Tag Archives: Pociąg

Pierwsze wejście w mroku

Dobiliśmy brzegu wyspy Jawa. Szybkim krokiem przeszliśmy przez grupkę naganiaczy, aż dotarliśmy do głównej drogi. Ponownie musieliśmy znaleźć tanie bemo do miasta Banyuwangi, bo oczywiście fakt, że port jest w Banyuwangi to nie znaczy, że jest on w mieście. Po jakimś czasie znaleźliśmy kierowcę który nas nie oszwabi i dotarliśmy do miasta. Powolutku dreptaliśmy sobie w kierunku naszego hostelu przy okazji zatrzymując się w jednej z niewielu rozsądnie wyglądających knajpek by w końcu zjeść nasz pierwszy posiłek tego dnia (a była już 15). Nasz hostel był dość oddalony od ścisłego centrum, więc już pierwszego dnia zdążyliśmy miasto zwiedzić.

Naszym główny celem był jednak wulkan Ijen. Wulkan wznoszący się na wysokość 2799 m n.p.m. z najwyżej położonym kwasowym jeziorem na świecie. W internecie znaleźliśmy korzystną ofertę transportu pod wulkan w jednym z hosteli i od razu wybraliśmy się do nich by dobić targu. Podekscytowani próbowaliśmy się jeszcze przespać przed trekkingiem. Kierowca mini vanem podjechał po nas około północy już z inną parką w środku. Jechaliśmy przez prawie puste miasto. Później trasa zaczęła prowadzić pod górę i krętymi drogami wjeżdżaliśmy pod wejście do parku narodowego. Tak jak wcześniej nam powiedziano na górze było dość zimno, więc poubieraliśmy się, wręczone zostały nam maski przeciwgazowe i latarki i ruszyliśmy za przewodnikiem w górę. Szaleniec pędził na złamanie karku a wszyscy pobiegli za nim zostawiając nas w tyle. Nie przyjechaliśmy tutaj na jakieś wyścigi tylko żeby cieszyć się chwilą, więc szliśmy pasującym dla nas tempem. Turystów wchodzących w tym samym czasie co my było dziesiątki. Wchodząc w górę, za sobą i przed widzieliśmy tylko świecące lampy latarek, jedna za drugą jak na choince. Nadawało to całej wspinaczce pewną magiczną atmosferę. W końcu zbliżyliśmy się do krateru i samodzielne oddychanie bez maski stało się niemożliwe. Wielkie kłęby siarkowego pyłu otuliły nas i pokryły nasze ubrania i skórę. Dotarliśmy do skraju krateru skąd czekała nas mozolna wędrówka w dół. Było ślisko i bez dobrej widoczności dość niepewnie. Dym wydobywał się z jednego punktu w kraterze, gdzie też skupiał się cały żółty kryształ siarki, a tuż obok nad malutkim kraterem unosił się niebieski ogień. Wyglądał jak płomień z gazowej zapalniczki i w tak dużej ilości robił wrażenie. W głębi krateru podobno rozpościerało się dość sporej wielkości jezioro, lecz po ciemku byliśmy w stanie zobaczyć tylko brzeg czarnej otchłani z siarką leżącą wzdłuż i oparami unoszącymi się nad jeziorem. Czytaliśmy wcześniej o robotnikach którzy pracują tu w tych piekielnych warunkach wydobywając siarkę, ale jedynie widzieliśmy paru, którzy sprzedawali figurki z siarki i pozowali do zdjęć. Był to dzień świąteczny więc może reszta miała po prostu wolne? Zbliżał się świt i musieliśmy zdążyć na wschód słońca, a idąc z maską na twarzy wspinaczka z powrotem na górę do najłatwiejszych nie należała. Gdy dotarliśmy na szczyt już było jasno. W końcu mogliśmy zobaczyć jak wygląda wnętrze w całej swojej okazałości. Jezioro miało przepiękny turkusowy kolor a wstające słońce pomalowało szczyty sąsiednich wulkanów na różowo i fioletowo. Widok ze szczytu Ijena zapierał dech w piersiach. Po chwili siarkowy dym zgęstniał i przysłonił wszystkie widoki co dało nam też znak, że trzeba wracać. Teraz mogliśmy zobaczyć naszą nocną trasę za dnia i spokojnie zejść bez użycia maski. Na parkingu czekał nasz kierowca i o dziwo nasza grupa przyszła długo po nas. Wycieczka miała w planie jeszcze wodospad, ale zgodnie z drugą parą zdecydowaliśmy, iż jesteśmy tak śpiący i zmęczeni, że jedyne o czym marzymy to łóżko. No i oczywiście prysznic by zmyć z siebie cuchnącą siarkę. Byliśmy zmęczeni lecz było to zmęczenie najlepsze z możliwych. Nocne wejście na wulkan było kolejnym z niesamowitych doświadczeń w naszej podróży i zobaczyliśmy tym samym najlepsze co wyspa Jawa ma do zaoferowania.

