Tag Archives: Namiot

Ostatnia prosta, opuszczamy Australię

Wiedzieliśmy, że aby dojechać do Rockhampton w jeden dzień musimy znaleźć jednego porządnego stopa. I tak też się stało. Na początku nie chętnie ale w końcu kierowca sam nas zawołał. Kierowca ciężarówki z którym dojechaliśmy prosto do celu. Ze stacji benzynowej odebrał nas już Daniel, nasz nowy host o wyglądzie wikinga. Gdy dojechaliśmy na farmę reszta jego rodzinki już dawno spała więc mieliśmy czas by na spokojnie zaznajomić się z nowym miejscem. W porównaniu z tym co mieliśmy wcześniej było tu jak w pięcio gwiazdkowym hotelu. Przy śniadaniu poznaliśmy resztę ferajny. Emmę – żonę Daniela i trójkę gadatliwych i dość energicznych dzieciaków. Głównie bawiliśmy się z dziewczynkami w wieku 5,6 lat lub zajmowaliśmy uwagę 6 miesięcznemu Jackowi by nie zauważył chwilowej nieobecności mamy. Mieli w posiadaniu dość sporo hektarów włącznie z dosyć sporej wysokości górą, więc gdziekolwiek trzeba było coś naprawić lub po prostu zrobić to jechaliśmy tam samochodem. Karmiliśmy zwierzęta, zbieraliśmy ogródkowe smakołyki i spędzaliśmy czas z rodzinką. Niewiele to miało wspólnego z pracą jedynie angażowało nas przez cały dzień co czasami było dla nas wręcz bardziej wykańczające niż normalna praca ale za to złapaliśmy z nimi wspólne flow. Z przyjemnością tez karmiliśmy 3 razy dziennie dwie przesłodkie miniaturowe kózki. Ich dom umieszczony był na wzgórzu, a nasz nieco poniżej i był cały do naszej dyspozycji.

W między czasie planowaliśmy naszą dalszą podróż. Próbowaliśmy, też znaleźć kolejnego hosta na couchsurfingu, lecz bez skutecznie. Na szczęście gdy Daniel i Emma dowiedzieli się o naszym małym problemie natychmiast zaoferowali nam byśmy zostali dłużej. Zbiegło się to w czasie z przyjazdem kolejnych workawayów z Japonii, więc musieliśmy im zrobić miejsce i przenieść się do kampera. Dwie Japonki – matka i córka przyleciały do Australii na dwa tygodnie prosto z Tokio by zaznać trochę wiejskiego życia. Ich angielski był bardzo ciężki do zrozumienia i często musieliśmy tłumaczyć Emmie o co może Haruko chodzić co rodziło czasem śmieszne sytuacje. Zacieśniło to jeszcze bardziej nasze relacje i aż smutno było nam ich opuszczać. W ostatnią wspólną noc pojechaliśmy w dalszą część ich posiadłości i wraz z rodzicami Emmy zrobiliśmy ognisko. Było piwko, jagnięcina i miła atmosfera. W drodze powrotnej ojciec Emmy złapał węża, dzięki czemu w końcu w Australii udało nam się zobaczyć jakąś niebezpieczną gadzinę na dziko.

