Tag Archives: Węgry

Węgry podsumowanie

[dropshadowbox align=”none” effect=”lifted-both” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”1″ border_color=”#dddddd” ]Ciekawostki[/dropshadowbox]
• Najmniejszy nominał to 5 forintów jednak ceny w sklepach to np. 499.
• Prawie nikt nie mówi po angielsku, mało, kto po niemiecku.
• Węgry to kraj Elado-, co drugi budynek w koło jest na sprzedaż.
• Ludzie wspominają komunizm, jako dobre czasy
• Budapeszt oceniany po tygodniu spędzonym praktycznie w jego samym centrum – brudny, zniszczony, sporo bezdomnych wszystko dopiero się remontuje i buduje, taka Polska 15 lat temu.
• Ludzie w stolicy nie do końca chyba znają przepisy drogowe, wszyscy na siebie trąbią i jeżdżą jak im się żywnie podoba
• Alkohol i papierosy możesz kupić w wyznaczonych miejscach, do których możesz wejść tylko jak masz 18 lat (mimo ze możesz też to kupić np. w lidlu) tzw. Nemzeti alkoholbolt

[dropshadowbox align=”none” effect=”lifted-both” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”1″ border_color=”#dddddd” ]Przydatne słówka[/dropshadowbox]
Dziękuję – köszönöm (kesenem)
Dzień dobry – jó reggelt(jo regelt)
Namiot- sator
Na zdrowie- egészségédre (egeszegedre)
Proszę bardzo – szivesen (siveszel)
Kocham cie ! – szeretlek (seretlek)
Dokładnie –pontosan (pontoszan)

[dropshadowbox align=”none” effect=”lifted-both” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”1″ border_color=”#dddddd” ]Koszty[/dropshadowbox]

Węgry: 160 euro – 11 dni. 7,3 euro na osobe na dzień

Budapeszt

Laszlo okazał się dość samotnym 50 paro letnim starszym panem. Zapraszał ludzi z całego świata przez couchsurfing aby trenować swój angielski. Potrafił go całkiem dobrze z tym że pisany. I tak też mówił jakby czytał więc mieliśmy mały problem ze zrozumieniem o co mu dokładnie chodzi. Spędziliśmy u niego i jego mamy i cioci 2 dni. Gotowały specjalnie dla nas pyszne obiadki. Było nam z tego powodu lekko niezręcznie widząc jak niewiele sami też posiadają. Ale w dalszej podróży pewnie wiele razu się przekonamy ,że na tym własnie polega gościnność.

Przy okazji zwiedziliśmy Budapeszt. Mimo brudu, niezrozumiałego języka i meneli na każdej ławce strasznie nam się spodobał. Postanowiliśmy na chwile zaniechać dalszej podroży i pożyć odrobinę jak lokalsi. Załatwiliśmy sobie nocleg w hostelu na 4 dni i doświadczaliśmy.

Oglądaliśmy jak zachowują się tłumy chińczyków pod Parlamentem, robiliśmy sobie śniadanie na Margarit Island i dorabialiśmy sobie w parku robiąc bańki. Udało się nam tym samym zarobić na plecak, bo stary już wymagał kolejnego szycia. W hostelu mieliśmy również okazje poznać grupę robotników z Polski , którzy mając w zwyczaju codzienne chlanie lubili się kłócić z byle powodu.

Udało się nam zwiedzić Budapeszt, ale i spokojnie odpocząć. Na pewno znajdzie się na naszej liście „chce tu zostać”.

 

Jo dolgok várnak – ciesz się tym, co dobre

W Budapeszcie, a dokładniej w Fot (miasteczku pod Budapesztem) czeka na nas od 19 pokój w domu Laszlo. Spokojnie, więc rano ruszamy z nad Balatonu. Docieramy na jeden z większych parkingów na dojeździe do stolicy, jemy śniadanie, łapiemy wifi i ogarniamy jak dostać się do centrum. I nagle pojawia się ktoś, kto mówi po angielsku i kieruje nas na przystanek, z którego dojedziemy do stacji metra. I Znów przed busem poznajemy chłopaka, który nam pomaga. My obładowani i zmęczeni biegniemy za nim z busa do metra. Kupujemy bilety, wszędzie pełno ludzi, tłoczno wchodzimy na ruchome schody, które zasuwają 3 razy szybciej niż, w naszych galeriach handlowych. Biegamy, nie wiemy gdzie jesteśmy, gdzie jedziemy, ale całe szczęście, że on jest z nami.(Teraz pisząc tego posta, już od dawna spokojnie sami sobie śmigamy metrem jak lokalsi i śmiejemy się z naszych początków tutaj).

