Tag Archives: Hiszpania

Ewakuacja z „tonącego” statku

Fantastycznie było znów zobaczyć miasto tętniące życiem. W porównaniu z nudnym Arrecife wydawało się nam, aż zatłoczone. Po paru dniach leniuchowania i zwiedzania wyspy wróciliśmy do naprawiania łódki. Dalej walczyliśmy z masztem na zmianę na niego włażąc. Ron w końcu też zaczął myśleć o solarach, generatorze wiatrowym i telefonie satelitarnym. Zamówił wszystko i pozostało nam czekać. Tak jak ostatnie dwa miesiące. W wolne chwile uciekaliśmy na plażę Teresitas, do biblioteki czy też po prostu w miasto. Pogoda przestała być już taka łaskawa. Zaczęło padać i wiać. Całymi dniami siedzieliśmy w oczekiwaniu zabijając czas. Wszyscy byliśmy podirytowani. Zbliżała się data planowanego wypłynięcia, a nic nie było skończone. Ron obwiniał o wszystko Hiszpanów mimo, iż sam nie zrobił nic przez ostatni rok i wszystko odkładał zawsze na później. Dodatkowo nie dał sobie nic powiedzieć, bo wszystko wiedział najlepiej. Przezywał na wszystko i przerodziło się to w jego codzienną mantrę. Nic więcej nie mogliśmy zrobić by mu i sobie pomóc, a nasza wytrzymałość powoli się kończyła. Coś co miało być niezapomnianą przygodą i fantastycznym przeżyciem przerodziło się w istna męczarnię. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Łudziliśmy się długo, że wszystko będzie dobrze. Najpierw okazało się, że jesteśmy bez prądu bo nowo zamontowane przez niby specjalistów solary i wiatrak prądotwórczy tego prądu nie robią. Ron nawet nie chciał iść do nich z reklamacją i myślał, że same się naprawią. Później wyszło na jaw, że kończy mu się paszport za jakiś miesiąc więc do Kolumbii nawet byśmy nie dotarli. Nie było sensu się dalej w to wszystko bawić. Podjęliśmy decyzję o ucieczce ze statku. Było parę dni przed wigilią gdy zebraliśmy swoje rzeczy i opuściliśmy Rona z jego („wszystko jest takie głupie”) problemami i ulokowaliśmy się w bibliotece by wymyślić co dalej. Stanęliśmy przed decyzją wracać do domu czy też jechać dalej. Jak dalej to gdzie? Po długich godzinach szukania połączeń samolotów padło na Tajlandię. Nigdy w życiu w ciągu paru minut nie wydałam tylu pieniędzy. Za jednym właściwie kliknięciem. Ale mimo to cieszyliśmy się jak małe dzieci. Noc spędziliśmy na plaży wśród innych namiotów a nad rankiem podziwialiśmy Gran Canarię, która wydawała się teraz zaskakująco blisko. W naszych głowach dudniło tylko głośne : Lecimy do Bangkoku.

Ulokowaliśmy się w busie jadącym na lotnisko na południu wyspy. Zrobiliśmy rekonesans po czym poszliśmy za lotnisko ugotować sobie wody na zupkę. Wróciliśmy na lotnisko by przepakować swoje plecaki. Przez kompletny przypadek sprawdziliśmy nasze wydrukowane bilety na których okazało się, że nasz samolot odlatuje z lotniska na północy (60 km dalej). Wszystkie loty były z południa tylko nasz akurat był z północy. W trymiga popakowaliśmy porozrzucane na podłodze rzeczy i polecieliśmy na busa. Na północnym lotnisku sprawdziliśmy wszystko jeszcze z dwa razy i poszliśmy szukać miejsca na namiot, gdyż te lotnisko na noc zamykali. Wcisnęliśmy nasz przenośny domek za jakiś baner i poubieraliśmy na siebie wszystkie swoje ciuchy. Niby Teneryfa ale na północy w górach było około 0 stopni. O 5 rano wróciliśmy na cieplutki terminal i rozpoczęliśmy mozolny proces ważenia i pakowania naszego dobytku. Ustawiliśmy się w kolejce do checkinu. Z duszą na ramieniu czekaliśmy na swoją kolej. W końcu oddaliśmy swój plecak (nadaliśmy jeden rejestrowany ale zmieściliśmy się w limicie) wyładowany na maxa. Zajęliśmy swoje miejsca w samolocie i rozpoczęliśmy swoją paro dniową podróż do Tajlandii.

