Tag Archives: Tajlandia

Wódka z bambusa

Molly wraz ze swoim chłopakiem przyjeli nas w swoim zalanym przez monsunową powódź ośrodku z bungalowami w naprawdę zjawiskowej sceneri tuż przy jeziorze. Próbowali doprowadzić wszystko do porządku i na nowo przyjmować gości a poprzez couchsurfing robili marketing miejsca umieszczając pełno zdjęć z gośćmi na facebooku. Większość czasu spędzaliśmy z jej szalonym chłopakiem, który pokazał nam lokalną sławną restaurację ze stolikami w formie małych domków na palach na rzece oraz wodospady chyba nawet ładniejsze niż te w Erewan. Użyczyli nam też swoich kajaków byśmy mogli zwiedzić pobliski zalany las mangrowy oraz połączone z nim jezioro. Piękne miejsce nieszczęśliwie zniszczone przez okropny żywioł.

Tajowie mają w zwyczaju zbierać się w grupach więc wpakowaliśmy się na pickupa razem z innymi dziesięcioma osobami z rodziny i znajomych Molly i pojechaliśmy piknikować w lesie. Miejsce przy wodospadzie było daleko w dżungli więc obładowani torbami z jedzeniem przemierzyliśmy najpierw rzekę, potem las i znów rzekę by dotrzeć do miejsca gdzie inna grupka Tajów juz rozpalała ognisko. Siedzieliśmy ze stopami zanurzonymi w rzece popijając drinki robione przez chłopaka Molly. Kobiety siedziały przy rzece z dziećmi a mężczyźni wokół ogniska żywnie rozmawiali zajadając się rybą i popijając czymś w rodzaju wódki. Byli bardzo zainteresowani naszą obecnością więc zaprosili nas do siebie częstując wódką z solą prosto z bambusa. Dobrze zadbali byśmy trzeźwi tej puszczy nie opuścili, na szczęście jazda powrotna na pace szybko oczyściła nasze umysły.

Podziękowaliśmy im serdecznie za te wszystkie atrakcje i po wspólnym śniadaniu podrzucili nas na busa do Hat Yai. Zostały nam ostatnie godziny w Tajlandi. Byliśmy już bardzo blisko granicy z Malezją a jednocześnie blikso niebezpiecznych południowych prowincji w których muzułmanie lubili sobie organizować zamachy. Pociągi jadące w tamtą stronę zamiast zwykłych strażnikówbyły obstawione prze policjantów z kałachami. Taki obraz Tajlandi chyba mało komu jest znany.

Wymieniliśmy grube pieniądze a resztę drobniaków wydaliśmy na zachcianki. Wpakowaliśmy sie do pociągu na granicę do Padang Besar i w duchu żegnaliśmy sie z naszym ukochanym krajem. Czekał nas kolejny.