Podziękowaliśmy rodzince za wszystko i znów zajęliśmy nasze miejsce na stacji. Stanęliśmy z napisem ale standardowo dopiero bezpośrednia interakcja załatwiła nam ruszenie się z miejsca. Przejechaliśmy odcinek na którym x lat temu jakiś szaleniec zabijał autostopowiczów przez co w Australii jest to teraz zakazane, ale i tak potem utknęliśmy w niezbyt miłym Ilbilbie. Chodziłam pytać a potem przestało cokolwiek przyjeżdżać. Po zmroku zrobił się ruch ale słyszeliśmy tylko nie i nie. W końcu jeden dał się namówić, ale że odjeżdża dopiero o 4 nad ranem i jak wstaniemy to możemy jechać z nim. Wpakowaliśmy się więc w krzaki między tory kolejowe a drut kolczasty, rozłożyliśmy pokracznie nasz rozwalający się domek i ustawiliśmy budzik. O 3 już byliśmy na nogach a o 4 siedzieliśmy w trucku prując do przodu. Słuchaliśmy anegdotek kierowcy a gdy się mu w końcu skończyły to włączył na małym telewizorku Lucyfera. Wylądowaliśy na kolejnej niezbyt łaskawej stacji tuż przed Townsville. Próbowaliśmy na stacji, potem staraliśmy się przejść na kolejną po drugiej stronie autostrady lecz przez ściek polegliśmy. Z pierwotnej stacji jedna kobieta zabrała nas za miasto na kolejną stację skąd przeszliśmy z kilometr by dostać się na wylotówkę na autostradę. Po chwili zabrał nas z tego patowego miejsca jakiś farmer. Jeździliśmy tak ze stacji do stacji i w końcu zaczęliśmy się zastanawiać czy jest sens jechac po pare kilometrów osobówkami. W takim tempie mogliśmy nie zdążyć na nasz samolot a do Cairns było jeszcze daleko. W końcu postanowiliśmy wrócić do miasta by zobaczyć pociągi. Miła starsza parka koło 70 podrzuciła nas pod sam dworzec. Pociąg odjeżdżał oczywiście dopiero rano i moglibyśmy usiąść i czekać ale cena biletu i determinacja namówiły nas by się nie poddawać i jeszcze spróbować złapać tego ostatniego stopa w Australii. Przeszliśmy z 3 kilometry z dworca na naszą pierwotną stację na którą chcieliśmy się dostać. Nastała już noc gdy na nią dotarliśmy. Szybkie odświeżenie i do roboty. Wypytałam tych którzy stali przy dystrybutorach. W końcu podeszłam do grupki kierowców i z udawaną pewnością siebie zapytałam na głos który jedzie do Cairns. Mili koledzy wydali jednogłośnie jednego z nich, który po chwili namowy i chyba presji otoczenia w końcu się zgodził. Krzyś był w szoku gdy po niespełna 15 minutach przybiegłam do niego z dobrymi wieściami. Po chwili siedzieliśmy w ciężarówce, kiwając się ze zmęczenia ale ze łzami w oczach ze szczęścia, że udało nam się to zrobić. Po 4 godzinach byliśmy na miejscu. Dotarliśmy i nasza australijska przygoda dobiegała powoli końca.

Przyjechaliśmy jednak za późno by znaleźć jeszcze otwarty hostel, więc został nam nocleg w parku. Początkowo próbowaliśmy oszukiwać sen i szwendaliśmy się wzdłuż wybrzeża lecz finalnie zapakowaliśmy się w dżdżownice i rozłożyliśmy pod trybunami. Po wielu godzinach nadszedł w końcu upragniony świt, wysypał biegaczy i wygonił nas ze śpiworów. Obserwowaliśmy budzące się do życia miasto, Francuzkich bacpackersów zmierzających na budowę, aborygenów cisnących chwiejnym krokiem by zająć swoją melinową miejscówkę czy też chińsko-japońskich turystów robiących sobie selfie w dziwnych pozach. Zajęliśmy ławeczkę przy ogólnodostępnym basenie i wpychaliśmy w siebie przed wczorajszy chleb z dżemem czekając aż otworzą nam hostel. Ledwo odebraliśmy klucze do pokoju to już leżeliśmy padnięci w naszych łóżkach.