Z samego rana panowie z hostelu podrzucili nas wraz z innymi turystami do portu. W przeciwieństwie do reszty my skierowaliśmy swoje kroki w stronę dworca kolejowego. Wydrukowaliśmy wcześniej zakupiony bilet i czekaliśmy na swój pociąg w klimatyzowanej hali indonezyjskich kolei. Przyjechała nasza maszyna i zaskoczyła nas swoją czystością. Co chwilę chodzili sprzątacze oraz stewardzi (tak! jak w samolocie) którzy sprzedawali napoje i przekąski. Można było nawet dostać ciepły posiłek. Wszystko było by pięknie, gdyby nie klima włączona na fula. Po 7 godzinach już z bolącymi od siedzenia tyłkami wkulaliśmy się na stacji w Surabaya. Mieliśmy tutaj zarezerwowany najdroższy w naszej podróży hostel ale zarazem dość unikatowy. Łóżka znajdowały się w drewnianych boksach z zasuwaną kotarą, poustawianych jeden na drugim. Były tez boksy gdzie mieściły się po dwie osoby. Nietypowo ale o dziwo bardzo wygodnie. Po wypoczętej nocy mieliśmy siłę by chodzić po mieście i zabijać czas w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Przy okazji szukania sklepu widzieliśmy przejeżdżający pociąg przez centrum handlowe. Normalnie w wielkim molochu, pomiędzy oknami był tunel dla pociągów. Wieczorem wsiedliśmy w nasz nocny pociąg do Dżakarty. Na miejscu, dojeżdżając do miasta widzieliśmy prawdziwe slumsy. Ciągły się kilometrami i wyglądały jakby ludzie mieszkali wśród wysypisk śmieci. Szliśmy z buta przez miasto, wychodząc z dzielnic nędzy w stronę wielkich parków i skwerów. Akurat w Dżakarcie odbywały się Azjatyckie Igrzyska Olimpijskie i wszędzie pełno było plakatów prezentujących maskotki imprezy oraz odbywały się związane z tym pokazy. Na jeden z takich natrafiliśmy przypadkiem szukając wieczorem, czegoś do jedzenia. W parku, którego głównym punktem był Monas czyli wysoka wieża tuż przy Muzeum Narodowym, była masa ludzi, pełno żarciowni i znowu masa ludzi. Napełniliśmy brzuszki i poszliśmy się przejść po parku, gdzy zaczęła się jedna z projekcji właśnie wyświetlana na owej wieży. Po odpoczywaliśmy na trawie i zwinęliśmy się do hostelu by następnego dnia ruszyć na zwiedzanie Muzeum. Poszliśmy kupić bilety. Gdy już udało nam się dotrzeć do wejścia po za pozowaniu do jakiś 10 selfie okazało się, że teraz jest przerwa ale bilety możemy kupić i wrócić później. Zaprzyjaźniliśmy się z gościem, który zawiadywał kolejką i upewniliśmy się, że mamy właściwe bilety. Po 19 wróciliśmy i weszliśmy do środka. Po odstaniu w kolejce by wjechać na szczyt Monasu okazało się, że nasze bilety się nie zgadzają. Klasyczny scam, ale o dziwo gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski to nas przepuścili dalej. Holendrzy za nami już takiego szczęścia nie mieli i odesłali ich z kwitkiem. Wjechaliśmy windą na górę skąd rozpościerał się widok na miasto. Najbardziej w oczy rzucał się Wielki Meczet Istiqlal, podobno największy meczet w Południowo-Wschodniej Azji. Obeszliśmy iglicę dookoła i po obejrzeniu modelarskiej dioramy i historii Indonezji już wiedzieliśmy dlaczego Holendrów nie puścili dalej. Trzeba ich było nie najeżdżać w przeszłości. Została nam do zobaczenia jeszcze Dżakarcka plaża, więc z rana wsiedliśmy w lokalny busik i dotarliśmy do plaży tuż przy parku rozrywki Ancol. Trochę pobłądziliśmy bo aplikacja maps me nie do końca działa w Azji, ale w końcu dotarliśmy. Plaża była wyjątkowo czysta a woda ciepła. Ludzie się kąpali a nawet uprawiali windsurfing. My jedynie pobrodziliśmy nogami w wodzie zwiedzając całą plażę. Stąd z daleka widać było jak chmura zanieczyszczeń połyka wieżowce w dalszej części miasta. Słońce mimo, że też było za tą chmurą to i tak paliło skórę. Znaleźliśmy kolejny lokalny rozklekotany busik i wróciliśmy do siebie. Znów trzeba było się pakować i jechać dlaej. Przez gęsto zanieczyszczoną Dżakartę przejechaliśmy specjalnym busem na lotnisko i pożegnaliśmy się z Indonezją. Jeszcze parę godzin i witaj ponownie Kuala Lumpur.