Rajskie Tajskie Plaże. Krabi – Railay Beach

Krabi to typowo turystyczne miasteczko ze straganami, drogimi turystycznymi agencjami i zalewającymi to wszystko rzeszami turystów. Główny bazar wieczorem był tak zatłoczony, że poruszanie się od stoiska do stoiska było prawie nie możliwie. Miasteczko, białą świątynię i spacer wzdłuż Pak Nam można było zaliczyć w ciągu jednego dnia. Piękne plaże, krajobrazy i cała magia działy się jednak gdzie indziej. Lokalnym busikiem wybraliśmy się do Ao Nang położonym nad Morzem Adamańskim małym miasteczkiem z czystymi plażami, czystą ciepłą wodą i rajskim krajobrazem. Chcieliśmy jak najszybciej poczuć ciepły piasek pod stopami więc od razu udaliśmy się do hostelu by pozbyć się tobołów. Tajska księżniczka za kontuarem recepcji rzuciła fochem gdy przyszliśmy bez rezerwacji i zaczęliśmy tłumaczyć jej sytuację tak jak wcześniej w Hanoi. Finalnie zrobiliśmy rezerwację na bookingu i wtedy zaprowadziła nas do pokoju. Pokój mieścił z 10 osób i miał balkon z widokiem na ulicę i drogie hotele po drugiej stronie ulicy. Stąd na plażę mieliśmy z 10 minut. Okolica była pełna turystów, małych restauracyjek i kolorowych straganów. Wieczorem na ulice wychodziły poprzebierane w suknie balowe dragqueen zachęcające do oglądania ich egzotycznego show. Wyszła nam na dobre wcześniejsza wizyta w tanim Bangkoku, bo teraz nie rzucaliśmy się na wszystko jak pozostali turyści. Ceny były podobne do polskich więc zostawilibyśmy tu chyba majątek. Nie odmówiliśmy sobie natomiast wycieczki na Railay Beach – podobno jednej z najpiękniejszych tajskich plaż. Można było do niej dostać się jedynie szybką łodzią, więc z rana zasiedliśmy z resztą turystów do wątpliwej konstrukcji jednostki by po jakiś 20 minutach pływać w przeźroczystej wodzie. Musieliśmy jakoś zaplanować by zobaczyć jak najwięcej. Postanowiliśmy najpierw zmęczyć się na kajakach. Gość z obsługi wręczył nam nie przemakającą torbę gdzie wpakowaliśmy aparat i powiosłowaliśmy eksplorować okolicę. Woda była niesamowicie przejrzysta. Idealnie było widać małe ławice żółto czarnych rybek. Dzięki odpływowi mogliśmy wpłynąć do jaskini która normalnie była zalana. Otoczenie było tak zjawiskowe, że chcieliśmy to uwiecznić. Popełniłam jednak kuriozalny błąd i opuściłam kajak rozcinając sobie przy tym rękę o ostre skały. Zaniechaliśmy próby robienia zdjęć i powiosłowaliśmy w stronę kolejnej plaży. Na szczęście rana obmyta słoną wodą zaskakująco szybko się zagoiła. Na plaży piasek był tak biały, że aż raził w oczy. Istny raj na ziemi. Niebiańska plaża. Pozachwycaliśmy się i popłynęliśmy kajakiem, skacząc na falach zostawianych przez szybkie łódki z powrotem do wypożyczalni. Z buta już dostaliśmy się na plażę tuż przy świątyni z penisami. W internecie ludzie rozpisywali się oczywiście, że jest to miejsce „must see” ale na nas większe wrażenie zrobiła grota tuż obok. Ze sklepieniem wiszącym nas przejrzystą wodą. Na zmianę chłodziliśmy się w przyjemnej wodzie i smażyliśmy na bezlitosnym słońcu. Tuż przy plaży po drzewach rosnących na terenie jednego z resortów skakały czarne małpki, które robiły za dodatkową atrakcję. Głód i zmęczenie słońcem pomogło nam opuścić ten cudny raj i wrócić łodzią z powrotem do Ao Nang. Napełniliśmy brzuszki gotowym smażonym ryżem z 7 eleven a nasza skóra jeszcze skwierczała po całym dniu na słońcu gdy kładliśmy się spać.

Jeszcze parę dni nacieszyliśmy się tym rajem lecz w końcu przyszedł czas by wrócić do Krabi. Krzysztof znalazł nam przemiły nie drogi resort z basenem skąd mieliśmy bliżej do Jaskini Tygrysa, która była jako kolejna na naszej liście do zobaczenia. Jednak finalnie to nie jaskinia (która wyglądała sztampowo i zrobiona była jakby na pokaz) a świątynia Wat Tham Sena, położona na wzgórzu do której prowadziło jakieś 1200 schodów, zrobiła na nas o wiele większe wrażenie. Na szczycie lśniły 3 złote posągi Buddy i rozciągała się stąd piękna panorama całej prowincji. Słońce tak grzało, że wytrzymaliśmy tu jedynie z 10 minut i rozpoczęliśmy wędrówkę z powrotem w dół po bezlitosnych schodach.

Opuściliśmy Krabi łapiąc standardowo stopa. Zabrała nas mega pozytywna rodzinka. Nie dość, że poczęstowali nas ananasem to zaprosili na wspólny lunch. Podrzucili nas do miasteczka o nazwie Trang, skąd dalej już z miłym gościem prosto do Mae Khari, gdzie mieliśmy spotkać naszego kolejnego hosta.

Bangkok, spotkanie kuzynki, odwiedziny Pla i wizyta na komisariacie… Jedziemy na Krabi

Bangkok powitał nas dusznym gorącem. Przemierzanie go z ciężkimi plecakami w godzinach szczytu nie należało do najprzyjemniejszych ale i tak byliśmy szczęśliwi, że tu wróciliśmy. Tym razem już nie przy Kao San ale w równie ciekawej dzielnicy przyszło nam nocować. Niedaleko budynku w którym podobno kręcili Kac Vegas. Szczęśliwym trafem w tym samym czasie w Bangkoku była moja kuzynka z mężem. Spędzili 3 tygodnie zwiedzając Tajlandię i Kambodżę a teraz wracali już do Polski. Spotkaliśmy się wszyscy razem w ich hotelu i cały dzień przegadaliśmy opowiadając swoje przygody. Fantastycznie było zobaczyć znajomą twarz tak daleko od domu. Przez jeden dzień poczuliśmy się jakbyśmy byli już w domu.

