Tag Archives: Morze

Życie w dżungli

Zaraz po opuszczeniu pociągu czekały nas wszystkie procedury związane z przejściem granicy. Z pieczątką w paszporcie wyszliśmy na miasto. Od razu było widać, że to muzułmański kraj. Wszyscy w tradycyjnych strojach patrzeli się na nas z raczej przyjazną ciekawością. Usadowiliśmy się po środku wielkiego targu i obserwowaliśmy ludzi czekając na naszego kolejnego hosta. Finalnie podjechał po nas jego ojciec. W samochodzie wielkości tico zabrał nas do swojej przy uniwersyteckiej restauracji. Popularna w Malezji w formie bufetu z przepysznym jedzeniem do wyboru. Ugościł nas i przybliżył nieco swoją kulturę. Byli tradycyjną muzułmańską rodziną i poprzez couchsurfing chcieli oczyścić swoje dobre imię uświadamiając innych, że tak naprawdę są życzliwymi ludźmi a nie mordującymi się nawzajem zwierzętami jak to pokazują w telewizji za pomocą ISIS. Oczywiście mieli swoje tradycyjne sztuki walki o nazwie silat, z którymi nas potem zaznajomili, jednak wyglądało to dla nas bardziej jak teatralna sztuka. Żyli bardzo skromnie. Cała wieloosobowa rodzina mieszkała w jednym wielkim pokoju. Spaliśmy tak jak oni na ziemi z jedną różnicą w formie namiotu, który robił nam za moskitierę. Niedaleko ich chatki był park krajobrazowy Gua Kelam (Jaskinia Ciemności) z najpiękniejszą jaskinią jaką w życiu widzieliśmy. Głęboką na 370 metrów z bardzo wysokim stropem robiła mega wrażenie. Po drugiej stronie w dolinie Wan Tangga był piękny park z rzeką po środku i drugą równie piękną jaskinią. Wszystko to zobaczyliśmy za niecałą złotówkę bo tyle kosztował nas wstęp. Tak tanio, a miejsce praktycznie było pozbawione turystów. Zahiri nasz oficjalny host nie miał za wiele czasu dla nas, gdyż uczył małe dzieciaki sztuk walki ale i tak dowiedzieliśmy się wiele na temat ich tradycji i życia. Zaoferował się zawieźć nas na prom w Kuala Perlis i przy okazji pokazać meczet. W końcu mogliśmy zobaczyć muzułmańską świątynię od środka nie będąc wyznawcami. Podziękowaliśmy Zahiriemu i udaliśmy się na prom na wyspę Langkawi. Miejsca dla pasażerów były w środku, więc jedynie przez małe okienko podziwialiśmy niebieściutką wodę i wyrastające z niej małe wysepki. Na samej wyspie mało było nowoczesności. Wszystko bardziej wyglądało jakby pozostało w latach 90. Standardowo z buta ruszyliśmy do położonego jakieś 20 km dalej Pantai Cenang, jednak szybko przyciągnęliśmy wzrok bardzo miłej młodej kobiety, która specjalnie się zatrzymała i ochoczo podwiozła nas pod sam hostel. Mieścinka, a właściwie pełno straganów i sklepów rozstawionych wzdłuż jednej ulicy wyglądała podobnie jak nasze nadmorskie deptaki. Zaraz za główną drogą rozpościerała się plaża zastawiona wszelkim możliwym sprzętem przeznaczonym do wodnej rekreacji. Odeszliśmy dalej by tuż naprzeciw resortów cieszyć się ciepłą lazurową wodą. Żar lał się z nieba i człowiekowi ciężko było oddychać, a taka pogoda miała nam towarzyszyć przez najbliższe prawie dwa miesiące. Byliśmy umówieni z gościem, który prowadził na wyspie w dżungli małe spa a my mieliśmy być jego wolontariuszami. Po wymianie detali nagle przestał się odzywać i zaczynaliśmy już panikować, że zostaliśmy z niczym gdy nagle dał nam znać, że na nas czeka. Zabraliśmy nasze manatki i tyłki z hostelu i ze spokojem ducha poszliśmy przez wyspę w kierunku dżungli.

