zaczął szczekać. Wskoczyliśmy na motor by jak najszybciej wyjechać z tego cholernego miejsca. Na głównej drodze przy światłach latarni ubraliśmy się porządnie, przymocowaliśmy bagaże jak należy i otrzepaliśmy grubą warstwę błota ze swoich butów. Ruszyliśmy w ciemną noc dalej w trasę. Po jakiejś godzinie musieliśmy zatrzymać się by wyciągnąć więcej ciepłych ubrań. Zbliżaliśmy się do gór i temperatura robiła się coraz niższa a dla nas na motorze była odczuwalna wręcz jak minusowa. Zaczynało powoli świtać. Słońce wychodziło, mieniąc niebo pięknymi kolorami jednak nie dawało upragnionego ciepła. W Sajognie z nas się lało, a tutaj byliśmy jak sople lodu. Zaledwie 200 kilometrów, a taka różnica.

Zatrzymaliśmy się przy jednej z garkuchni na zupkę (sławną zupkę Pho) by choć odrobinę się rozgrzać. Ręce mieliśmy tak zziębnięte, że mieliśmy problem by utrzymać sztućce. Lekko rozgrzani wskoczyliśmy z powrotem na motor. Jechaliśmy licznymi serpentynami coraz to wyżej w górę mijając w każdej wiosce liczne kolorowe weselne baldachimy z pijanymi gośćmi w środku. Widoki w górach były niesamowite. Obłoki pary wodnej przelatywały między wierzchołkami tuż nad naszymi głowami. Dosłownie byliśmy w chmurach. Za każdym zakrętem ze zbocza spływał wodospad, a poniżej widać było dolinę gdzieniegdzie spowitą w chmurach. Nasz Rakieta dawała sobie fantastycznie radę na tych stromych podjazdach i zjazdach. Dowiozła nas na sam dół pięknej zielonej doliny. Szybkie tankowanie, wymiana oleju i dalej do przodu. Przed nami były już tylko hektary pól ryżowych. Ledwo zjechaliśmy z gór zrobiło się niesamowicie gorąco. Natychmiast wszystkie ciepłe rzeczy wróciły do plecaków. Tyłki od jazdy bolały nas jakbyśmy dostali po 100 batów a przed nami jeszcze była z godzina drogi. W końcu po dwóch dniach w trasie dotarliśmy do Nha Trang. Kurort nad Morzem Południowo – Chińskim – ulubione miejsce wypadowe Rosjan i Chińczyków. Nawet napisy były w tych dwóch językach. No i ceny od razu dwukrotnie wyższe niż w innych wsiach i miasteczkach. Czysta plaża z palmami i wyłaniającymi się z morza licznymi wysepkami przysuwała na myśl rajska Tajlandię a nie Wietnam, który kojarzył nam się tylko z wojną. Dlatego właśnie warto podróżować. To szeroko otwiera oczy i umysł. Prócz zwiedzania mogliśmy w końcu odpocząć w naszym luksusowym pokoiku z telewizorem za jedyne 7 dolarów za noc za nas dwóch. Uprać zabłocone ubrania, doczyścić buty i motor, a przede wszystkim podleczyć lekko przeziębione organizmy. Przez te szybkie zmiany temperatur zwyczajnie odmawiały współpracy.

Nazajutrz świeżo wypoczęci zapakowaliśmy znów wszystko na motor. Z naszą zachwalaną Rakietą zaczęły się pierwsze problemu. Nie chciała zapalić i ciekł nam olej. Po chwili wkurwu w końcu ruszyła. Słońce miło grzało nam w plecy, co wykorzystaliśmy do suszenia prania. Zawieszone na moich ramionach schło w mgnieniu oka. Mknęliśmy do przodu ile Rakieta dała, gdy zobaczyliśmy przed sobą patrol policji. Ciśnienie momentalnie nam podskoczyło w momencie, gdy policjant zamachał przed nami pałeczką ale, że nie było między nami kontaktu wzrokowego Krzyś zwyczajnie dodał gazu. Odwróciliśmy się tylko kontrolnie, lecz na szczęście policjant był bardziej zainteresowany busem jadącym za nami. Odetchnęliśmy z ulgą i pruliśmy dalej ile fabryka dała.

Wietam i zakupy za 7 milionów.

W mieście Ho Chi Minha byliśmy umówieni z naszymi kolejnymi hostami. Parką Amerykanów, którzy jak wszyscy obcokrajowcy w tym kraju uczyła dzieci angielskiego. Jeśli się było native speakerem, niebieskooką blondynką albo przystojnym blondynem można było w Wietnamie nieźle zarobić jako nauczyciel i to bez jakichkolwiek papierów do tego uprawniających. Wielu Wietnamczyków prócz hosteli lub guesthousów prowadzili swoją szkołę języka gdzie lekcje odbywały się właśnie w tych hostelach czy guesthousach. Czasem można było zostać nauczycielem w ramach wolontariatu, a właściciel szkoły zarabiał na tym niezłe kokosy.