Oboje kochamy latać i dużo lat minęło odkąd znów nam to było dane. Uśmiech nie schodził nam praktycznie z twarzy. Po 3 godzinach byliśmy znów na stałym lądzie w stolicy Hiszpanii Madrycie. Była Wigilia. Lotnisko było przepełnione. Wszyscy pędzili z torbami pełnymi prezentów do swoich domów i rodzin. My spędzaliśmy te święta we dwójkę właśnie u na terminalu. Jak to moja mama powiedziała „Na własne życzenie” i miała 100 % rację, więc żadne łzy nie miały racji bytu. Następny lot mieliśmy za dwa dni lecz temperatura na zewnątrz nie sprzyjała zwiedzaniu miasta. Wyszliśmy tylko na zewnątrz, gdzie para buchała nam z ust i poszliśmy za teren lotniska by rozpalić świąteczne ognisko i przy kolędach Michaela Buble zjeść świąteczną chińską zupkę. Na działającej stacji benzynowej udało nam się jeszcze dostać świeże bagietki, które uratowały nas od głodowania. Szwendaliśmy się po terminalach obserwując pustoszejące lotnisko, znajdując zrozumienie w oczach takich jak my, porozkładanych do snu wśród swoich bagaży.

Kanaryjskie prądy

Wypłynęliśmy z mariny, podnieśliśmy żagle i w końcu popłynęliśmy. Lanzarote wyglądała z pokładu łódki znacznie okazalej. Wiatr wiał idealnie, fale nie były za duże. Płynęło się naprawdę przyjemnie. Tabletki też spełniły swoje zadanie bo o chorobie morskiej u mnie nie było już mowy. Po paru godzinach żeglowania dotarliśmy do Playa Blanca na południu wyspy. Rzuciliśmy kotwicę niedaleko plaży i rozkoszowaliśmy się wspaniałym wieczorem z widokiem na sąsiednią Fuerteventurę. Zapadła czarna noc i tylko światła miasteczek wyznaczały kontury wysp. Nad ranem ostatni raz pomachaliśmy naszej „ukochanej ” Lanzarote i obraliśmy kurs na Las Palmas. Ze stolicy Gran Canarii wypływały regaty pod nazwą ARC, do Sant Luci na Karaibach. Chcieliśmy zdążyć zobaczyć początek, który podobno co roku był dość spektakularny. Po rzuceniu kotwicy rozsiedliśmy się z lornetkami i z piwkiem w dłoniach wyczekiwaliśmy. Wokół nas było z 40 innych łódek. Nawet tuż obok nas byli Duńczycy, których pytaliśmy na Gibraltarze czy nie potrzebują załogi. Podziwialiśmy wypływające z mariny łódki, których było coraz to więcej. Gdzieś z głośników leciała muzyka, słychać było czasem jakieś wiwaty lecz w sumie nic specjalnego. W nocy na kotwicowisku tak nami rzucało, iż nie było mowy o śnie, więc trochę na wariackich papierach ruszyliśmy w kierunku Santa Cruz. Nie sądziliśmy, że łódką może aż tak rzucać dopóki nie wypłynęliśmy dalej na ocean. Prąd był niesamowicie silny do tego krótkie fale z prawej burty. O postawieniu żagla nie było mowy. Maszt latał z prawa na lewo z jakieś 90 stopni. Rzucało nami jak szmatami i myśleliśmy o tym tylko że zaraz zaleją nas fale.Kurczowo się trzymając próbowaliśmy jakoś przetrwać tą noc.