Zrobiliśmy prawie 10 km z buta. Prawie bo miły chińczyk zatrzymał się o zaoferował podwózkę. Na Langkawi to chyba normalne. W końcu dotarliśmy do naszego hosta. Eric okazał się niezbyt wymagającym, zabawnym gejem i jedyne czego od nas oczekiwał to wypełnianie zadań z prostej check listy. Mieliśmy karmić jego zwierzaki, sprzątać w spa i pokojach przeznaczonych na Airbnb. Po dwóch dniach wszystkie zadania zajmowały nam mniej niż 2 godziny z umówionych 4. Nasza sypialnia była w domku na drzewie, a codziennie po przebudzeniu mieliśmy widok na gęsty las deszczowy. Obserwowaliśmy z niego małpki skaczące z drzewa na drzewo, całą rzeszę różnistych ptaków, jakich nie widzieliśmy nigdzie indziej oraz wszelkie mniej lubiane przez nas robactwo. Był to czas prawdziwego lenistwa, a naszymi jedynymi kompanami były 3 psy, kot i wielki gekon mieszkający w naszym domku. Eric przyjeżdżał jedynie by zająć się klientami lub by przywieźć jedzenie dla psów, więc większość czasu byliśmy pozostawieni sami sobie. Do swojej dyspozycji mieliśmy dwa rowery i dogorywający skuter ale bez nich poruszanie się po wyspie było by raczej niemożliwe, gdyż wszędzie było bardzo daleko. Jak to bywa w Azji, taniej było nam się stołować we wsi u lokalsów niż samemu gotować więc po dwóch tygodniach już większość mieszkańców nas kojarzyła. Jedynie by uczcić Wielkanoc zrobiliśmy wyjątek gotując polski obiad.

Jedzenie było naprawdę wyśmienite, szczególnie u naszej pani jak ją nazywaliśmy, rodowitej Tajki. Bywaliśmy u niej dzień w dzień, a gdy wyjechała na wakacje to myśleliśmy, że będziemy głodować.
Każdy dzień wyglądał praktycznie tak samo. Pobudka, śniadanie, obowiązki, spacer do wsi na lunch, czas dla siebie, który przeważnie spędzaliśmy w domku na drzewie uciekając pod wiatrak przed skwarem. Potem ponowny spacer na kolację i ucieczka do domku tym razem przed krwiopijcami. Codziennej rutynie wtórował pięć razy dziennie głos modlitwy dobiegający z pobliskiego meczetu.

Oczywiście nudziło nam się strasznie i po obejrzeniu już całego Netflixa i zaplanowaniu reszty podróży nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. W weekendy wybieraliśmy się na wycieczki. Najczęściej do oddalonego o 10 km Pantai Cenang na plażę i żeby coś przegryźć. Zwiedziliśmy również północną część wyspy przez co prawie wyzionęliśmy ducha. Podjazdy były dosyć strome a na średniej jakości rowerach przy 35 stopniach było to wręcz ekstremalne, ale za to dotarliśmy do przepięknej plaży z widokiem na naszą ukochaną Tajlandię. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na plaży przy marinie by na spokojnie już położyć się na kocyku i dać odpocząć mięśniom. Pogoda szybko się zmieniła i z gór zeszła do nas burza. Gdzieś tam w oddali poburkiwała złowieszczo na nas zsyłając jedynie hektolitry wody. Staliśmy sobie więc bez wzruszenia pod drzewem pozwalając by deszcz po nas spływał. Po wszystkim ruszyliśmy w kierunku domu obserwując przepiękne obłoki pary, które oddawała ochłodzona dolina. Prawdziwie hipnotyzujący widok. Na wyspie pogoda zawsze zmieniała się bardzo szybko. Rano gdy wstawaliśmy piekło słońce a podczas pracy nagle słyszeliśmy spadający wodospad, który zwiastował ulewę. Spalona ziemia z zaskoczenia nie mogła przyjąć naraz tyle wody więc natychmiast wszelki płaski teren był zalewany. Raz nawet musieliśmy zabrać wszystkie zwierzaki do jednego z pokoi bo inaczej brodziły by po brzuszki w wodzie. Deszcz przynosił chwilową ulgę, lecz po chwili znów było duszno i wychodziło na wierzch wszelkie paskudztwo. Węże, wielkie pająki i co najgorsze kleszcze postanawiały wtedy na raz nas odwiedzić.