Bangkok, spotkanie kuzynki, odwiedziny Pla i wizyta na komisariacie… Jedziemy na Krabi

Bangkok powitał nas dusznym gorącem. Przemierzanie go z ciężkimi plecakami w godzinach szczytu nie należało do najprzyjemniejszych ale i tak byliśmy szczęśliwi, że tu wróciliśmy. Tym razem już nie przy Kao San ale w równie ciekawej dzielnicy przyszło nam nocować. Niedaleko budynku w którym podobno kręcili Kac Vegas. Szczęśliwym trafem w tym samym czasie w Bangkoku była moja kuzynka z mężem. Spędzili 3 tygodnie zwiedzając Tajlandię i Kambodżę a teraz wracali już do Polski. Spotkaliśmy się wszyscy razem w ich hotelu i cały dzień przegadaliśmy opowiadając swoje przygody. Fantastycznie było zobaczyć znajomą twarz tak daleko od domu. Przez jeden dzień poczuliśmy się jakbyśmy byli już w domu.

Nazajutrz oni ruszali na lotnisko a my w kierunku Ayunthayi na spotkanie z Pla. Standardowo nie mogliśmy się z nią dogadać, ale że wydawało nam się iż pamiętamy jak do niej dojechać w zaparte chcieliśmy łapać stopa. Jak na złość szło nam to bardzo opornie. Po paru godzinach czekania w końcu podjechała do nas pewna miła pani oznajmiając, że nikt stąd nie będzie jechał w naszym kierunku, więc ona się zlituje i nas zabierze. Specjalnie dla nas nadrobiła z 300 km a docelowo miała jechać do Bangkoku. Obdarowała nas tajskimi słodyczami i podwiozła praktycznie pod sam dom. Niesamowite! Powitała nas mama Pla rzucając nam się na szyje jednocześnie dziękując tej kobiecie, że nas przywiozła. Wręczyliśmy rodzince małe upominki z Wietnamu i pogadaliśmy trochę na tyle prostym językiem by nas zrozumiała. Biedna Pla wpadła w jakieś kłopoty. Jej klienci oskarżali ją o sprzedaż produktu który uczula. Fabryka nie poczuwała się do odpowiedzialności więc wszystko spadło na jej biedną głowę. Razem z jej kuzynami i wujkiem policjantem pojechaliśmy wyjaśniać sytuację na posterunku. Myśmy byli tylko w formie pocieszycieli. Po wszystkim razem z całą rodzinką wybraliśmy się do knajpki gdzie pierwszy raz mieliśmy okazję spróbować żabich udek a naszą znajomością paru słówek po tajsku zaskarbiliśmy sobie serca wszystkich. Reszta imprezy przeniosła się do domu gdzie na stole wylądowała miodowa Soplica prosto z Polski podarowana nam przez moją kuzynkę. Tajom tak zasmakowała, że znikła w mgnieniu oka. Nazajutrz pokazywali jedynie jak bardzo ich głowa boli. Pla miała swoje problemy w których rozwiązaniu niestety nie mogliśmy jej pomóc, więc postanowiliśmy po prostu nie przeszkadzać. Gdy wyjeżdżaliśmy Tajowie mieli swoje buddyjskie święto. Zabraliśmy się wraz z rodzinką do świątyni gdzie wręczyliśmy dziękczynne dary mnichom. W innej świątyni nakarmiliśmy święte ryby i uderzyliśmy w gong na szczęście. Wszystko było częścią ich tradycyjnych buddyjskich rytuałów. Pożegnaliśmy się na dworcu tak jak 2 miesiące wcześniej i wróciliśmy pociągiem do Bangkoku.