Krzysztof siedział za sterem całe 11 godzin aż do samej Teneryfy. My z dziadkiem usiłowaliśmy znaleźć sobie dogodne miejsce. Niestety Ronowi się nie udało. Przy jednej z większych fal zleciał ze swojego miejsca i rozwalił sobie ucho o krawędź wejścia pod pokład. Krewa się polała a my prawie dostaliśmy zawału. Wszystko co mogło pójść nie tak właśnie się wydarzyło. W końcu dotarliśmy do mariny Santa Cruz w niejednym kawałku. Obolali, wykończeni i niektórzy pokryci krwią padliśmy jak muchy. Wszyscy odsypialiśmy tą tragiczną noc.

Po tym co przeżyliśmy zaczęły nachodzić nas wątpliwości czy nie lepiej jednak samolotem. Szybko jednak nam przeszło. Nie po to pracowaliśmy te parę miesięcy by teraz się poddać.

Brazylia… a może jednak do Kolumbii

Pierwszy od dwóch tygodni porządny prysznic zmył z nas cały pył Lanzarote. Ledwo co odsapnęliśmy to już czekało na nas pierwsze wyzwanie. Zabieraliśmy łódkę na pod pokładowy przegląd oraz wymianę jakiegoś wału.Wpłynęliśmy do stoczni, gdzie po długich próbach w końcu udało nam się umiejscowić łódkę na wielkich taśmach, których zadaniem było wyciągnięcie nas na brzeg. Dla takich świeżaków jak my była to całkiem ekscytująca chwila. Całkiem stresująca, gdy nie do końca ogarnia się te wszystkie liny i ich właściwe miejsce. Na szczęście wszystko poszło jak z płatka i nic nie uszkodziliśmy . Robotnicy z dziadkiem zaczęli wymieniać wał, a parę metrów niżej my ze szpachelkami w rękach walczyliśmy z poprzyklejanymi do łódki morskimi stworzeniami. Po wszystkim wrzucili nas z powrotem do wody i wróciliśmy na swoje miejsce w marinie.

Zaczęliśmy rozmyślać nad naszą podróżniczą przyszłością i doszliśmy do wniosku, iż Brazylia może nie do końca być tą wymarzoną. Przeprowadziliśmy poważną rozmowę z naszym kapitanem i ku jego uciesze zmieniliśmy zdanie. Naszym celem stała się Kolumbia. Ochoczo zabraliśmy się do dalszego malowania łajby. Już nie kłóciliśmy się między sobą a nawet zaczęliśmy pracować jak bardzo zgrany team. Dziadek był z nas zadowolony i pozwolił nam zawiesić na maszcie polską flagę, która później dumnie powiewała razem z amerykańską. Codziennie dawał nam do roboty małe zajęcia naprawcze, które na szczęście nie wymagały od nas bycia geniuszem. Największy jednak problem pojawił się z przednim masztem. Kapitan Ron postanowił wybrać się na krótką wycieczkę by zobaczyć co zostanie nam do naprawy. Dzięki temu ujawniła się usterka. Tak zwana genua czyli przedni żagiel nie zwijał i rozwijał się tak jak trzeba. Wezwaliśmy mechanika, jednak hiszpańskim zwyczajem nie spieszno mu było do wizyty. Chcieliśmy już prawie wypływać, więc zależało nam by jak najszybciej wszystko naprawić. Wciągnęliśmy Rona na maszt i zaczęliśmy kombinować by wymienić poskręcane ze sobą kable. Dopiero gdy mechanik zobaczył z oddali wiszącego na maszcie Rona to postanowił nam przyjść pomóc. Oczywiście bez narzędzi. Chciał wrócić następnego dnia. Zmęczony cała tą farsą Krzysztof nie chciał się tak łatwo poddać więc zaczął istną burzę mózgów. Wytłumaczył mi dokładnie co będę musiała zrobić tam na górze. Z racji, iż byłam najlżejsza, zostałam na nie ochotnika wciągnięta 17 metrów wyżej skąd przy okazji miała idealny widok na sąsiednia Fuerteventurę. Po jakichś 15 minutach ściągnęli mnie na dół i było po sprawie. Maszt znowu pięknie się zwijał i rozwijał. Zaoszczędziliśmy dla Rona jakieś 100 euro i mogliśmy w końcu wypływać na kolejną wyspę. Następny przystanek: Teneryfa.