Czas bardzo się dłużył i odliczaliśmy już dni do ponownego wyruszenia w drogę. Tydzień przed wyjazdem naszą rutynę rozbili pierwsi goście Erika w jego Airbnb. Dwie Francuzki zostały z 3 dni by cieszyć się dżunglą, sensualnymi masażami i ćwiczeniami tai chi o poranku. Erik gotował im oczyszczające posiłki i organizował czas wolny. Mieliśmy szczęście na tym skorzystać wybierając się z nimi na zwiedzanie lasów mangrowych na pokładzie łodzi z przystankiem na jaskinie z tysiącem nietoperzy i rybią farmą gdzie zaprezentowano nam wszelkie gatunki lokalnych morskich stworów. Pod koniec wypłynęliśmy bardziej w pełne morze by podziwiać przepływającą rodzinę delfinów. Erik w swoim programie miał jeszcze jogę na plaży, więc my w tym czasie po całym dniu na słońcu schładzaliśmy się w morzu.
Zaraz po Francuzkach na samo Airbnb przyjechała Anna z Australii, z którą spędzaliśmy dość dużo czasu. Zasięgnęliśmy od niej wiele przydatnych informacji o tym co nas wkrótce będzie czekać. Była mega pozytywnie zakręcona i zdecydowanie urozmaiciła nam ostatnie dni w dżungli. Anna pojechała w końcu dalej w swoją stronę a Erik w nasz ostatni wieczór zabrał nas na przepyszną kolację do wioski rybackiej. Idealne pożegnanie Langkawi. Z samego rana Erik podrzucił nas na lotnisko. Podekscytowani przed kolejnym etapem podróży czekaliśmy na nasz lot. Lecimy dalej. Z tropikalnego lasu do miejskiej dżungli.

Rajskie Tajskie Plaże. Krabi – Railay Beach

Krabi to typowo turystyczne miasteczko ze straganami, drogimi turystycznymi agencjami i zalewającymi to wszystko rzeszami turystów. Główny bazar wieczorem był tak zatłoczony, że poruszanie się od stoiska do stoiska było prawie nie możliwie. Miasteczko, białą świątynię i spacer wzdłuż Pak Nam można było zaliczyć w ciągu jednego dnia. Piękne plaże, krajobrazy i cała magia działy się jednak gdzie indziej. Lokalnym busikiem wybraliśmy się do Ao Nang położonym nad Morzem Adamańskim małym miasteczkiem z czystymi plażami, czystą ciepłą wodą i rajskim krajobrazem. Chcieliśmy jak najszybciej poczuć ciepły piasek pod stopami więc od razu udaliśmy się do hostelu by pozbyć się tobołów. Tajska księżniczka za kontuarem recepcji rzuciła fochem gdy przyszliśmy bez rezerwacji i zaczęliśmy tłumaczyć jej sytuację tak jak wcześniej w Hanoi. Finalnie zrobiliśmy rezerwację na bookingu i wtedy zaprowadziła nas do pokoju. Pokój mieścił z 10 osób i miał balkon z widokiem na ulicę i drogie hotele po drugiej stronie ulicy. Stąd na plażę mieliśmy z 10 minut. Okolica była pełna turystów, małych restauracyjek i kolorowych straganów. Wieczorem na ulice wychodziły poprzebierane w suknie balowe dragqueen zachęcające do oglądania ich egzotycznego show. Wyszła nam na dobre wcześniejsza wizyta w tanim Bangkoku, bo teraz nie rzucaliśmy się na wszystko jak pozostali turyści. Ceny były podobne do polskich więc zostawilibyśmy tu chyba majątek. Nie odmówiliśmy sobie natomiast wycieczki na Railay Beach – podobno jednej z najpiękniejszych tajskich plaż. Można było do niej dostać się jedynie szybką łodzią, więc z rana zasiedliśmy z resztą turystów do wątpliwej konstrukcji jednostki by po jakiś 20 minutach pływać w przeźroczystej wodzie. Musieliśmy jakoś zaplanować by zobaczyć jak najwięcej. Postanowiliśmy najpierw zmęczyć się na kajakach. Gość z obsługi wręczył nam nie przemakającą torbę gdzie wpakowaliśmy aparat i powiosłowaliśmy eksplorować okolicę. Woda była niesamowicie przejrzysta. Idealnie było widać małe ławice żółto czarnych rybek. Dzięki odpływowi mogliśmy wpłynąć do jaskini która normalnie była zalana. Otoczenie było tak zjawiskowe, że chcieliśmy to uwiecznić. Popełniłam jednak kuriozalny błąd i opuściłam kajak rozcinając sobie przy tym rękę o ostre skały. Zaniechaliśmy próby robienia zdjęć i powiosłowaliśmy w stronę kolejnej plaży. Na szczęście rana obmyta słoną wodą zaskakująco szybko się zagoiła. Na plaży piasek był tak biały, że aż raził w oczy. Istny raj na ziemi. Niebiańska plaża. Pozachwycaliśmy się i popłynęliśmy kajakiem, skacząc na falach zostawianych przez szybkie łódki z powrotem do wypożyczalni. Z buta już dostaliśmy się na plażę tuż przy świątyni z penisami. W internecie ludzie rozpisywali się oczywiście, że jest to miejsce „must see” ale na nas większe wrażenie zrobiła grota tuż obok. Ze sklepieniem wiszącym nas przejrzystą wodą. Na zmianę chłodziliśmy się w przyjemnej wodzie i smażyliśmy na bezlitosnym słońcu. Tuż przy plaży po drzewach rosnących na terenie jednego z resortów skakały czarne małpki, które robiły za dodatkową atrakcję. Głód i zmęczenie słońcem pomogło nam opuścić ten cudny raj i wrócić łodzią z powrotem do Ao Nang. Napełniliśmy brzuszki gotowym smażonym ryżem z 7 eleven a nasza skóra jeszcze skwierczała po całym dniu na słońcu gdy kładliśmy się spać.