Będąc już na właściwym miejscu, mamy ponad 5 godzin czasu do naszego pociągu. Więc idziemy się przejść pod parlament. Oczywiście popełniając pierwszy z banalnych błędów nowicjuszy. Nie pomyśleliśmy by na dworcu w przechowalni zostawić nasze plecaki i targamy je ze sobą :]

I od tej chwili jak w sinusoidzie zaczynamy spadać w dół. Siedząc, już kompletnie zmęczeni pod najbardziej znanym z zabytków Węgierskiej stolicy, widzimy jak nadciąga burza. Jednak wolimy jeszcze trochę posiedzieć, bo zapowiada się, że przejdzie bokiem.

Niestety chwilę później bardzo się zdziwiliśmy!

Parę kropel spadło z nieba na nasze zmęczone buzie, zbieramy plecaki i szybko chowamy się pod najbliższe drzewo. W sekundę zrobiła się z deszczyku ulewa taka, że nie było widać drugiej strony ulicy. Czym prędzej wyciągamy jedna pelerynę by przykryć plecaki. Jednak jedna nie ogarnia wszystkiego (druga znajduje się na dnie jednego z plecaków) nie mówiąc już o nas. Po 5 minutach jeszcze się śmiejemy z tego, ale po 10 z ulewy robi się apokalipsa. My w krótkich spodenkach i rękawkach a tu zaczyna napieprzać gradem. Widoczność na 5 metrów.

Cali już mokrzy musimy coś zmienić żeby jeszcze jakoś uratować zawartość plecaków. Burza nie przechodzi, łapiemy, więc je pod pachy i lecimy przez płynącą chodnikiem rzekę do najbliższej kamienicy i tam ktoś akurat otwiera nam drzwi.

Na klatce schodowej już suszą się turyści. Jednak my robimy furorę. Z wykręconej koszulki woda leje się jak z mopa. Mieszkająca tam Pani przynosi nam ręczniki, 2 litry wrzącej herbaty a na koniec woła syna by jej i nam tłumaczył z węgierskiego na angielski, a wiedząc, że mamy za 50 min pociąg oferują taksówkę. Pogoda jednak się poprawia i na własnych nogach dreptamy już na dworzec.

Mając już bilet w ręku i siedząc w pociągu, choć mokrzy cali cieszymy się, że już za chwilę będziemy u Laszlo, że wszystko wysuszymy i mamy gdzie spać, szczególnie w taką pogodę. Jak że było to błędne myślenie. Burza, która nas dopadła nie tylko nas przemoczyła. Jak się potem dowiedzieliśmy zalało jedną z większych galerii w mieście jak również i nasze tory 😀

Jak zwykle nikt w koło nie mówi po angielsku, nie wiemy, co zrobić, Laszlo pisze żeby jechać innym pociągiem i tam przesiąść się w autobus. A ten inny pociąg odjeżdża za 3 minuty. No na bank!
Koniec w końcu w jakiś sposób odzyskujemy pieniądze za bilet i kupujemy nowy do innego miasteczka, z 2 godzinnym już opóźnieniem (ale to i tak dobrze bo jak się potem dowiadujemy nasz pierwszy pociąg ruszył w końcu zamiast o 19 to o 23).Po ciemku w deszczu i nie wiedząc gdzie jesteśmy, znajdujemy busa. Bez żadnego numeru, jednak wszyscy tam wsiadają to i my idziemy. Pytamy czy jedzie do Fot. Zapomnij, że ktoś Cie zrozumie i odpowie, nagle pojawia się kolejna osoba we właściwym miejscu i czasie. Chłopak mówiący po angielsku udostępnia nam swój Internet i w czasie jazdy pokazuje nam na gps gdzie jesteśmy, kiedy mamy wysiąść a do tego jeszcze pomaga nam dojść z przystanku na umówione miejsce. Bez niego na pewno by się to nie udało, pamiętając jeszcze to wszystko, co działo się w busie.