Dojeżdżając do miasta zobaczyliśmy jego inne oblicze. Wjechaliśmy pociągiem w sam środek slumsów. Małe blaszane domki mieściły całe 6-7 osobowe rodziny, których życie toczyło się wśród wszędzie walających się śmieci i wyciekających ścieków. Przykry to był widok. Widzieliśmy to póki co jedynie w filmach a teraz na własne oczy przekonaliśmy się, że ludzie tak żyją naprawdę. Przemierzyliśmy łódką Chao Praye i podreptaliśmy do backpackerskiej dzielnicy. Znów zajadaliśmy się pad thai-em i cieszyliśmy Bangkokiem. Nigdy nam się to miasto nie znudzi. Po dwóch dniach ruszyliśmy dalej tym razem na południe.

Chcieliśmy dotrzeć na Krabi, jadąc większość trasy pociągiem i zatrzymywać się w miejscach gdzie uda nam się znaleźć najtańszy nocleg. Pierwszym miastem było Hua Hin. Nie wiedzieliśmy nawet, że takie istnieje a okazało się bardzo popularnym kurortem z białą plażą, czystą wodą, gdzie można było przejechać się konno w filmowej scenerii. Woda była wyjątkowo ciepła i zachęcała nas by resztę dnia w niej spędzić. Wróciliśmy do pokoju spaleni jak buraki ale za to zadowoleni. Z rana wskoczyliśmy do pociągu i pojechaliśmy do kolejnego miasta. Chumphon było małym miasteczkiem, które nie wyróżniało się niczym specjalnym. Turyści przyjeżdżali tu tylko by dostać się promem na pobliskie wyspy. Zostaliśmy tu 3 dni by Krzyś mógł przy okazji wyleczyć swój bolący kark. Często w naszej podróży znajdujemy się w miejscach w których coś się dzieje a my nawet wcześniej o tym nie wiemy. Tak było i tym razem. Akurat przechodziliśmy się uliczkami Chumphon, gdy natrafiliśmy na paradę. Tradycyjnie poprzebierani Tajowie strzelali czerwonymi petardami robiąc przy tym wiele hałasu i zostawiając za sobą pełno czerwonych papierków. Tuż za nimi paradowali ludzie niosący długiego papierowego smoka a obok nich nieśli mniejsze tez papierowe ruszające oczami i pyskami smoczęta. Chodzili od sklepu do sklepu a właściciele wręczali im datki w zamian chyba za błogosławieństwo. Parada szła przez całe miasto a my tuż za nimi. To co oglądaliśmy wcześniej w Azji Express teraz mogliśmy zobaczyć na własne oczy. Takie poznawanie kultury to my lubimy.

