Tag Archives: Słowacja

Słowacja podsumowanie

Słowacja to pierwszy kraj, jaki przyszło nam zwiedzić, mięliśmy go szybko przejechać 1-2 dni a wyszło tydzień.
Przyszło nam spać w górach w zimnie i smażyć sie z ciepła w bratysławie.
Gotować pod mostem w deszczu i chodzić po bankiecie w najlepszym hotelu.
Złapać stopa w 1 minutę.
Poznać ekscentrycznego biznesmena.
Dostać za darmo samochód na własny użytek…
A to tylko tydzięń, to pierwszy kraj 🙂
Co będzie dalej?

[dropshadowbox align=”none” effect=”lifted-both” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”1″ border_color=”#dddddd” ]Ciekawostki[/dropshadowbox]
• W górskich miejscowościach wszyscy się witają.
• Nikt poza Bratysławą nie mówił po angielsku.
• Gdy chłopakowi podoba się dziewczyna to stawia jej przed domem 10 metrowy pal na szczycie, którego jest choinka.
• W Bratysławie wszyscy DOKLADNIE przestrzegają przepisów drogowych (szczególnie, gdy jedziesz obok samochodem z przyciemnianymi szybami, to nikt Cie nie wyprzedza)
• Maturzyści chodzą po mieście w garniturach z zapasem 10-20 butelek wódki, częstują przechodniów by napili się za ich zdrowie i zbierają do kapelusza drobniaki na kolejne butelki.

[dropshadowbox align=”none” effect=”lifted-both” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”1″ border_color=”#dddddd” ]Przydatne słówka[/dropshadowbox]
Namiot – stan(stan)
Dziękuje – Dakujem
Przystanek – Zastavka
Po drodze – na ceste

[dropshadowbox align=”none” effect=”lifted-both” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”1″ border_color=”#dddddd” ]Koszta[/dropshadowbox]
Słowacja: 85 euro – 7 dni. 6 euro na osobe na dzień

Sen?

Obładowani naszymi klamotami docieramy do Stolicy, 25 stopni w cieniu przy ostatnich 6 w nocy robi różnice. Poszukujemy wifi, bo jak zwykle nie pomyśleliśmy wcześniej by przy okazji korzystania z neta spisać sobie, jakim busem możemy dojechać do naszego hosta. Koniec w końcu siedzimy już w busie jadąc do niego. Joe jest jeszcze w biurze ma dojechać za godzinę, więc my siedzimy sobie na ławeczkach pod domem a co 20 minut z balkonu wyłania się jakiś facet oferujący nam klucze byśmy sobie weszli do góry, ehh.. co za gościnność u tych Słowaków.

Po godzinie przyjeżdża Joe i mówi, że dzwonił do ojca, który akurat u niego przebywałby dał nam klucze… No cóż przynajmniej sobie posiedzieliśmy w słońcu na ławeczkach 🙂

Dostajemy swój pokój, widok wielkiego łóżka chyba nigdy tak nie cieszył. Szybki prysznic zostawiamy plecaki i Joe zawozi nas na miasto przy okazji jadąc załatwić sprawy i umawiamy się na 18 pod jego biurem.

Spacer z plecami nieobładowanymi ciężkimi plecakami daje niezłą frajdę. Jednak dziś krótko po centrum, bo czas goni na umówione miejsce. Tam wyszukujemy jego i jego auta. Gdy nagle ktoś nas woła z passata, obok którego właśnie przechodzimy. Jak się okazuje błędnie szukaliśmy tego, którym przyjechaliśmy. Joe ma ich 21 i wracać będziemy innym…

-Że co? 21?

Z czasem poznajemy jego historie. Jak z dziecka z biednej rodziny stał się ekscentrycznym biznesmenem z firmami w stanach i europie. Do tej pory, gdy czytaliśmy o spotkaniach autostopowiczów z takimi osobami było to na tyle nie realne dla nas, że teraz, gdy sami na takiego natrafiliśmy i to już za naszą granicą, sami robimy do siebie wielkie oczy i nie wierzymy w to, co się tu odjebało 🙂

Nasz gospodarz zapomniał jeszcze czegoś z biura, więc idziemy razem z nim. Biuro znajduje się na 1 piętrze jednego z najbardziej znanych hoteli w Bratysławie, w którym notabene odbywa się właśnie jakiś bankiet. Wszyscy poubierani jak należy sukienki, garnitury… A my przedzieramy się przez ten tłum w krótkich spodenkach, t-shirtach i z popalonymi od słońca ramionami i czerwonymi nosami. Jeszcze tylko japonek nam brakowało: D

Dzień kończymy w pubie ze znajomą Joe, która lada moment otwiera kawiarnie a my staliśmy się jej pierwszymi gośćmi. Na dziś pora spać, bo kolejny dzień przyniesie jeszcze więcej.

Z rana jedziemy na granicę z Austrią obejrzeć urokliwy Devil Castel. I tam Joe prosi o pomoc w przetransportowaniu jednego z samochodów. Patrycja zostaje, więc sama w jego biurze a my jedziemy motorem, gnając slalomem po Bratysławie. Uczucie jak wsiąść do rakiety. Odbieramy samochód, Joe wręcza mi kluczyki a sam wraca motorem.

Na popołudnie zaplanowane mieliśmy wyjazd na pobliskie jeziorko Złote Piaski. Joe jednak dostaje telefon, że musi się pojawić w banku porobić interesy. Mina mu zrzedła, że musi nas zostawić na godzinę, zapewniamy go jednak, że to żaden problem, że my sobie pójdziemy na spacer po starym mieście.