Po paru godzinach mogliśmy znów patrzeć na oczy więc wybraliśmy się na zakupy by spełnić ostatnie z australijskich doświadczeń. No bo jak moglibyśmy opuścić te ziemie bez spróbowania mięsa z kangura. Nie jedząc prawie nic przez ostatnie dwa dni w trasie, burgery z soczystym mięskiem były dla nas jak zbawienie. Mieliśmy siłę by przejść się na spacer by zobaczyć w świetle dnia to co widzieliśmy dotychczas jedynie w nocy. W Cairns plaża owszem była lecz ocean zaczynał się dopiero jakieś 2 kilometry dalej, mimo to wszędzie były tabliczki informujące, iż to teren zawładnięty przez krokodyle. Władze miasta stworzyły za to tuż obok piękny basen z plażą. W hostelu nabraliśmy potrzebnej nam energii i następnego dnia pomaszerowaliśmy na lotnisko. Opuszczaliśmy Australię z nutą ulgi, że to już za nami ale jednocześnie z zadowoleniem, że właśnie to jest za nami. Teraz zaczynamy zasłużone wakacje. Lecimy na Bali…

Wietnamska rodzinka, Ninh binh i pożegnanie rakiety.

Przejechaliśmy przez zimne góry i wróciliśmy między pola ryżowe. Zaliczaliśmy kolejne wietnamskie miasteczka. Towarzyszył nam przeraźliwy ziąb i wszędobylska wilgoć, która wdzierała się nam nawet pod ubrania. Nie byliśmy czasem w stanie kontynuować jazdy, więc zostawaliśmy po drodze w super tanich hostelach gdzie za 15 złotych mieliśmy własny pokój z łazienką. Zazwyczaj przez pół dnia leżeliśmy pod kołdrą by dogrzać zmarznięte kości, a później z pokoju zwyczajnie wyganiał nas głód. Hue było jednym z takich miasteczek gdzie zostaliśmy dłużej. Dobre jedzonko, fajne ceny i rozgrzewający spacer po bagietki do supermarketu. Przeczekaliśmy słabą pogodę i ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze znaleźliśmy fantastyczne miejsce na nocleg. Rozbiliśmy swój namiot na szczycie wzgórza, z którego był oszałamiający widok na plażę w dole i rozpościerające się po horyzont morze. Droga na wzgórze prowadziła przez opuszczony resort gdzie odpadająca farba z posągowych delfinów wyglądała lekko upiornie. Zresztą jak cały teren choć widać było, że w latach swojej świetności musiało to być ciekawe miejsce.

W Thrung Hoi pod swój dach przyjęła nas wietnamska rodzinka. Byli to niesamowicie mili ludzie z którymi poznał nas chłopak z couchsurfingu, a który sam nie mógł nas przyjąć. Byli ludźmi proście żyjącymi i nie posiadali zbyt wiele, ale dawali za to całe swoje serca. Ugościli nas pysznymi potrawami i tradycyjna strasznie mocną wietnamską herbatą. Chcieli nam jak najwięcej opowiedzieć o swojej kulturze. Lan była nauczycielką angielskiego, więc nie mieliśmy problemu by się zrozumieć. Z jej mężem było nieco ciężej choć starał się jak tylko mógł by z nami pogadać. Mieli dwie przecudowne córeczki, które cały czas chciały się z nami bawić. Poczęstowali nas też balutem czyli nienarodzonym zarodkiem kaczki czego nie za bardzo mieliśmy ochotę spróbować. Patrzeliśmy tylko jak łapki małego zwierzaka znikały w małej buzi młodszej z córek.

Rozpoczął się Tet czyli wietnamski Nowy Rok. Lan z rodzinką postanowiła przybliżyć nam bardziej to święto i zabrali nas do świątyni na wzgórzu a potem na lokalny targ by pokazać drzewka z różowymi kwiatkami i pomarańczami tradycyjnie kupowanymi w tym czasie. Wybierali się na święta do rodziny za miasto, więc pożegnaliśmy się i życzyliśmy wszystkiego najlepszego.