Kierowca chyba pierwszy raz jechał autobusem. Nie dość, że nie ogarniał gdzie ma jechać i pasażerowie go kierowali (kłócąc się i wydzierając miedzy sobą przy tym) to w ogóle nie radził sobie z jazdą takim pojazdem. Prawo jazdy może i miał, ale na osobówkę.

W końcu docieramy do domu Laszlo dostajemy ciepłą zupkę, bierzemy prysznic, kładziemy się i cieszymy się tym, co mimo wszystko dobrego nas spotkało tego dnia.

 

Węgierskie morze – Balaton

Utknęliśmy na stacji przy autostradzie za Bratysławą.Próbujemy ogarnąć jak to tutaj kogokolwiek złapać na stopa, kombinujemy, zmieniamy miejsca, wędrujemy to tu to tam. Koniec w końcu bijemy dziś rekord najdłuższego oczekiwania i po 2 godzinach łapiemy stopa do Gyor, następnie do Veszprem i nie widząc za bardzo możliwości rozbicia namiotu gdziekolwiek podjeżdżamy, więc na półwysep Tihany, późnym wieczornym autobusem.

Nie znamy terenu, nie wiemy gdzie wysiąść. Na czuja wyskakujemy na kolejnym przystanku i idąc przed siebie, już po ciemku jakoś dochodzimy do względnie ogarniętego miejsca. Roześmiani od ucha do ucha, bo znowu znaleźliśmy się w typowej sytuacji bez wyjścia, rozkładamy namiot z zamysłem pozbierania się o 5 rano by nikt nas nie zdążył wyczaić. Bo za to jest pokuta(mandat).

O wschodzie słońca pobudka. Wchodzimy na punkt widokowy przy kościółku i tam przy wschodzie słońca jemy śniadanie, suszymy namiot i podziwiamy budzący się do życia Balaton. Postanowiliśmy, z naszym całym majdankiem, dotrzeć do przystani i przedostać się promem na drugi brzeg. Mięliśmy okazje zobaczyć jeziorko z obu stron 🙂

Pomyśleliśmy żeby zacząć łapać stopa do Siofok, ale jak zobaczyliśmy częstotliwość, z jaka poruszają się tu samochody doszliśmy do wniosku ze na pewno znajdziemy miejsce na nocleg już tutaj. Żar lał się z nieba i jedyne, o czym marzyliśmy to kąpiel, najlepiej w Balatonie. Znaleźliśmy urokliwe miejsce i szczęśliwi, ze mamy gdzie spać oddaliśmy się słodkiemu leniuchowaniu. Zbliżał się wieczór i zaczęli przychodzić w nasze miejsce, znienawidzeni już później przez nas, rybacy. Jeden z nich widząc nasze bagaże zczaił, o co chodzi i dał nam jasno do zrozumienia ze mamy spadać. I znowu byliśmy w dupie, chodziliśmy od campingu do campingu a tam, że z namiotem nie możemy, bo tylko domek można wynająć. No wiec w końcu skitraliśmy się na jednej z plaż i wstaliśmy o 5 by nikt nie zdążył nas zauważyć.

Następnego dnia postanowiliśmy poszukać kolejnego campingu. Idąc wzdłuż jednej z dwóch ulic widzieliśmy wszędzie tylko elado(sprzedam) albo kiado(wynajmę). Nikt nie mówił po angielsku a my zaczynaliśmy opadać już z sil. Dotarliśmy do dworca kolejowego w Balatonfoldvar, zrzuciliśmy plecaki i zaczęliśmy główkować, co dalej. Tuż obok dworca była mapa, na której pięknie było zaznaczone gdzie jest informacja turystyczna, czyli w końcu ktoś nam powie w normalnym języku, co i jak. W końcu zbawienie! Bankomat, woda, sklep i camping nie zaprzątały nam już głowy. Musieliśmy się tylko wdrapać jeszcze na „mała” górkę i noclegiem też już nie musieliśmy się martwić 🙂 Kolejne dwa dni były cudne. Ciepły prysznic, ciepły posiłek i spokojna noc jak i również urodzinowa niespodzianka TORT! 😀

Drugiego dnia, jedząc posiłek, zauważyliśmy właściciela zbliżającego się w naszym kierunku z czymś tajemniczym w ręce. Okazało się ze to Palinka narodowy węgierski trunek, który w trymiga ucina wszelkie bariery językowe 😛 Następnego dnia spędziliśmy czas nad Balatonem, opaliliśmy się i mogliśmy spokojnie ruszać na Budapeszt.