Nazajutrz oni ruszali na lotnisko a my w kierunku Ayunthayi na spotkanie z Pla. Standardowo nie mogliśmy się z nią dogadać, ale że wydawało nam się iż pamiętamy jak do niej dojechać w zaparte chcieliśmy łapać stopa. Jak na złość szło nam to bardzo opornie. Po paru godzinach czekania w końcu podjechała do nas pewna miła pani oznajmiając, że nikt stąd nie będzie jechał w naszym kierunku, więc ona się zlituje i nas zabierze. Specjalnie dla nas nadrobiła z 300 km a docelowo miała jechać do Bangkoku. Obdarowała nas tajskimi słodyczami i podwiozła praktycznie pod sam dom. Niesamowite! Powitała nas mama Pla rzucając nam się na szyje jednocześnie dziękując tej kobiecie, że nas przywiozła. Wręczyliśmy rodzince małe upominki z Wietnamu i pogadaliśmy trochę na tyle prostym językiem by nas zrozumiała. Biedna Pla wpadła w jakieś kłopoty. Jej klienci oskarżali ją o sprzedaż produktu który uczula. Fabryka nie poczuwała się do odpowiedzialności więc wszystko spadło na jej biedną głowę. Razem z jej kuzynami i wujkiem policjantem pojechaliśmy wyjaśniać sytuację na posterunku. Myśmy byli tylko w formie pocieszycieli. Po wszystkim razem z całą rodzinką wybraliśmy się do knajpki gdzie pierwszy raz mieliśmy okazję spróbować żabich udek a naszą znajomością paru słówek po tajsku zaskarbiliśmy sobie serca wszystkich. Reszta imprezy przeniosła się do domu gdzie na stole wylądowała miodowa Soplica prosto z Polski podarowana nam przez moją kuzynkę. Tajom tak zasmakowała, że znikła w mgnieniu oka. Nazajutrz pokazywali jedynie jak bardzo ich głowa boli. Pla miała swoje problemy w których rozwiązaniu niestety nie mogliśmy jej pomóc, więc postanowiliśmy po prostu nie przeszkadzać. Gdy wyjeżdżaliśmy Tajowie mieli swoje buddyjskie święto. Zabraliśmy się wraz z rodzinką do świątyni gdzie wręczyliśmy dziękczynne dary mnichom. W innej świątyni nakarmiliśmy święte ryby i uderzyliśmy w gong na szczęście. Wszystko było częścią ich tradycyjnych buddyjskich rytuałów. Pożegnaliśmy się na dworcu tak jak 2 miesiące wcześniej i wróciliśmy pociągiem do Bangkoku.

Dojeżdżając do miasta zobaczyliśmy jego inne oblicze. Wjechaliśmy pociągiem w sam środek slumsów. Małe blaszane domki mieściły całe 6-7 osobowe rodziny, których życie toczyło się wśród wszędzie walających się śmieci i wyciekających ścieków. Przykry to był widok. Widzieliśmy to póki co jedynie w filmach a teraz na własne oczy przekonaliśmy się, że ludzie tak żyją naprawdę. Przemierzyliśmy łódką Chao Praye i podreptaliśmy do backpackerskiej dzielnicy. Znów zajadaliśmy się pad thai-em i cieszyliśmy Bangkokiem. Nigdy nam się to miasto nie znudzi. Po dwóch dniach ruszyliśmy dalej tym razem na południe.

Chcieliśmy dotrzeć na Krabi, jadąc większość trasy pociągiem i zatrzymywać się w miejscach gdzie uda nam się znaleźć najtańszy nocleg. Pierwszym miastem było Hua Hin. Nie wiedzieliśmy nawet, że takie istnieje a okazało się bardzo popularnym kurortem z białą plażą, czystą wodą, gdzie można było przejechać się konno w filmowej scenerii. Woda była wyjątkowo ciepła i zachęcała nas by resztę dnia w niej spędzić. Wróciliśmy do pokoju spaleni jak buraki ale za to zadowoleni. Z rana wskoczyliśmy do pociągu i pojechaliśmy do kolejnego miasta. Chumphon było małym miasteczkiem, które nie wyróżniało się niczym specjalnym. Turyści przyjeżdżali tu tylko by dostać się promem na pobliskie wyspy. Zostaliśmy tu 3 dni by Krzyś mógł przy okazji wyleczyć swój bolący kark. Często w naszej podróży znajdujemy się w miejscach w których coś się dzieje a my nawet wcześniej o tym nie wiemy. Tak było i tym razem. Akurat przechodziliśmy się uliczkami Chumphon, gdy natrafiliśmy na paradę. Tradycyjnie poprzebierani Tajowie strzelali czerwonymi petardami robiąc przy tym wiele hałasu i zostawiając za sobą pełno czerwonych papierków. Tuż za nimi paradowali ludzie niosący długiego papierowego smoka a obok nich nieśli mniejsze tez papierowe ruszające oczami i pyskami smoczęta. Chodzili od sklepu do sklepu a właściciele wręczali im datki w zamian chyba za błogosławieństwo. Parada szła przez całe miasto a my tuż za nimi. To co oglądaliśmy wcześniej w Azji Express teraz mogliśmy zobaczyć na własne oczy. Takie poznawanie kultury to my lubimy.