Powoli wychodziło słońce i przyjemnie grzało nam w plecy. Krajobraz z zielonych pól ryżowych zmienił się na piaszczyste wydmy porośnięte iglastym lasem, które ciągnęły się po obu stronach drogi. Widok był hipnotyzujący tym bardziej, że nie zmieniał się przez wiele kilometrów. Po jakimś czasie zaczął wracać do normy, jedynie doszły wyłaniające się z mgły wzgórza. Dotarliśmy do Ninh Binha. Miejscowość swoją sławę zawdzięczała twórcom najnowszej wersji King Konga. To tutejsze wzgórza wyrastające z wody grały jedną z ról. Nasz hotel był jedynym wyższym budynkiem wśród licznych pól i gdy pod niego podjechaliśmy spytałam Krzysztofa czy to aby na pewno tutaj. Za jedyne 15 zł od osoby mieliśmy nocleg w eleganckim 2 gwiazdkowym hotelu z przemiłą, troszczącą się obsługą i pysznym śniadaniem w cenie. Normalnie kochamy Wietnam za te ceny. Najlepszy kraj dla takich podróżników jak my. Rozgościliśmy się wygodnie i zaczęliśmy planować pobyt. By rozprostować zastane kości przeszliśmy się na spacer do centrum miasteczka. Podobne było do wszystkich innych mijanych po drodze. Z zapachem palonego papieru i kadzidełek, drogami zalanymi skuterami i jesienna deszczową aurą. Na nasze szczęście deszczowe chmury ustąpiły niebieskiemu niebu i mogliśmy się wybrać na wycieczkę łódką przez ninhbińskie rzeki. Słychać było śpiew ptaków, dźwięk wioseł zanurzanych rytmicznie w wodzie i głos jazgoczących między sobą Niemek za naszymi plecami. Widoków dzięki bogu nikt nie zakłócał Rozkoszowaliśmy się otaczającym nas krajobrazem. Pomiędzy wzgórzami wybudowane były małe świątynie, do których można było dostać się tylko łódką a trasa do nich wiodła przez liczne jaskinie. Można było wybrać opcję ze zwiedzaniem tzw. Wyspy King Konga a mianowicie małej wysepki z postawionymi namiotami tipi i statystami ucharakteryzowanymi jak mieszkańcy wioski, w której byli bohaterowie filmu. My jednak woleliśmy eksplorować jaskinie. Kolacja w miasteczku zwieńczyła ten idealny walentynkowy dzień.

Zbliżał się koniec naszej przygody z Rakietą. Myśleliśmy by pojechać na niej jeszcze zwiedzić Zatokę Ha Long, lecz obawialiśmy się, że nie zdążymy jej wtedy sprzedać. Ruszyliśmy więc w kierunku Hanoi. Droga do stolicy była najgorszą jaką dotychczas przyszło nam jechać. Dziura na dziurze, bardzo wąska i cały czas prowadząca przez miasteczka przez co był ciągły gęsty ruch. W końcu udało nam się dotrzeć do miasta i nawet w tej plątaninie ulic udało nam się znaleźć nasz hostel. Bardzo nie rozgarnięci ludzie z recepcji w końcu zaprowadzili nas do pokoju ale na temat parkingu nie byli już w stanie nam pomóc. Po długich poszukiwaniach w końcu znaleźliśmy jeden z kilometr od hostelu. Parę dni wcześniej Krzysztof wrzucił naszą ofertę sprzedaży na grupę na facebooku i od tego czasu odbieraliśmy wiele wiadomości od zainteresowanych. Szybko niestety zmieniali zdanie więc liczyliśmy na 3 osoby z którymi się umówiliśmy. Zależało nam na szybkiej sprzedaży bo Hanoi nie miało nam nic ciekawego do zaoferowania a im bliżej Chin tym jedzenie było coraz gorsze, więc chcieliśmy stąd jak najszybciej uciekać. Umówiliśmy się z jednym Anglikiem. Przyszedł, pooglądał i powiedział, że wróci z pieniędzmi następnego dnia. Czuliśmy, że nie wróci i obawialiśmy się, że Rakiety nie sprzedamy. Gdy nasze humory były na skraju rozpaczy odezwała się do nas parka Serbów. Chcieli się spotkać tego samego wieczora. Poszliśmy na parking lekko wątpiąc w dobicie targu a szczególnie zwątpienie wzrosło gdy zobaczyliśmy jakiej są postury. Po szybkiej prezentacji i krótkiej przejażdżce zdecydowali się kupić. Rozpierające szczęście mieszało się z nutką żalu. Sprzedaliśmy nasze maleństwo. Zawdzięczaliśmy jej tyle wspaniałych przygód. Pożegnaliśmy się i bogatsi o 270 $ wróciliśmy do hostelu. Żegnaj nasz Rakieto!