Jeszcze parę dni nacieszyliśmy się tym rajem lecz w końcu przyszedł czas by wrócić do Krabi. Krzysztof znalazł nam przemiły nie drogi resort z basenem skąd mieliśmy bliżej do Jaskini Tygrysa, która była jako kolejna na naszej liście do zobaczenia. Jednak finalnie to nie jaskinia (która wyglądała sztampowo i zrobiona była jakby na pokaz) a świątynia Wat Tham Sena, położona na wzgórzu do której prowadziło jakieś 1200 schodów, zrobiła na nas o wiele większe wrażenie. Na szczycie lśniły 3 złote posągi Buddy i rozciągała się stąd piękna panorama całej prowincji. Słońce tak grzało, że wytrzymaliśmy tu jedynie z 10 minut i rozpoczęliśmy wędrówkę z powrotem w dół po bezlitosnych schodach.

Opuściliśmy Krabi łapiąc standardowo stopa. Zabrała nas mega pozytywna rodzinka. Nie dość, że poczęstowali nas ananasem to zaprosili na wspólny lunch. Podrzucili nas do miasteczka o nazwie Trang, skąd dalej już z miłym gościem prosto do Mae Khari, gdzie mieliśmy spotkać naszego kolejnego hosta.

Wietnamska rodzinka, Ninh binh i pożegnanie rakiety.

Przejechaliśmy przez zimne góry i wróciliśmy między pola ryżowe. Zaliczaliśmy kolejne wietnamskie miasteczka. Towarzyszył nam przeraźliwy ziąb i wszędobylska wilgoć, która wdzierała się nam nawet pod ubrania. Nie byliśmy czasem w stanie kontynuować jazdy, więc zostawaliśmy po drodze w super tanich hostelach gdzie za 15 złotych mieliśmy własny pokój z łazienką. Zazwyczaj przez pół dnia leżeliśmy pod kołdrą by dogrzać zmarznięte kości, a później z pokoju zwyczajnie wyganiał nas głód. Hue było jednym z takich miasteczek gdzie zostaliśmy dłużej. Dobre jedzonko, fajne ceny i rozgrzewający spacer po bagietki do supermarketu. Przeczekaliśmy słabą pogodę i ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze znaleźliśmy fantastyczne miejsce na nocleg. Rozbiliśmy swój namiot na szczycie wzgórza, z którego był oszałamiający widok na plażę w dole i rozpościerające się po horyzont morze. Droga na wzgórze prowadziła przez opuszczony resort gdzie odpadająca farba z posągowych delfinów wyglądała lekko upiornie. Zresztą jak cały teren choć widać było, że w latach swojej świetności musiało to być ciekawe miejsce.