Nad ranem znów wpakowaliśmy się do pociągu. Maluan miała być naszą ostatnią stacją. Stamtąd już autostopem prosto na Krabi. Prosto niestety nie było. Pierwszy kierowca chciał bardzo nam pomóc, więc dogadywał się z nami za pomocą telefonu co nie skończyło się dla nas za dobrze. Zabrał nas z autostrady do miasteczka Surathani skąd miały odjeżdżać busy do Krabi. Oczywiście wszystkie dawno odjechały lub jechały z innego dworca więc musieliśmy z powrotem dymać do głównej drogi. Gdy bazgraliśmy tajskimi hieroglifami kolejną nazwę na naszych kartkach podszedł do nas młody kierowca trucka i zaoferował się, że nas zabierze. Dzięki niemu w nie szybkim czasie udało nam się wyrwać z totalnej dziury. Z prędkością 20 na godzinę dowiózł nas do autostrady skąd po chwili zabrał nas tajska bizneswoman. Standardowo po jakiejś godzinie wspólnej jazdy zostaliśmy znajomymi na Facebooku. Wysadziła nas pod 7 eleven obdarowując jakimiś tajskimi specyfikami na ugryzienia owadów i pojechała w swoją stronę. Naładowaliśmy szybko baterie smakołykami ze sklepu i lokalnego bazarku i poszliśmy łapać ostatniego stopa. Staliśmy przy drodze z napisem i zaczęli podjeżdżać do nas Tajowie na rowerach próbując zrozumieć co my robimy. Uśmiechaliśmy się jedynie i kiwaliśmy głowami to po chwili machali i sobie odjeżdżali. Po jakimś czasie zatrzymała się rodzinka w pickupie. Zapakowaliśmy się na pakę i przeszczęśliwi ruszyliśmy prosto do miasta. W końcu udało nam się pojechać na pace. Wyrzucili nas w samym centrum gdzie powitał nas wielki metalowy Krab. No to byliśmy na miejscu.

Nauka jazdy na Tajskiej wyspie.

Spędziliśmy 6 godzin w busie do Rayong. Chcieliśmy zobaczyć tajskie wyspy , najlepiej takie by turystów było jak najmniej. Padło na Ko Samed. Na wyspę dotarliśmy oczywiście łódką. Mała wysepka otoczona lazurową wodą (z wszędzie pływającym plastikiem, bo w Azji dbanie o środowisko jest im zleksza obce) zrobiła na nas wrażenie. Plaże były pokryte białym piaskiem a ciepła morska woda aż zapraszała do kąpieli. W pierwszą noc rozbiliśmy namiot praktycznie tuż obok jednego z barów, by rano dowiedzieć się iż 10 metrów dalej było płatne pole namiotowe. Tym sposobem nieświadomie zaoszczędziliśmy 30 zł. By zwiedzić całą wyspę wynajęliśmy skuter. Prawie każdy teren z plażą był otoczony resortami, a resztę pokrywała gęsta dżungla. Krzysztof postanowił, iż też powinnam mieć z tego frajdę i nauczył mnie prowadzić. Na początku niechętnie i nieśmiało, a pod koniec szalejąc całe 30 km/h (bo na tyle pozwalały drogi) Cały dzień frajdy na skuterze. Wieczorem Krzyś znalazł nam idealne miejsce na skałach, tuż przy wodzie. Idealny placek zieleni w sam raz na nasz namiot, otoczony kamiennym murem. W końcu smacznie się wyspaliśmy bez tropika z lekka bryzą przelatującą przez nasz namiot. Po trzech dniach na wyspie wróciliśmy na stały ląd.