Da Nang

Na następną noc wracaliśmy znowu do namiotu. Krzyś znalazł nam na mapie malowniczą zatoczkę z laskiem przy plaży. Przejeżdżając przez wieś prowadzącą do naszego miejsca oczywiście zwróciliśmy na siebie uwagę, ale na szczęście na samej już plaży nie było nikogo. Widok był cudowny, prawie jak w Nha Trang, lecz plaża była istnym śmietniskiem. Tony plastiku, worków i części łódek walające się w tak pięknym otoczeniu. Nawet nie było mowy o tym by próbować wejść do wody. Staliśmy i podziwialiśmy ten gorzki krajobraz, gdy zaczęło kropić. Wpakowaliśmy Rakietę w krzaki, a tuż obok nasz domek i po chwili zasnęliśmy ukołysani szumem fal. Obudziło nas słońce przebijające się przez tropik. Leniwie zaczęliśmy zwijać namiot, gdy odwiedziła nas para lokalnych pasterzy krów. Mówili coś w swoim narzeczu ale, że nie wyglądali na zdenerwowanych przywitaliśmy się grzecznie po wietnamsku i dalej pakowaliśmy swój dobytek. Po chwili odeszli więc wzięliśmy się za wypychane motoru z krzaków. Wyjechanie ze wsi jednak nie było już takie łatwe. Zwróciliśmy standardowo na siebie uwagę mieszkańców, ale tym razem na naszą korzyść. Wyjazd był pod stromą górkę z czym nasz Rakieta nie do końca sobie radziła, lecz po chwili zebrała się mała grupka ciekawskich wieśniaków i z uśmiechami na twarzy pomogli nam wypchać motor na główną drogę. Co za wspaniali ludzie, którzy są w stanie zrobić coś dla ciebie całkowicie bezinteresownie. Powoli psuła się pogoda. Zaczynało mżyć i wiać co dawało na motorze nieznośną mieszankę. Staraliśmy się znaleźć jak najszybciej miejsce by coś zjeść. Jak nazłość wszystkie babuszki ze swoimi kuchniami się pochowały i jedyne co udało nam się znaleźć to coś w stylu naleśników. Zaparkowaliśmy tuż obok małych czerwonych krzesełek i wtedy nasza motorowa stopka dokonała żywota. Olej, który powoli sączył się po częściach machiny od początku naszej podróży po Wietnamie trwale odłupał nam stopkę. Na szczęście została nam jeszcze główna. Zajadając naleśniki w papierze ryżowym zastanawialiśmy się co zrobić z tym kawałkiem żelastwa. Cóż powieziemy zobaczymy, może da się ją jakoś przyspawać z powrotem. Ruszyliśmy ponownie spędzić noc na plaży. Wiatr się zmagał. Morze szalało wyrzucając wielkie pieniste fale na brzeg. Piasek Rakiecie nie był straszny, choć trzeba ją było nieco odciążyć. Krzyś pojechał, a ja lekko obładowana brnęłam przez grząski piasek smagana dodatkowo wiatrem. W małym lasku iglastym na skraju plaży Krzyś upatrzył nam miejsce. Wzięliśmy się za rozkładanie namiotu. Mimo, iż byliśmy osłonięci od wiatru, namiot latał na prawo i lewo czego jeden z pałąków niestety nie wytrzymał. Chwila załamki. Wpierw odpadła nam stopka a teraz popsuł się namiot. Po prostu fantastyczny dzień. Poprzywiązywaliśmy namiot do drzew i liczyliśmy, że tak wytrzyma do rana. Przez noc pogoda się uspokoiła, a my mogliśmy w końcu pozrzucać z siebie trochę ubrań. Kolejny dzień spędzony cały w trasie. Po licznych wsiach i miasteczkach w końcu dotarliśmy do wielkiego poważnego miasta Da Nang. Tak jak przez cały kraj były rozsiane wszędzie propagandowe plakaty to tutaj miasto wyglądało jak jeden wielki plakat. Czuć było komunizm w powietrzu. Liczne monumenty, flagi z gwiazdą lub sierpem i młotem i wygląd budynków przeniosły nas w czasie o jakieś 30 lat. Mieli tutaj nawet swój własny spodek. Jedynie przy plaży czuć było powiem nowoczesności w postaci strzelistych wieżowców, hotelów i drogich restauracji z owocami morza. Pełno było tu chińskich turystów i oczywiście wszędzie wokół były napisy w ich języku.