W Thrung Hoi pod swój dach przyjęła nas wietnamska rodzinka. Byli to niesamowicie mili ludzie z którymi poznał nas chłopak z couchsurfingu, a który sam nie mógł nas przyjąć. Byli ludźmi proście żyjącymi i nie posiadali zbyt wiele, ale dawali za to całe swoje serca. Ugościli nas pysznymi potrawami i tradycyjna strasznie mocną wietnamską herbatą. Chcieli nam jak najwięcej opowiedzieć o swojej kulturze. Lan była nauczycielką angielskiego, więc nie mieliśmy problemu by się zrozumieć. Z jej mężem było nieco ciężej choć starał się jak tylko mógł by z nami pogadać. Mieli dwie przecudowne córeczki, które cały czas chciały się z nami bawić. Poczęstowali nas też balutem czyli nienarodzonym zarodkiem kaczki czego nie za bardzo mieliśmy ochotę spróbować. Patrzeliśmy tylko jak łapki małego zwierzaka znikały w małej buzi młodszej z córek.

Rozpoczął się Tet czyli wietnamski Nowy Rok. Lan z rodzinką postanowiła przybliżyć nam bardziej to święto i zabrali nas do świątyni na wzgórzu a potem na lokalny targ by pokazać drzewka z różowymi kwiatkami i pomarańczami tradycyjnie kupowanymi w tym czasie. Wybierali się na święta do rodziny za miasto, więc pożegnaliśmy się i życzyliśmy wszystkiego najlepszego.

Powoli wychodziło słońce i przyjemnie grzało nam w plecy. Krajobraz z zielonych pól ryżowych zmienił się na piaszczyste wydmy porośnięte iglastym lasem, które ciągnęły się po obu stronach drogi. Widok był hipnotyzujący tym bardziej, że nie zmieniał się przez wiele kilometrów. Po jakimś czasie zaczął wracać do normy, jedynie doszły wyłaniające się z mgły wzgórza. Dotarliśmy do Ninh Binha. Miejscowość swoją sławę zawdzięczała twórcom najnowszej wersji King Konga. To tutejsze wzgórza wyrastające z wody grały jedną z ról. Nasz hotel był jedynym wyższym budynkiem wśród licznych pól i gdy pod niego podjechaliśmy spytałam Krzysztofa czy to aby na pewno tutaj. Za jedyne 15 zł od osoby mieliśmy nocleg w eleganckim 2 gwiazdkowym hotelu z przemiłą, troszczącą się obsługą i pysznym śniadaniem w cenie. Normalnie kochamy Wietnam za te ceny. Najlepszy kraj dla takich podróżników jak my. Rozgościliśmy się wygodnie i zaczęliśmy planować pobyt. By rozprostować zastane kości przeszliśmy się na spacer do centrum miasteczka. Podobne było do wszystkich innych mijanych po drodze. Z zapachem palonego papieru i kadzidełek, drogami zalanymi skuterami i jesienna deszczową aurą. Na nasze szczęście deszczowe chmury ustąpiły niebieskiemu niebu i mogliśmy się wybrać na wycieczkę łódką przez ninhbińskie rzeki. Słychać było śpiew ptaków, dźwięk wioseł zanurzanych rytmicznie w wodzie i głos jazgoczących między sobą Niemek za naszymi plecami. Widoków dzięki bogu nikt nie zakłócał Rozkoszowaliśmy się otaczającym nas krajobrazem. Pomiędzy wzgórzami wybudowane były małe świątynie, do których można było dostać się tylko łódką a trasa do nich wiodła przez liczne jaskinie. Można było wybrać opcję ze zwiedzaniem tzw. Wyspy King Konga a mianowicie małej wysepki z postawionymi namiotami tipi i statystami ucharakteryzowanymi jak mieszkańcy wioski, w której byli bohaterowie filmu. My jednak woleliśmy eksplorować jaskinie. Kolacja w miasteczku zwieńczyła ten idealny walentynkowy dzień.