Opędzając się od tuktukarzy dotarliśmy w końcu na wylotówkę. Opcje mieliśmy dwie. 1. Jechać od razu w kierunku Kambodży bez pieniędzy i ryzykować, że uda nam się znaleźć normalny bankomat i kantor czy 2. Jechać z powrotem do Bangkoku i potem pociągiem na granice. Po długich dywagacjach padło na opcję drugą. Stopem dotarliśmy do Pattaji, gdzie spóźniliśmy się 20 minut na jedyny pociąg tego dnia. Z buta przeszliśmy całe miasto szukając bankomatu i jakiegokolwiek kantoru. Gdy w końcu mieliśmy pieniądze dotarliśmy do dworca a stamtąd już busem do Bangkoku. Z miejsca gdzie wysiedliśmy mieliśmy jakieś 10 kilometrów do dworca kolejowego. Po jakiś 20 kilometrach z buta nasz stopy zaczęły się pokrywać bąblami, a noc musieliśmy spędzić wśród licznych koczowników na terenie dworca. Nasz pociąg odjeżdżał dopiero o 5 nad ranem więc rozłożyliśmy karimaty i spaliśmy na zmianę.

Naczytawszy się tyle o Bangkoku, człowiek miał oczy jak 5 złotówki i lustrował każdego jako potencjalnego drapieżnika, ale na szczęście przetrwaliśmy te godziny i gdy w końcu wybiła nasza wpakowaliśmy się do pociągu. Ledwo ruszyliśmy to przekupki z jedzonkiem zaczęły krążyć po wagonach. Napełniliśmy brzuszki i wygodnie się rozłożyliśmy. 6 godzin minęło jak z bicza strzelił. Wytoczyliśmy się na peron wraz z innymi turystami i od razu zaatakowali nas drobni przewoźnicy. Po chwili wszyscy odjechali i tylko my poczłapaliśmy szukać jedzenia. Nie byliśmy pewni czy w Kambodży tak łatwo coś zjemy więc woleliśmy to zrobić jeszcze w Tajlandii. Po posiłku zaczęliśmy kroczyć drogą czekając na zielony bus, który był niby najtańszą opcją, jednak przechwycił nas jeden z tuktukarzy z którym po targowaniu się pojechaliśmy na granicę za taką samą cenę jak za busa.

Miało być 5 minut, wyszło 5 dni na Tajskiej wiosce.

Pla miała nas zawieźć na dworzec a spędziliśmy u niej prawie tydzień. Niesamowicie zajęta kobieta biznesu. Handlowała maścią wybielającą do skóry. Jej cały dom był wypełniony produktami a jej cała rodzinna brała czynny udział w całej machineri. My również staliśmy się jej częścią. Pomagaliśmy naklejać naklejki z nazwą i transportować towar. Jej rodzina niesamowicie ciepło nas przyjeła i ciągle dbali byśmy nie chodzili głodni czasem, aż z przesadą. Nawet starsza babcia, która chyba nigdy nie widziałą białych, też chciała mieć nas na chwilę dla siebie by pochwalić się zdjęciami w swoim domu. Mimo, iż dom naszej gospodyni na to nie wskazywał to pieniądze mieli. Biznes Pla kwitł i się rozrastał o czym skrupulatnie informowała w swoich social mediach. Nawet my posłużyliśmy jej jako reklama mimo, iż byliśmy bardziej opaleni niż nie jeden Azjata. Zobaczyliśmy tajską wieś i jej prawdziwe życie. Byliśmy zdumieni tym jak dobrzy i pomocni ludzie tu mieszkają. Pla w końcu udało się znależź trochę czasu i razem z nami i swoją córką wybrała się do Parku Narodowego Erewan. Dziewczyny zostały na dole a my wspieliśmy się w górę rzeki by popodziwiać piękne wodospady. Było 7 poziomów, gdzie przy każdym wodospadzie znajdował się mały staw a wnim peło ryb i wielkich gadów. Skorzystaliśmy przy okazji i nakarmiliśmy rybki pyszną skórką odpadającą z naszych wymęczonych stópek. Po parku zabrała nas Pla jeszcze na pobliską tamę skąd rozpościerał się cudowny widok za zatokę po jednej i głęboką dolinę po drugiej stronie. Za górami zaś znajdowała się granica z Birmą. Wracając już do wioski nasza bizneswoman nie mogła oprzeć się pokusie i kupiła cały zestaw mebli do ogrodu. No bo przecież mogła sobie na to pozwolić. Było nam z rodziną Pla bardzo dobrze lecz musieliśmy jechać dalej. Pożegnaliśmy się ze łzami w oczach na dworcu autobusowym. Bilety na koniec sprezentowała nam jej siostra, która tam pracowała.