Z buta przez Lanzarote

Z racji dużej ilości czasu jaką mieliśmy do zagospodarowania postanowiliśmy północ wyspy zwiedzić z buta. Stworzony do tego szlak miał nam to ułatwić. Zaplanowaliśmy 80 kilometrowa trasę uzależniając ją od mijanych po drodze sklepów i zaczęliśmy sobie dreptać.

Gdy minęliśmy industrialną część miasta i turystyczną wypełnioną Brytyjczykami Costa Teguise wkroczyliśmy na początek szlaku. Droga wiodła wzdłuż wybrzeża, po wysokich klifach o które z wielkim impetem rozbijały się fale. Trasa usiana była kamykami, gruzem i wszędobylskim pyłem. Iście księżycowy krajobraz. Nawet łatwo przychodziło nam znajdywanie miejsca na namiot, gdyż wystarczyło odejść kawałek i za jakąś większą copą gruzu się rozbić. Budziło nas grzejące słońce, którego wschód podziwialiśmy leżąc w otwartym namiocie. Codziennie posuwaliśmy się parę kilometrów do przodu, mijając małe mieścinki po drodze. Wszystkie zbudowane na jedną modłę, białe domki z dużymi kaktusami w ogródkach. W Charco del Palo miasteczku należącym oczywiście do Niemców wszyscy chodzili jak ich Pan Bóg stworzył. Średnia wieku mieszkańców była około 60 więc prawie całe miasteczko przeszliśmy ze wzrokiem wbitym w asfalt. Bezpiecznie udało nam się jedynie ukryć w lokalnym sklepiku, gdzie był zakaz wchodzenia nago. Przeczekaliśmy największą hicę upajając się zimną coca colą i ruszyliśmy dalej szlakiem. Gruz pokrywający drogę nieźle zmasakrował nasze buty, a słońce obolałe karki, ale za to mieliśmy wyjątkowe widoki. Dotarliśmy do Arriety, miasteczka przy którym w końcu była plaża i trochę cieplejszy Atlantyk. Rozbiliśmy się wśród camperów zaraz przy plaży, a rano obudził nas cudowny wschód słońca tuż nad oceanem.

Naszym celem był wulkan La Corona oraz Mirador del Rio punkt widokowy z którego można zobaczyć La Graciosę i sąsiednie wysepki. Lokalnym busikiem dojechaliśmy do oddalonego o jakieś 5 kilometrów Maguez i dalej z buta do Ye skąd już rzut beretem był do głównych atrakcji. Zbliżał się wieczór, więc postanowiliśmy zjeść obiad (w postaci puszki tuńczyka) na jednym z punktów widokowych. Niedaleko Mirador del Rio znajdował się bezpłatny punkt widokowy z którego rozpościerał się widok na cała La Graciose wprawiający wręcz w osłupienie. Staliśmy chyba z 10 minut nic nie mówiąc do siebie tylko gapiąc się do przodu. Pod nami w oddali była plaża, z której wracali turyści, dla nas widoczni jako małe kropeczki. Wpadliśmy na plan by też tam zejść jednak gdy usłyszeliśmy ciężkie sapanie pierwszych, którzy dotarli na szczyt to podarowaliśmy sobie. Noc spędziliśmy już w towarzystwie naszego następnego celu – wulkanu La Corona.

Z samego rana wdrapaliśmy się na sam szczyt, skąd przy okazji mogliśmy zobaczyć ocean po obu stronach wyspy. Wulkan swoje lata świetności już dawno miał za sobą więc nie robił większego wrażenia, a w środku była tylko wielka dziura. Chcieliśmy tą dziurę też zbadać i zaczęliśmy mozolne zejście w dół co właściwie przerodziło się bolesny ślizg po żużlu. Przynajmniej mogliśmy teraz powiedzieć, że byliśmy w środku wulkanu. Wygramoliliśmy się z niego i zaczęliśmy powolną wędrówkę w dół do miasteczka. Tam też pierwszy raz spotkaliśmy backpackersa z Węgier. Po tym utwierdziliśmy się w przekonaniu, iż nasze plecaki wcale takie wielkie nie są. Ostatnie z miejsc, które chcieliśmy zobaczyć czyli Mirador del Rio okazało się tylko kolejną pożywką dla turystów, a widok na La Graciosę był taki sam.