Zbliżał się koniec naszej przygody z Rakietą. Myśleliśmy by pojechać na niej jeszcze zwiedzić Zatokę Ha Long, lecz obawialiśmy się, że nie zdążymy jej wtedy sprzedać. Ruszyliśmy więc w kierunku Hanoi. Droga do stolicy była najgorszą jaką dotychczas przyszło nam jechać. Dziura na dziurze, bardzo wąska i cały czas prowadząca przez miasteczka przez co był ciągły gęsty ruch. W końcu udało nam się dotrzeć do miasta i nawet w tej plątaninie ulic udało nam się znaleźć nasz hostel. Bardzo nie rozgarnięci ludzie z recepcji w końcu zaprowadzili nas do pokoju ale na temat parkingu nie byli już w stanie nam pomóc. Po długich poszukiwaniach w końcu znaleźliśmy jeden z kilometr od hostelu. Parę dni wcześniej Krzysztof wrzucił naszą ofertę sprzedaży na grupę na facebooku i od tego czasu odbieraliśmy wiele wiadomości od zainteresowanych. Szybko niestety zmieniali zdanie więc liczyliśmy na 3 osoby z którymi się umówiliśmy. Zależało nam na szybkiej sprzedaży bo Hanoi nie miało nam nic ciekawego do zaoferowania a im bliżej Chin tym jedzenie było coraz gorsze, więc chcieliśmy stąd jak najszybciej uciekać. Umówiliśmy się z jednym Anglikiem. Przyszedł, pooglądał i powiedział, że wróci z pieniędzmi następnego dnia. Czuliśmy, że nie wróci i obawialiśmy się, że Rakiety nie sprzedamy. Gdy nasze humory były na skraju rozpaczy odezwała się do nas parka Serbów. Chcieli się spotkać tego samego wieczora. Poszliśmy na parking lekko wątpiąc w dobicie targu a szczególnie zwątpienie wzrosło gdy zobaczyliśmy jakiej są postury. Po szybkiej prezentacji i krótkiej przejażdżce zdecydowali się kupić. Rozpierające szczęście mieszało się z nutką żalu. Sprzedaliśmy nasze maleństwo. Zawdzięczaliśmy jej tyle wspaniałych przygód. Pożegnaliśmy się i bogatsi o 270 $ wróciliśmy do hostelu. Żegnaj nasz Rakieto!

Da Nang

Na następną noc wracaliśmy znowu do namiotu. Krzyś znalazł nam na mapie malowniczą zatoczkę z laskiem przy plaży. Przejeżdżając przez wieś prowadzącą do naszego miejsca oczywiście zwróciliśmy na siebie uwagę, ale na szczęście na samej już plaży nie było nikogo. Widok był cudowny, prawie jak w Nha Trang, lecz plaża była istnym śmietniskiem. Tony plastiku, worków i części łódek walające się w tak pięknym otoczeniu. Nawet nie było mowy o tym by próbować wejść do wody. Staliśmy i podziwialiśmy ten gorzki krajobraz, gdy zaczęło kropić. Wpakowaliśmy Rakietę w krzaki, a tuż obok nasz domek i po chwili zasnęliśmy ukołysani szumem fal. Obudziło nas słońce przebijające się przez tropik. Leniwie zaczęliśmy zwijać namiot, gdy odwiedziła nas para lokalnych pasterzy krów. Mówili coś w swoim narzeczu ale, że nie wyglądali na zdenerwowanych przywitaliśmy się grzecznie po wietnamsku i dalej pakowaliśmy swój dobytek. Po chwili odeszli więc wzięliśmy się za wypychane motoru z krzaków. Wyjechanie ze wsi jednak nie było już takie łatwe. Zwróciliśmy standardowo na siebie uwagę mieszkańców, ale tym razem na naszą korzyść. Wyjazd był pod stromą górkę z czym nasz Rakieta nie do końca sobie radziła, lecz po chwili zebrała się mała grupka ciekawskich wieśniaków i z uśmiechami na twarzy pomogli nam wypchać motor na główną drogę. Co za wspaniali ludzie, którzy są w stanie zrobić coś dla ciebie całkowicie bezinteresownie. Powoli psuła się pogoda. Zaczynało mżyć i wiać co dawało na motorze nieznośną mieszankę. Staraliśmy się znaleźć jak najszybciej miejsce by coś zjeść. Jak nazłość wszystkie babuszki ze swoimi kuchniami się pochowały i jedyne co udało nam się znaleźć to coś w stylu naleśników. Zaparkowaliśmy tuż obok małych czerwonych krzesełek i wtedy nasza motorowa stopka dokonała żywota. Olej, który powoli sączył się po częściach machiny od początku naszej podróży po Wietnamie trwale odłupał nam stopkę. Na szczęście została nam jeszcze główna. Zajadając naleśniki w papierze ryżowym zastanawialiśmy się co zrobić z tym kawałkiem żelastwa. Cóż powieziemy zobaczymy, może da się ją jakoś przyspawać z powrotem. Ruszyliśmy ponownie spędzić noc na plaży. Wiatr się zmagał. Morze szalało wyrzucając wielkie pieniste fale na brzeg. Piasek Rakiecie nie był straszny, choć trzeba ją było nieco odciążyć. Krzyś pojechał, a ja lekko obładowana brnęłam przez grząski piasek smagana dodatkowo wiatrem. W małym lasku iglastym na skraju plaży Krzyś upatrzył nam miejsce. Wzięliśmy się za rozkładanie namiotu. Mimo, iż byliśmy osłonięci od wiatru, namiot latał na prawo i lewo czego jeden z pałąków niestety nie wytrzymał. Chwila załamki. Wpierw odpadła nam stopka a teraz popsuł się namiot. Po prostu fantastyczny dzień. Poprzywiązywaliśmy namiot do drzew i liczyliśmy, że tak wytrzyma do rana. Przez noc pogoda się uspokoiła, a my mogliśmy w końcu pozrzucać z siebie trochę ubrań. Kolejny dzień spędzony cały w trasie. Po licznych wsiach i miasteczkach w końcu dotarliśmy do wielkiego poważnego miasta Da Nang. Tak jak przez cały kraj były rozsiane wszędzie propagandowe plakaty to tutaj miasto wyglądało jak jeden wielki plakat. Czuć było komunizm w powietrzu. Liczne monumenty, flagi z gwiazdą lub sierpem i młotem i wygląd budynków przeniosły nas w czasie o jakieś 30 lat. Mieli tutaj nawet swój własny spodek. Jedynie przy plaży czuć było powiem nowoczesności w postaci strzelistych wieżowców, hotelów i drogich restauracji z owocami morza. Pełno było tu chińskich turystów i oczywiście wszędzie wokół były napisy w ich języku.