Korzystaliśmy z couchsurfingu od początku naszej podróży, ale dopiero teraz po raz pierwszy mieliśmy być goszczeni przez Polkę. Aga wraz ze swoim Nowozelandzkim narzeczonym przyjęli nas jak rodzinę. Buzie nam się praktycznie nie zamykały. Opowiedzieliśmy im naszą historię , oni swoją. Tematy nam się praktycznie nie kończyły. Tak jak wszyscy obcokrajowcy w tym kraju uczyli wietnamskie dzieci angielskiego. Pokazali nam ich ulubione knajpki oraz miasto nocą. Tutejsza ilość neonów przebijała wszystkie inne miasta w których dotychczas byliśmy. Najlepszą wieczorną atrakcją był most w kształcie złotego smoka, który o konkretnej godzinie ział prawdziwym ogniem. Gdy nasi hości byli zajęci, my wybieraliśmy się Rakietą na zwiedzanie miasta za dnia. Pojechaliśmy na wzgórze,, z którego rozpościerała się panorama na całe miasto. Oczywiście to powinniśmy zobaczyć, lecz zanieczyszczenie w powietrzu było tak wysokie, iż widoczne były tylko zarysy wieżowców. Wszystko inne było spowite w gęstej mgle. Ze wzgórza na to wszystko spoglądał … metrowy posąg Lady Budda.

Aga z Nickiem zabrali nas na wycieczkę do Hoian – antycznego miasteczka sławnego z lokalnych wyrobów, małych uliczek z kolorowymi lampionami i unikalnej architektury. Na lokalnym targu można było dostać super tanie ubrania, owoce i wszelakie rozmaitości. Tutejsze szwaczki mogły uszyć i zreperować co tylko sie chciało. Nam najbardziej jednak do gustu przypadła lokalna kuchnia, a konkretnie Ca Lau czyli smażony makaron w formie lanego ciasta z sosem sojowym, warzywami i mięskiem, pieczone sajgonki i do tego warzone lokalnie piwo za jedyne 40 groszy. Prawdziwa uczta i niebo w gębie. Jedynie powrót do najłatwiejszych nie należał. Nie z powodu alkoholu tylko naszej Rakiecie padł rozrusznik. Nick z Krysiem zawieźli ją do mechanika i jakieś 70 złotych później już z nowym serduchem mknęła z nami na grzbiecie z powrotem do Da Nang. Czas tutaj spędzony zaliczamy do jednych z najlepszych i wspomnieniami na pewno często tu będziemy wracać z dwóch dni z ta zajebistą parkę zrobiły się 3 , a moglibyśmy tu spędzić jeszcze z tydzień. Najcięższe w podróży są niestety pożegnania.

Z buta przez Lanzarote

Z racji dużej ilości czasu jaką mieliśmy do zagospodarowania postanowiliśmy północ wyspy zwiedzić z buta. Stworzony do tego szlak miał nam to ułatwić. Zaplanowaliśmy 80 kilometrowa trasę uzależniając ją od mijanych po drodze sklepów i zaczęliśmy sobie dreptać.