Skończyliśmy swoją wędrówkę na północ. Zobaczyliśmy co myśleliśmy iż warto zobaczyć. Teraz zostało nam wrócić tą samą drogą do Arrecife i zabijać czas aż do powrotu na łódkę.

Niestety do stolicy wróciliśmy za szybko i przyszło nam menelować przez parę dni. Były to najbardziej wykańczające psychicznie 4 dni w naszej podróży. Zabijanie czasu. Liczenie godzin i minut. Jedzenie z puszki na ławce i spanie w namiocie gdzieś przy rozpadającym się murze w otoczeniu wszędzie walających się śmieci. Ale wzięliśmy to jako kolejną lekcję pokory i cierpliwości przede wszystkim. By nauczyć się doceniać to co się ma i dziękować za to każdego dnia.

Marina Lanzarote – Mamy Łódkę do Brazylii

Ron okazał się bardzo rozmownym i zabawnym staruszkiem. Po każdym skończonym dniu pracy oprócz gorącego prysznica musowo było piwko. Łajba nie należała do najnowszych, ba miała z jakieś 40 lat, była zaniedbana i wymagała trochę pracy więc oprócz malowania staraliśmy się doprowadzić ją do ładu. Mimo, że praca nie należała do lekkich to wygodnie było nam na jego łódce. Tym bardziej, że raz na jakiś czas zabierał nas do przy marinowych knajpek co przy naszym niskim budżecie było miłą odskocznią. Na Lanzarote zaczęli docierać również poznani przez nas wcześniej żeglarze z Turcji oraz Simon z rodzinką, więc mieliśmy z kim jeszcze pogadać.

Wstępnie mieliśmy zostać do przybycia jego brata czyli jakieś 2 tygodnie. Uwijaliśmy się więc z malowaniem i sprzątaniem, gdyż Ronowi zależało by ją jak najszybciej odświeżyć. Wolne chwile spędzaliśmy na zwiedzaniu miasta. Stolica wyspy, Arrecife przy którym znajdowała się marina, nie należało do najurodziwszych. Wystarczyło wyjść jedną uliczkę dalej od głównej i oczom ukazywały się sterty śmieci, opuszczone ruiny i wszędzie odpadające tynki. Alejki były miejscem wiecznego bytowania meneli, a niektóre ławeczki były nawet przekształcone na małe kartonowe fortece. Miasto starało się jednak dbać o mieszkańców i turystów i organizowało rożne happeningi i festiwale muzyczne. Jeden z festiwali odbywał się co piątek, a sceny były rozsiane po mieście. Między jedną a kolejną sceną zespół grajków prowadził całe miasteczko w głośnej, wesołej paradzie.

Wygląd plaży zależał w większości od przypływów i odpływów a woda była dosyć lodowata przez co nie zachęcała nas do kolejnych wizyt. Miejsce szybko przestało być dla nas atrakcyjne, dodatkowo spinaliśmy się o to co robić dalej. Musieliśmy szukać kolejnej łajby, jednak po pracy byliśmy wykończeni co jeszcze bardziej wyniszczało atmosferę między nami.

Mogliśmy nie zdążyć z pomalowaniem łajby, więc Ron zaproponował nam płatny weekend pracy. Rozważaliśmy przedostanie się na Gran Canarie promem i tam spróbowanie swoich sił dlatego za cenę biletów mieliśmy dokończyć co zaczęliśmy. Dzień przed naszym wyruszeniem zaczęliśmy rozmawiać o szukaniu łajby przy czym staruszek przypomniał nam, że i tak będzie przepływał w grudniu Atlantyk i nie musimy jej szukać. Po szybkiej naradzie stwierdziliśmy, że płyniemy z dziadkiem. On zadowolony powiedział, iż do Brazylii nas „podrzuci”. Musieliśmy tylko znaleźć sobie zajęcie na najbliższe dwa tygodnie i wrócić rześcy z powrotem. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy eksplorować z buta resztę wyspy. Trzęśliśmy się aż ze szczęścia, że mamy łajbę do Brazylii.