Jednak nie, on się na to nie zgadza i mówi, że da nam auto i pojedziemy sobie sami nad jezioro a on dojedzie…. What?? Tak oto właśnie dostaliśmy dobrej klasy samochód na własny użytek na cały dzień.

Siedząc nad jeziorkiem, zajadając pizze, zadajemy sobie pytanie czy to, aby nie sen? Dwa dni wcześniej chowaliśmy się przed burzą pod mostem i tam gotowaliśmy sobie makaron a dziś, jeden ze Słowackich biznesmenów jest naszym ziomkiem, i daje nam swój samochód do dyspozycji…

To koniec słowackiej przygody. Jedziemy na Węgry.

Minutka na stopa…

Postanawiamy podładować własne baterie i robimy sobie dwu dniowy odpoczynek w słowackich górach na kampingu w Dolnym Kubinie. Rozwieszamy hamak i cały dzień odpoczywamy korzystamy z dostępu do Internetu, prądu, wody… no po prostu luksus jak na poprzednie surwiwalowe dni 🙂


W związku ze zmianą trasy niż wstępnie planowaliśmy, choć rzadko cokolwiek planujemy, postanawiamy po raz pierwszy powysyłać zaproszenia korzystając z couchsurfingu i tak oto decydujemy się ruszyć dalej w drogę przez Bratysławę.

Wstajemy rano, zbieramy nasze manatki żegnamy się z kotkiem naszym małym ochroniarzem i ruszamy łapać stopa. Po 20 minutach jedziemy na wylotówkę z Żiliny a tam…

Pierwszy raz trafiamy na kolejkę. Naszą miejscówkę obstawiła Słowacka para łapiąca stopa do Brna. Gdy usłyszeliśmy że łapią już od 45 minut miny nam trochę z rzedły, jednak patrząc na ich lichy malutki kartonik oraz na mapę gdzie widać było że Brno to z tej drogi tak średnio po drodze, postanawiamy działać. Użyczamy im swojej tablicy (karma wróci) i po 5 minutach łapią stopa.

Pora na nas, przekładamy plecaki stajemy z tabliczką i nie kończymy jeszcze układać ostatniego plecaka, kiedy zatrzymuję się matka z dzieckiem jadąca do Bratysławy.

– No nie wierze…

W ciągu minuty znajdujemy transport na ponad 200 km, a koniec w końcu jedziemy nawet dalej by zatrzymać się nad jeziorkiem na nocleg i kupić bilet (0,9 euro) by rano dostać się podmiejskim busem bezpośrednio pod zamek w Bratysławie.


No to ruszamy.. w drodze na Słowacje

Letni powiew zimy w maju i przeziębienie Patrycji przesunęło nasz wyjazd o parę dni. Ruszyliśmy, więc 11 maja. Ciekawi jak to będzie wstajemy rano i razem z bratem Patrycji wyruszamy na wylotówkę z Katowic.
No to jak ile będziemy czekać na 1 stop? Godzinę? Dwie?

Po 15 minutach stania z tabliczką (Bielsko Biała) jedziemy już nawet do Żywca.

Na wyprawę zabraliśmy ze sobą małego pomocnika 😀 Wózek na zakupy imieniem Lenio nie wytrzymał jednak trudów podróży i minutą ciszy uczciliśmy jego kapitulację na jednej z uliczek w centrum Żywca. Od teraz plecaki wędrują tam gdzie ich miejsce, czyli na plecach. Pora szybko zjeść zapasy by było lżej 😀

Odpoczywamy nad rzeką i łapiemy stopa dalej. I teraz się zaczyna najpierw jazda z młodym pracownikiem warsztatu z Jeleśni i następnie najciekawsze.

Przejeżdża auto, wraca, podjeżdża ponownie. Dziadek pyta gdzie chcemy jechać no to na Słowacje.
– Ooo panie no to na Słowacje to musicie dużo zapłacić…
Więc tłumaczymy, na czym polega autostop. I koniec w końcu jedziemy z nim kawałek, w trakcie jazdy decyduje się, że jednak zawiezie nas do Korbielowa
– A zawiozę was, odwiedzę kolegę przy okazji a najwyżej Bóg mi jakoś zapłaci..
Dziadek jedzie jak szalony, auto prawie się rozlatuje, ale on wie że policja tu nie stoi bo przed chwilą przejeżdżał tędy. Hitem jednak jest to, kiedy doganiamy słowackiego busa. Wyprzedza go zajeżdża mu drogę wyskakuje do niego i mówi ze ma nas zabrać na Słowacje. No i w taki oto sposób już pierwszego dnia lądujemy za granicą. Patrzymy na siebie nawzajem i nie wierzymy w to, co się przed chwilą wydarzyło 😀

Na pierwszą noc wchodzimy na szczyt pobliskiej góry z widokiem na ośnieżone szczyty tatr. Pierwszy raz rozbijamy namiot. W nocy sarny przechadzają się obok nas a nad ranę widzimy jak skaczą sobie po poniższych polankach.

Pierwszego dnia na Słowacji z podgranicznej wioski stop idzie tragicznie. I decydujemy się podjechać do jednego większego miasteczka busem za 1 euro. Tam poznajemy Jurija, który w raz z kolegami maturzystami częstuje nas i wszystkich w koło wódeczką chodząc z nią po mieście i wielko krotnie uzupełniają zapasy w sklepie.

Od Namestova wiara w słowackiego stopa powraca. I przemieszczamy się dalej.

Tą wiadomość piszemy z Dolnego Kubinu gdzie korzystamy z internetu.

Jedziemy dalej. Niebawem więcej zdjęć 🙂