Korzystaliśmy z couchsurfingu od początku naszej podróży, ale dopiero teraz po raz pierwszy mieliśmy być goszczeni przez Polkę. Aga wraz ze swoim Nowozelandzkim narzeczonym przyjęli nas jak rodzinę. Buzie nam się praktycznie nie zamykały. Opowiedzieliśmy im naszą historię , oni swoją. Tematy nam się praktycznie nie kończyły. Tak jak wszyscy obcokrajowcy w tym kraju uczyli wietnamskie dzieci angielskiego. Pokazali nam ich ulubione knajpki oraz miasto nocą. Tutejsza ilość neonów przebijała wszystkie inne miasta w których dotychczas byliśmy. Najlepszą wieczorną atrakcją był most w kształcie złotego smoka, który o konkretnej godzinie ział prawdziwym ogniem. Gdy nasi hości byli zajęci, my wybieraliśmy się Rakietą na zwiedzanie miasta za dnia. Pojechaliśmy na wzgórze,, z którego rozpościerała się panorama na całe miasto. Oczywiście to powinniśmy zobaczyć, lecz zanieczyszczenie w powietrzu było tak wysokie, iż widoczne były tylko zarysy wieżowców. Wszystko inne było spowite w gęstej mgle. Ze wzgórza na to wszystko spoglądał … metrowy posąg Lady Budda.

Aga z Nickiem zabrali nas na wycieczkę do Hoian – antycznego miasteczka sławnego z lokalnych wyrobów, małych uliczek z kolorowymi lampionami i unikalnej architektury. Na lokalnym targu można było dostać super tanie ubrania, owoce i wszelakie rozmaitości. Tutejsze szwaczki mogły uszyć i zreperować co tylko sie chciało. Nam najbardziej jednak do gustu przypadła lokalna kuchnia, a konkretnie Ca Lau czyli smażony makaron w formie lanego ciasta z sosem sojowym, warzywami i mięskiem, pieczone sajgonki i do tego warzone lokalnie piwo za jedyne 40 groszy. Prawdziwa uczta i niebo w gębie. Jedynie powrót do najłatwiejszych nie należał. Nie z powodu alkoholu tylko naszej Rakiecie padł rozrusznik. Nick z Krysiem zawieźli ją do mechanika i jakieś 70 złotych później już z nowym serduchem mknęła z nami na grzbiecie z powrotem do Da Nang. Czas tutaj spędzony zaliczamy do jednych z najlepszych i wspomnieniami na pewno często tu będziemy wracać z dwóch dni z ta zajebistą parkę zrobiły się 3 , a moglibyśmy tu spędzić jeszcze z tydzień. Najcięższe w podróży są niestety pożegnania.