Gdy minęliśmy industrialną część miasta i turystyczną wypełnioną Brytyjczykami Costa Teguise wkroczyliśmy na początek szlaku. Droga wiodła wzdłuż wybrzeża, po wysokich klifach o które z wielkim impetem rozbijały się fale. Trasa usiana była kamykami, gruzem i wszędobylskim pyłem. Iście księżycowy krajobraz. Nawet łatwo przychodziło nam znajdywanie miejsca na namiot, gdyż wystarczyło odejść kawałek i za jakąś większą copą gruzu się rozbić. Budziło nas grzejące słońce, którego wschód podziwialiśmy leżąc w otwartym namiocie. Codziennie posuwaliśmy się parę kilometrów do przodu, mijając małe mieścinki po drodze. Wszystkie zbudowane na jedną modłę, białe domki z dużymi kaktusami w ogródkach. W Charco del Palo miasteczku należącym oczywiście do Niemców wszyscy chodzili jak ich Pan Bóg stworzył. Średnia wieku mieszkańców była około 60 więc prawie całe miasteczko przeszliśmy ze wzrokiem wbitym w asfalt. Bezpiecznie udało nam się jedynie ukryć w lokalnym sklepiku, gdzie był zakaz wchodzenia nago. Przeczekaliśmy największą hicę upajając się zimną coca colą i ruszyliśmy dalej szlakiem. Gruz pokrywający drogę nieźle zmasakrował nasze buty, a słońce obolałe karki, ale za to mieliśmy wyjątkowe widoki. Dotarliśmy do Arriety, miasteczka przy którym w końcu była plaża i trochę cieplejszy Atlantyk. Rozbiliśmy się wśród camperów zaraz przy plaży, a rano obudził nas cudowny wschód słońca tuż nad oceanem.

Naszym celem był wulkan La Corona oraz Mirador del Rio punkt widokowy z którego można zobaczyć La Graciosę i sąsiednie wysepki. Lokalnym busikiem dojechaliśmy do oddalonego o jakieś 5 kilometrów Maguez i dalej z buta do Ye skąd już rzut beretem był do głównych atrakcji. Zbliżał się wieczór, więc postanowiliśmy zjeść obiad (w postaci puszki tuńczyka) na jednym z punktów widokowych. Niedaleko Mirador del Rio znajdował się bezpłatny punkt widokowy z którego rozpościerał się widok na cała La Graciose wprawiający wręcz w osłupienie. Staliśmy chyba z 10 minut nic nie mówiąc do siebie tylko gapiąc się do przodu. Pod nami w oddali była plaża, z której wracali turyści, dla nas widoczni jako małe kropeczki. Wpadliśmy na plan by też tam zejść jednak gdy usłyszeliśmy ciężkie sapanie pierwszych, którzy dotarli na szczyt to podarowaliśmy sobie. Noc spędziliśmy już w towarzystwie naszego następnego celu – wulkanu La Corona.

Z samego rana wdrapaliśmy się na sam szczyt, skąd przy okazji mogliśmy zobaczyć ocean po obu stronach wyspy. Wulkan swoje lata świetności już dawno miał za sobą więc nie robił większego wrażenia, a w środku była tylko wielka dziura. Chcieliśmy tą dziurę też zbadać i zaczęliśmy mozolne zejście w dół co właściwie przerodziło się bolesny ślizg po żużlu. Przynajmniej mogliśmy teraz powiedzieć, że byliśmy w środku wulkanu. Wygramoliliśmy się z niego i zaczęliśmy powolną wędrówkę w dół do miasteczka. Tam też pierwszy raz spotkaliśmy backpackersa z Węgier. Po tym utwierdziliśmy się w przekonaniu, iż nasze plecaki wcale takie wielkie nie są. Ostatnie z miejsc, które chcieliśmy zobaczyć czyli Mirador del Rio okazało się tylko kolejną pożywką dla turystów, a widok na La Graciosę był taki sam.