Nad ranem znów wpakowaliśmy się do pociągu. Maluan miała być naszą ostatnią stacją. Stamtąd już autostopem prosto na Krabi. Prosto niestety nie było. Pierwszy kierowca chciał bardzo nam pomóc, więc dogadywał się z nami za pomocą telefonu co nie skończyło się dla nas za dobrze. Zabrał nas z autostrady do miasteczka Surathani skąd miały odjeżdżać busy do Krabi. Oczywiście wszystkie dawno odjechały lub jechały z innego dworca więc musieliśmy z powrotem dymać do głównej drogi. Gdy bazgraliśmy tajskimi hieroglifami kolejną nazwę na naszych kartkach podszedł do nas młody kierowca trucka i zaoferował się, że nas zabierze. Dzięki niemu w nie szybkim czasie udało nam się wyrwać z totalnej dziury. Z prędkością 20 na godzinę dowiózł nas do autostrady skąd po chwili zabrał nas tajska bizneswoman. Standardowo po jakiejś godzinie wspólnej jazdy zostaliśmy znajomymi na Facebooku. Wysadziła nas pod 7 eleven obdarowując jakimiś tajskimi specyfikami na ugryzienia owadów i pojechała w swoją stronę. Naładowaliśmy szybko baterie smakołykami ze sklepu i lokalnego bazarku i poszliśmy łapać ostatniego stopa. Staliśmy przy drodze z napisem i zaczęli podjeżdżać do nas Tajowie na rowerach próbując zrozumieć co my robimy. Uśmiechaliśmy się jedynie i kiwaliśmy głowami to po chwili machali i sobie odjeżdżali. Po jakimś czasie zatrzymała się rodzinka w pickupie. Zapakowaliśmy się na pakę i przeszczęśliwi ruszyliśmy prosto do miasta. W końcu udało nam się pojechać na pace. Wyrzucili nas w samym centrum gdzie powitał nas wielki metalowy Krab. No to byliśmy na miejscu.

Nauka jazdy na Tajskiej wyspie.

Spędziliśmy 6 godzin w busie do Rayong. Chcieliśmy zobaczyć tajskie wyspy , najlepiej takie by turystów było jak najmniej. Padło na Ko Samed. Na wyspę dotarliśmy oczywiście łódką. Mała wysepka otoczona lazurową wodą (z wszędzie pływającym plastikiem, bo w Azji dbanie o środowisko jest im zleksza obce) zrobiła na nas wrażenie. Plaże były pokryte białym piaskiem a ciepła morska woda aż zapraszała do kąpieli. W pierwszą noc rozbiliśmy namiot praktycznie tuż obok jednego z barów, by rano dowiedzieć się iż 10 metrów dalej było płatne pole namiotowe. Tym sposobem nieświadomie zaoszczędziliśmy 30 zł. By zwiedzić całą wyspę wynajęliśmy skuter. Prawie każdy teren z plażą był otoczony resortami, a resztę pokrywała gęsta dżungla. Krzysztof postanowił, iż też powinnam mieć z tego frajdę i nauczył mnie prowadzić. Na początku niechętnie i nieśmiało, a pod koniec szalejąc całe 30 km/h (bo na tyle pozwalały drogi) Cały dzień frajdy na skuterze. Wieczorem Krzyś znalazł nam idealne miejsce na skałach, tuż przy wodzie. Idealny placek zieleni w sam raz na nasz namiot, otoczony kamiennym murem. W końcu smacznie się wyspaliśmy bez tropika z lekka bryzą przelatującą przez nasz namiot. Po trzech dniach na wyspie wróciliśmy na stały ląd.