Do Brada i Alex doszliśmy z buta przy okazji zwiedzając miasto. Pierwsze zetkanie się z wietnamską kulturą było nieco stresujące. Przechodziliśmy przez jedno z większych przejść dla pieszych i chyba jedyne w centrum miasta, które nie miało liczniki zmiany światła. Byliśmy na samym środku przejścia gdy cała tabuna skuterów ruszyła w naszą stronę. Z wrzaskiem rzuciliśmy się na drugą stronę próbując się ratować a oni na spokojnie omijali nas z każdej strony. Dało nam to przedsmak tego co nas czeka w tym kraju. Po chwili odpoczynku na dojście do siebie, ruszyliśmy w kierunku dzielnicy backpakerskiej by rozeznać się w rynku motocyklowym. Chcieliśmy kupić maszynę i przemierzyć cały Wietnam z południa na północ. Krzysztofowi udało się znaleźć gościa na facebooku, który zajmuje się sprzedażą, lecz najpierw chcieliśmy dwa dni spędzić z naszymi hostami. Brad i Alex razem ze swoimi wolącymi kobiety, przyjaciółkami Jill i Stevie przyjeli nas bardzo ciepło i już pierwszego wieczoru zabrali nas do skybaru znanego tylko lokalsom. Z góry rozpościerał się zdumiewającywidok na neonowy Sajgon. Chyba każde miasto na świecie dodatkowo oświetlone neonami robi mega wrażenie. Uraczyliśmy się lokalnym piwkiem o bardzo wyszukanej nazwie „Sajgon” i przenieśliśmy się do pobliskiej knajpy z przepysznym wietnamskim jedzeniem.

Brad razem z Alex z rok wcześniej przemierzyli motorem trasę, którą i my chcieliśmy przejechać. Z Sajgonu do Hanoi. Prawie 2000 km przez nieznane nam drogi. Doświadczeni Amerykanie zrobili nam listę. Gdzie jechać, czego unikać, co zobaczyć i gdzie najlepiej zjeść. Gdy wszyscy poszli do pracy my poszliśmy w miasto. Miasto Ho Chi Minha było mieszaniną starego z nowym. Francuski kolonializmy przeplatał się ze szklanymi, nowoczesnymi wieżowcami. Wybraliśmy się oczywiście do muzeum Wojny. Mimo, iż znaliśmy historię i oglądaliśmy masę filmów o wojnie w Wietnamie wizyta w muzeum zrobiła na mnie piorunowe wrażenie. Niektóre ze zdjęć zdeformowanych zwłok i ludzi pozostaną mi w pamięci na zawsze. Brakuje słów gdy widzi się takie bestialstwo. Po wizycie w muzeum wsiedliśmy do busa i pojechaliśmy na przedmieścia. Tutaj już robiliśmy furorę. Chyba za dużo białych się tu nie zapuszcza. Przeszliśmy kawał drogi zanim w końcu dotarliśmy do naszego sprzedawcy. Sam prócz motorów prowadził guesthouse połączony ze szkołą językową i couchsurfingiem do tego. Wolontariusze za nocleg i śniadanie uczyli dzieciaków angielskiego. A do pokojów przechodziło się przez salę lekcyjną. Sam pokazał nam motor. Oryginalna rama Hondy Wind z wieloma wymienionymi częściami. Sporo różniła się od innych motorów tego rodzaju. Z lśniącym czarnym bakiem, brązowym, skórzanym siedzeniem i okrągłą zamiast podłużnej lampą rzucała się w oczy. Dla Krzysztofa była to miłość od pierwszego wejrzenia. Wpłaciliśmy zaliczkę i umówiliśmy się na następny dzień. Wróciliśmy do miasta i razem z naszymi hostami oblaliśmy nasz motor. Naszą Rakietę, która miała przewieźć nasze tyłki po tym pięknym kraju. Przed powrotem do Sama musieliśmy zaliczyć bankomat. Wyciągnięcie 7 milionów trochę nam zajęło, bo za jednym razem można było tylko 3. Pierwszy raz w życiu byliśmy milionerami. Szkoda tylko, że w wietnamskich dongach co dało nam jakieś 330 $. Motor czekał już na nas przygotowany. Z zamontowanym dodatkowym stelażem po bokach na nasze plecaki nadal prezentował się fenomenalnie. Zrobiliśmy jeszcze parę próbnych rundek po osiedlu i dobiliśmy targu. Dostaliśmy kaski, płaszcz przeciwdeszczowy, chwytak na telefon i co najważniejsze niebieską kartę rejestracyjną by później móc go sprzedać. Sam trzymając już grube miliony w ręce zaprowadził nas do pokoju gdzie mogliśmy zostać na jedną noc w cenie motoru. Kolejny etap, kolejna przygoda. Przed nami prawie 2000 km na motorze. Po Wietnamie. Ekscytacja mieszała się ze strachem przed nieznanym. Praktycznie cała odpowiedzialność spadała na Krzysia, bo to on był kierowcą. Ja z tyłu musiałam tylko uważać na nasz dobytek przy okazji bez jakiegokolwiek ruchu ciałem.
Z rana poszliśmy pouczyć się tylko z dziećmi angielskiego za co dostaliśmy śniadanie i poznaliśmy uczącego tam Polaka, który siedział u Sama już ponad 7 miesięcy. W sumie wyglądał tak jakby to śniadanie było jego jedynym posiłkiem dziennie. Trochę nieudolnie zapakowaliśmy nasze plecaki do worków na śmieci (by nie rzucały się w oczy no i by orzy okazji deszczu nie zamokły) i linkami przywwiązaliśmy do stelaża. Cała konstrukcja wyglądała lekko komicznie choć patrząc na wietnamczykóww jak przewożą towar to przestaliśmy się przejmować. Założyliśmy nasze maseczki i ruszyliśmy w drogę.