Tag Archives: Gościnność

Ostatnia prosta, opuszczamy Australię

Wiedzieliśmy, że aby dojechać do Rockhampton w jeden dzień musimy znaleźć jednego porządnego stopa. I tak też się stało. Na początku nie chętnie ale w końcu kierowca sam nas zawołał. Kierowca ciężarówki z którym dojechaliśmy prosto do celu. Ze stacji benzynowej odebrał nas już Daniel, nasz nowy host o wyglądzie wikinga. Gdy dojechaliśmy na farmę reszta jego rodzinki już dawno spała więc mieliśmy czas by na spokojnie zaznajomić się z nowym miejscem. W porównaniu z tym co mieliśmy wcześniej było tu jak w pięcio gwiazdkowym hotelu. Przy śniadaniu poznaliśmy resztę ferajny. Emmę – żonę Daniela i trójkę gadatliwych i dość energicznych dzieciaków. Głównie bawiliśmy się z dziewczynkami w wieku 5,6 lat lub zajmowaliśmy uwagę 6 miesięcznemu Jackowi by nie zauważył chwilowej nieobecności mamy. Mieli w posiadaniu dość sporo hektarów włącznie z dosyć sporej wysokości górą, więc gdziekolwiek trzeba było coś naprawić lub po prostu zrobić to jechaliśmy tam samochodem. Karmiliśmy zwierzęta, zbieraliśmy ogródkowe smakołyki i spędzaliśmy czas z rodzinką. Niewiele to miało wspólnego z pracą jedynie angażowało nas przez cały dzień co czasami było dla nas wręcz bardziej wykańczające niż normalna praca ale za to złapaliśmy z nimi wspólne flow. Z przyjemnością tez karmiliśmy 3 razy dziennie dwie przesłodkie miniaturowe kózki. Ich dom umieszczony był na wzgórzu, a nasz nieco poniżej i był cały do naszej dyspozycji.

W między czasie planowaliśmy naszą dalszą podróż. Próbowaliśmy, też znaleźć kolejnego hosta na couchsurfingu, lecz bez skutecznie. Na szczęście gdy Daniel i Emma dowiedzieli się o naszym małym problemie natychmiast zaoferowali nam byśmy zostali dłużej. Zbiegło się to w czasie z przyjazdem kolejnych workawayów z Japonii, więc musieliśmy im zrobić miejsce i przenieść się do kampera. Dwie Japonki – matka i córka przyleciały do Australii na dwa tygodnie prosto z Tokio by zaznać trochę wiejskiego życia. Ich angielski był bardzo ciężki do zrozumienia i często musieliśmy tłumaczyć Emmie o co może Haruko chodzić co rodziło czasem śmieszne sytuacje. Zacieśniło to jeszcze bardziej nasze relacje i aż smutno było nam ich opuszczać. W ostatnią wspólną noc pojechaliśmy w dalszą część ich posiadłości i wraz z rodzicami Emmy zrobiliśmy ognisko. Było piwko, jagnięcina i miła atmosfera. W drodze powrotnej ojciec Emmy złapał węża, dzięki czemu w końcu w Australii udało nam się zobaczyć jakąś niebezpieczną gadzinę na dziko.