Opędzając się od tuktukarzy dotarliśmy w końcu na wylotówkę. Opcje mieliśmy dwie. 1. Jechać od razu w kierunku Kambodży bez pieniędzy i ryzykować, że uda nam się znaleźć normalny bankomat i kantor czy 2. Jechać z powrotem do Bangkoku i potem pociągiem na granice. Po długich dywagacjach padło na opcję drugą. Stopem dotarliśmy do Pattaji, gdzie spóźniliśmy się 20 minut na jedyny pociąg tego dnia. Z buta przeszliśmy całe miasto szukając bankomatu i jakiegokolwiek kantoru. Gdy w końcu mieliśmy pieniądze dotarliśmy do dworca a stamtąd już busem do Bangkoku. Z miejsca gdzie wysiedliśmy mieliśmy jakieś 10 kilometrów do dworca kolejowego. Po jakiś 20 kilometrach z buta nasz stopy zaczęły się pokrywać bąblami, a noc musieliśmy spędzić wśród licznych koczowników na terenie dworca. Nasz pociąg odjeżdżał dopiero o 5 nad ranem więc rozłożyliśmy karimaty i spaliśmy na zmianę.

Naczytawszy się tyle o Bangkoku, człowiek miał oczy jak 5 złotówki i lustrował każdego jako potencjalnego drapieżnika, ale na szczęście przetrwaliśmy te godziny i gdy w końcu wybiła nasza wpakowaliśmy się do pociągu. Ledwo ruszyliśmy to przekupki z jedzonkiem zaczęły krążyć po wagonach. Napełniliśmy brzuszki i wygodnie się rozłożyliśmy. 6 godzin minęło jak z bicza strzelił. Wytoczyliśmy się na peron wraz z innymi turystami i od razu zaatakowali nas drobni przewoźnicy. Po chwili wszyscy odjechali i tylko my poczłapaliśmy szukać jedzenia. Nie byliśmy pewni czy w Kambodży tak łatwo coś zjemy więc woleliśmy to zrobić jeszcze w Tajlandii. Po posiłku zaczęliśmy kroczyć drogą czekając na zielony bus, który był niby najtańszą opcją, jednak przechwycił nas jeden z tuktukarzy z którym po targowaniu się pojechaliśmy na granicę za taką samą cenę jak za busa.

Pierwszy azjatycki autostop

Opuściliśmy hostel i przedostaliśmy się łodzią (co było najszybszym i najtańszym sposobem by ominąć zatłoczone miasto ) na dworzec główny. Stamtąd już pociągiem do miasteczka Ayuntthaya słynącego z przepięknych buddyjskich świątyń. Odnaleźliśmy kolejny hostel i ruszyliśmy zwiedzać świątynie. Najbardziej oddalona ze wszystkich świątyń znajdowała się tuż przy rzece, gdzie w jednym miejscu zebrała się spora grupka ludzi. Gdy podeszliśmy bliżej zauważyliśmy , iż bananami nabitymi na długich patykach ludzie karmili żółwie rozmiaru średniej wielkości psa. Prawdziwie dzikie żółwie na przemian z równie wielkimi sumami wyciągały swoje pyszczki po smakołyki. Musieliśmy zostawić te ciekawe widowisko by zdążyć zobaczyć jeszcze inne świątynie.

Chodząc po mieście natrafiliśmy na nocny targ, gdzie przy okazji chcieliśmy zjeść kolację. Musiałam niestety przełknąć konsekwencje swojego zamawiania posiłku bez nadmienienia, żeby nie było ostre. Ośmiorniczki i kalmary wymieszane z ryżem dosłownie paliły mi się na języku. Po tym szybko nauczyłam się jak jest po tajsku nie pikantne. Po spokojnej i przespanej nocy wymeldowaliśmy się z hostelu i poszliśmy przed siebie. Dużo dreptania nas czekało by na wylotówce łapać pierwszego tajskiego stopa. Zajęło nam to cały dzień przez żar lejący się z nieba, stawanie z napisem nie miało już sensu. Trzeba było znaleźć miejsce na nasz domek. Jedno znaleźliśmy przy małej świątyni lecz po godzinie zaczęło być tam zbyt gwarno więc musieliśmy szukać dalej. Jako jedyni biali w tym miejscu o późnej porze robiliśmy małą sensację i każdy podchodził i chciał nam jakoś pomóc. Jednak wszyscy odsyłali nas w miejsce wyglądające jak przystanek autobusowy (ale nim nie był). W końcu gdy nikt nie patrzał postanowiliśmy wskoczyć w krzaczki i tam się rozłożyć.  Z rana rozstawiliśmy się na wylotówce. Najpierw podjechał do nas bus i za darmo podrzucił nas do małego miasteczka 10 km dalej. Wielkim łukiem ominęliśmy terminal autobusowy by wydostać się z miasteczka i łapać w zaparte dalej stopa.