Skończyliśmy swoją wędrówkę na północ. Zobaczyliśmy co myśleliśmy iż warto zobaczyć. Teraz zostało nam wrócić tą samą drogą do Arrecife i zabijać czas aż do powrotu na łódkę.

Niestety do stolicy wróciliśmy za szybko i przyszło nam menelować przez parę dni. Były to najbardziej wykańczające psychicznie 4 dni w naszej podróży. Zabijanie czasu. Liczenie godzin i minut. Jedzenie z puszki na ławce i spanie w namiocie gdzieś przy rozpadającym się murze w otoczeniu wszędzie walających się śmieci. Ale wzięliśmy to jako kolejną lekcję pokory i cierpliwości przede wszystkim. By nauczyć się doceniać to co się ma i dziękować za to każdego dnia.

Gibraltar

W samochodzie czuć było narastające napięcie. Dla każdego miał się zaraz zacząć nowy etap podróży. Anglicy chcieli dostać się do Afryki, zobaczyć Maroko. Nas ciągnęło troszkę dalej. Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy wielkiej góry Gibraltaru. Z każdym kolejnym zakrętem napięcie sięgało zenitu. W końcu ukazał nam się majestatyczny Gibraltar, miejsce wiecznych sporów hiszpańsko angielskich i marzenie podróżników. Zaczęliśmy śpiewać i się cieszyć. Tuż przed granicą wyskoczyliśmy ze swoimi tobołkami , jakby nie daj boże mieli się do czegoś przyczepić i umówiliśmy się już po drugiej stronie. Po tak długim czasie spędzonym w jednym kraju, przekraczaliśmy w końcu granicę. Byliśmy teraz w Wielkiej Brytanii. Czy liczyć to jako 12 kraj?

Anglicy byli zdumieni, że wygląda tu naprawdę jak w ich kraju. Ulice, budynki i budki telefoniczne . Normalna Anglia. Dotarliśmy vanem na sam kraniec Gibraltaru, Europa Point. Przez niektórych niesłusznie uważany za najdalej wysunięty punkt Europy. Stamtąd rozpościerało się już szerokie morze a za nim z mgły wyrastały wzgórza Afryki. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Była jakby na wyciągnięcie ręki. Tak blisko a tak daleko. Nie chcieliśmy marnować dnia wiec wskoczyliśmy do autobusu by podjechać jak najbliżej wejścia i zaczęliśmy wspinaczkę na Rock of Gibraltar.

Z każdym schodkiem ukazywały się nam coraz to lepsze widoki . Po drodze spotkaliśmy wyczekiwane małpki magoty z rodzinny makakowatych. Patrzały na nas znużonymi oczkami i wyczekiwały momentu by zabrać nam to co akurat mieliśmy w łapkach. Niektórym wskakiwały na głowy lub dachy podjeżdżających taksówek pełnych turystów. Ewidentnie były przyzwyczajone do codziennych wizyt ludzi , więc nie były agresywne. Niby dzikie ale jednak udomowione. Weszliśmy trochę wyżej na punkt widokowy skąd mieliśmy fantastyczny widok na cały półwysep. Obracając się wokół własnej osi rozpościerało się przed nami morze, Afryka, miasteczko La Linea i po drugiej stronie zatoki gibraltarskiej wzgórza Algeciras. Mieliśmy niesamowite szczęście do pogody , gdyż najczęściej góra była przykryta chmurami. Zeszliśmy zadowoleni na dół do miasteczka i wróciliśmy do vana pozostawionego na Europa Point. Z braku miejsca na nasz przenośny domek upchaliśmy się z Anglikami na noc do środka. Nad ranem Afryki już niestety nie zobaczyliśmy , gdyż pochłonęła ją mgła. Kręciliśmy się przy granicy zmieniając ją dziennie po kilka razy. Przyszedł w końcu czas pożegnania. Rozliczyliśmy się za paliwo , wymieniliśmy uściski i ze łzami w oczach każdy poszedł w swoją stronę i w końcu zostaliśmy sami.