Nauka jazdy na Tajskiej wyspie.

Spędziliśmy 6 godzin w busie do Rayong. Chcieliśmy zobaczyć tajskie wyspy , najlepiej takie by turystów było jak najmniej. Padło na Ko Samed. Na wyspę dotarliśmy oczywiście łódką. Mała wysepka otoczona lazurową wodą (z wszędzie pływającym plastikiem, bo w Azji dbanie o środowisko jest im zleksza obce) zrobiła na nas wrażenie. Plaże były pokryte białym piaskiem a ciepła morska woda aż zapraszała do kąpieli. W pierwszą noc rozbiliśmy namiot praktycznie tuż obok jednego z barów, by rano dowiedzieć się iż 10 metrów dalej było płatne pole namiotowe. Tym sposobem nieświadomie zaoszczędziliśmy 30 zł. By zwiedzić całą wyspę wynajęliśmy skuter. Prawie każdy teren z plażą był otoczony resortami, a resztę pokrywała gęsta dżungla. Krzysztof postanowił, iż też powinnam mieć z tego frajdę i nauczył mnie prowadzić. Na początku niechętnie i nieśmiało, a pod koniec szalejąc całe 30 km/h (bo na tyle pozwalały drogi) Cały dzień frajdy na skuterze. Wieczorem Krzyś znalazł nam idealne miejsce na skałach, tuż przy wodzie. Idealny placek zieleni w sam raz na nasz namiot, otoczony kamiennym murem. W końcu smacznie się wyspaliśmy bez tropika z lekka bryzą przelatującą przez nasz namiot. Po trzech dniach na wyspie wróciliśmy na stały ląd.

Opędzając się od tuktukarzy dotarliśmy w końcu na wylotówkę. Opcje mieliśmy dwie. 1. Jechać od razu w kierunku Kambodży bez pieniędzy i ryzykować, że uda nam się znaleźć normalny bankomat i kantor czy 2. Jechać z powrotem do Bangkoku i potem pociągiem na granice. Po długich dywagacjach padło na opcję drugą. Stopem dotarliśmy do Pattaji, gdzie spóźniliśmy się 20 minut na jedyny pociąg tego dnia. Z buta przeszliśmy całe miasto szukając bankomatu i jakiegokolwiek kantoru. Gdy w końcu mieliśmy pieniądze dotarliśmy do dworca a stamtąd już busem do Bangkoku. Z miejsca gdzie wysiedliśmy mieliśmy jakieś 10 kilometrów do dworca kolejowego. Po jakiś 20 kilometrach z buta nasz stopy zaczęły się pokrywać bąblami, a noc musieliśmy spędzić wśród licznych koczowników na terenie dworca. Nasz pociąg odjeżdżał dopiero o 5 nad ranem więc rozłożyliśmy karimaty i spaliśmy na zmianę.

Naczytawszy się tyle o Bangkoku, człowiek miał oczy jak 5 złotówki i lustrował każdego jako potencjalnego drapieżnika, ale na szczęście przetrwaliśmy te godziny i gdy w końcu wybiła nasza wpakowaliśmy się do pociągu. Ledwo ruszyliśmy to przekupki z jedzonkiem zaczęły krążyć po wagonach. Napełniliśmy brzuszki i wygodnie się rozłożyliśmy. 6 godzin minęło jak z bicza strzelił. Wytoczyliśmy się na peron wraz z innymi turystami i od razu zaatakowali nas drobni przewoźnicy. Po chwili wszyscy odjechali i tylko my poczłapaliśmy szukać jedzenia. Nie byliśmy pewni czy w Kambodży tak łatwo coś zjemy więc woleliśmy to zrobić jeszcze w Tajlandii. Po posiłku zaczęliśmy kroczyć drogą czekając na zielony bus, który był niby najtańszą opcją, jednak przechwycił nas jeden z tuktukarzy z którym po targowaniu się pojechaliśmy na granicę za taką samą cenę jak za busa.