Po 5 minutach podjechał przemiły pan mówiący po angielsku, który podwiózł nas pod samego Wielkiego Smoka w Suphanburi. Osiągnęliśmy swój mały cel. Pokręciliśmy się trochę, porobiliśmy zdjęcia i z buta ruszyliśmy dalej. Kolejnym celem były wodospady w parku Erewan, od których niestety dzieliło nas trochę kilometrów. Szliśmy i szliśmy szukając dworca kolejowego a żar lejący się z nieba niesamowicie nam to utrudniał. W końcu dotarliśmy na dworzec z którego jedzie jeden pociąg dziennie i to wczesnym rankiem. Niezbyt zaskoczeni tym faktem skorzystaliśmy jedynie z darmowego prysznica, by i tak po paru minutach móc pocić się dalej. Człapaliśmy powoli wzdłuż torów w kierunku kolejnej wylotówki. Gdy znaleźliśmy w końcu cień przycupliśmy by dojść do siebie, lecz nie minęło z 5 minut gdy podjechała jakaś dobra dusza i zabrała nas do swojego klimatyzowanego samochodu. Wyrzucili nas w kolejnym miasteczku tuż przy targu, gdzie napełniliśmy swoje brzuszki pysznym Pad tajem.

Postawiliśmy swoje plecaki, złapaliśmy za tablice i po chwili zatrzymały się, aż dwa samochody. Powiedzieliśmy dokładnie gdzie chcemy jechać a kierowcy zaczęli się między sobą o nas targować. Kobieta wygrała. I tak poznaliśmy Pla…

Jo dolgok várnak – ciesz się tym, co dobre

W Budapeszcie, a dokładniej w Fot (miasteczku pod Budapesztem) czeka na nas od 19 pokój w domu Laszlo. Spokojnie, więc rano ruszamy z nad Balatonu. Docieramy na jeden z większych parkingów na dojeździe do stolicy, jemy śniadanie, łapiemy wifi i ogarniamy jak dostać się do centrum. I nagle pojawia się ktoś, kto mówi po angielsku i kieruje nas na przystanek, z którego dojedziemy do stacji metra. I Znów przed busem poznajemy chłopaka, który nam pomaga. My obładowani i zmęczeni biegniemy za nim z busa do metra. Kupujemy bilety, wszędzie pełno ludzi, tłoczno wchodzimy na ruchome schody, które zasuwają 3 razy szybciej niż, w naszych galeriach handlowych. Biegamy, nie wiemy gdzie jesteśmy, gdzie jedziemy, ale całe szczęście, że on jest z nami.(Teraz pisząc tego posta, już od dawna spokojnie sami sobie śmigamy metrem jak lokalsi i śmiejemy się z naszych początków tutaj).

Będąc już na właściwym miejscu, mamy ponad 5 godzin czasu do naszego pociągu. Więc idziemy się przejść pod parlament. Oczywiście popełniając pierwszy z banalnych błędów nowicjuszy. Nie pomyśleliśmy by na dworcu w przechowalni zostawić nasze plecaki i targamy je ze sobą :]

I od tej chwili jak w sinusoidzie zaczynamy spadać w dół. Siedząc, już kompletnie zmęczeni pod najbardziej znanym z zabytków Węgierskiej stolicy, widzimy jak nadciąga burza. Jednak wolimy jeszcze trochę posiedzieć, bo zapowiada się, że przejdzie bokiem.

Niestety chwilę później bardzo się zdziwiliśmy!

Parę kropel spadło z nieba na nasze zmęczone buzie, zbieramy plecaki i szybko chowamy się pod najbliższe drzewo. W sekundę zrobiła się z deszczyku ulewa taka, że nie było widać drugiej strony ulicy. Czym prędzej wyciągamy jedna pelerynę by przykryć plecaki. Jednak jedna nie ogarnia wszystkiego (druga znajduje się na dnie jednego z plecaków) nie mówiąc już o nas. Po 5 minutach jeszcze się śmiejemy z tego, ale po 10 z ulewy robi się apokalipsa. My w krótkich spodenkach i rękawkach a tu zaczyna napieprzać gradem. Widoczność na 5 metrów.

Cali już mokrzy musimy coś zmienić żeby jeszcze jakoś uratować zawartość plecaków. Burza nie przechodzi, łapiemy, więc je pod pachy i lecimy przez płynącą chodnikiem rzekę do najbliższej kamienicy i tam ktoś akurat otwiera nam drzwi.

Na klatce schodowej już suszą się turyści. Jednak my robimy furorę. Z wykręconej koszulki woda leje się jak z mopa. Mieszkająca tam Pani przynosi nam ręczniki, 2 litry wrzącej herbaty a na koniec woła syna by jej i nam tłumaczył z węgierskiego na angielski, a wiedząc, że mamy za 50 min pociąg oferują taksówkę. Pogoda jednak się poprawia i na własnych nogach dreptamy już na dworzec.

Mając już bilet w ręku i siedząc w pociągu, choć mokrzy cali cieszymy się, że już za chwilę będziemy u Laszlo, że wszystko wysuszymy i mamy gdzie spać, szczególnie w taką pogodę. Jak że było to błędne myślenie. Burza, która nas dopadła nie tylko nas przemoczyła. Jak się potem dowiedzieliśmy zalało jedną z większych galerii w mieście jak również i nasze tory 😀

Jak zwykle nikt w koło nie mówi po angielsku, nie wiemy, co zrobić, Laszlo pisze żeby jechać innym pociągiem i tam przesiąść się w autobus. A ten inny pociąg odjeżdża za 3 minuty. No na bank!
Koniec w końcu w jakiś sposób odzyskujemy pieniądze za bilet i kupujemy nowy do innego miasteczka, z 2 godzinnym już opóźnieniem (ale to i tak dobrze bo jak się potem dowiadujemy nasz pierwszy pociąg ruszył w końcu zamiast o 19 to o 23).Po ciemku w deszczu i nie wiedząc gdzie jesteśmy, znajdujemy busa. Bez żadnego numeru, jednak wszyscy tam wsiadają to i my idziemy. Pytamy czy jedzie do Fot. Zapomnij, że ktoś Cie zrozumie i odpowie, nagle pojawia się kolejna osoba we właściwym miejscu i czasie. Chłopak mówiący po angielsku udostępnia nam swój Internet i w czasie jazdy pokazuje nam na gps gdzie jesteśmy, kiedy mamy wysiąść a do tego jeszcze pomaga nam dojść z przystanku na umówione miejsce. Bez niego na pewno by się to nie udało, pamiętając jeszcze to wszystko, co działo się w busie.

Kierowca chyba pierwszy raz jechał autobusem. Nie dość, że nie ogarniał gdzie ma jechać i pasażerowie go kierowali (kłócąc się i wydzierając miedzy sobą przy tym) to w ogóle nie radził sobie z jazdą takim pojazdem. Prawo jazdy może i miał, ale na osobówkę.

W końcu docieramy do domu Laszlo dostajemy ciepłą zupkę, bierzemy prysznic, kładziemy się i cieszymy się tym, co mimo wszystko dobrego nas spotkało tego dnia.