Podziękowaliśmy rodzince za wszystko i znów zajęliśmy nasze miejsce na stacji. Stanęliśmy z napisem ale standardowo dopiero bezpośrednia interakcja załatwiła nam ruszenie się z miejsca. Przejechaliśmy odcinek na którym x lat temu jakiś szaleniec zabijał autostopowiczów przez co w Australii jest to teraz zakazane, ale i tak potem utknęliśmy w niezbyt miłym Ilbilbie. Chodziłam pytać a potem przestało cokolwiek przyjeżdżać. Po zmroku zrobił się ruch ale słyszeliśmy tylko nie i nie. W końcu jeden dał się namówić, ale że odjeżdża dopiero o 4 nad ranem i jak wstaniemy to możemy jechać z nim. Wpakowaliśmy się więc w krzaki między tory kolejowe a drut kolczasty, rozłożyliśmy pokracznie nasz rozwalający się domek i ustawiliśmy budzik. O 3 już byliśmy na nogach a o 4 siedzieliśmy w trucku prując do przodu. Słuchaliśmy anegdotek kierowcy a gdy się mu w końcu skończyły to włączył na małym telewizorku Lucyfera. Wylądowaliśy na kolejnej niezbyt łaskawej stacji tuż przed Townsville. Próbowaliśmy na stacji, potem staraliśmy się przejść na kolejną po drugiej stronie autostrady lecz przez ściek polegliśmy. Z pierwotnej stacji jedna kobieta zabrała nas za miasto na kolejną stację skąd przeszliśmy z kilometr by dostać się na wylotówkę na autostradę. Po chwili zabrał nas z tego patowego miejsca jakiś farmer. Jeździliśmy tak ze stacji do stacji i w końcu zaczęliśmy się zastanawiać czy jest sens jechac po pare kilometrów osobówkami. W takim tempie mogliśmy nie zdążyć na nasz samolot a do Cairns było jeszcze daleko. W końcu postanowiliśmy wrócić do miasta by zobaczyć pociągi. Miła starsza parka koło 70 podrzuciła nas pod sam dworzec. Pociąg odjeżdżał oczywiście dopiero rano i moglibyśmy usiąść i czekać ale cena biletu i determinacja namówiły nas by się nie poddawać i jeszcze spróbować złapać tego ostatniego stopa w Australii. Przeszliśmy z 3 kilometry z dworca na naszą pierwotną stację na którą chcieliśmy się dostać. Nastała już noc gdy na nią dotarliśmy. Szybkie odświeżenie i do roboty. Wypytałam tych którzy stali przy dystrybutorach. W końcu podeszłam do grupki kierowców i z udawaną pewnością siebie zapytałam na głos który jedzie do Cairns. Mili koledzy wydali jednogłośnie jednego z nich, który po chwili namowy i chyba presji otoczenia w końcu się zgodził. Krzyś był w szoku gdy po niespełna 15 minutach przybiegłam do niego z dobrymi wieściami. Po chwili siedzieliśmy w ciężarówce, kiwając się ze zmęczenia ale ze łzami w oczach ze szczęścia, że udało nam się to zrobić. Po 4 godzinach byliśmy na miejscu. Dotarliśmy i nasza australijska przygoda dobiegała powoli końca.

Przyjechaliśmy jednak za późno by znaleźć jeszcze otwarty hostel, więc został nam nocleg w parku. Początkowo próbowaliśmy oszukiwać sen i szwendaliśmy się wzdłuż wybrzeża lecz finalnie zapakowaliśmy się w dżdżownice i rozłożyliśmy pod trybunami. Po wielu godzinach nadszedł w końcu upragniony świt, wysypał biegaczy i wygonił nas ze śpiworów. Obserwowaliśmy budzące się do życia miasto, Francuzkich bacpackersów zmierzających na budowę, aborygenów cisnących chwiejnym krokiem by zająć swoją melinową miejscówkę czy też chińsko-japońskich turystów robiących sobie selfie w dziwnych pozach. Zajęliśmy ławeczkę przy ogólnodostępnym basenie i wpychaliśmy w siebie przed wczorajszy chleb z dżemem czekając aż otworzą nam hostel. Ledwo odebraliśmy klucze do pokoju to już leżeliśmy padnięci w naszych łóżkach.

Po paru godzinach mogliśmy znów patrzeć na oczy więc wybraliśmy się na zakupy by spełnić ostatnie z australijskich doświadczeń. No bo jak moglibyśmy opuścić te ziemie bez spróbowania mięsa z kangura. Nie jedząc prawie nic przez ostatnie dwa dni w trasie, burgery z soczystym mięskiem były dla nas jak zbawienie. Mieliśmy siłę by przejść się na spacer by zobaczyć w świetle dnia to co widzieliśmy dotychczas jedynie w nocy. W Cairns plaża owszem była lecz ocean zaczynał się dopiero jakieś 2 kilometry dalej, mimo to wszędzie były tabliczki informujące, iż to teren zawładnięty przez krokodyle. Władze miasta stworzyły za to tuż obok piękny basen z plażą. W hostelu nabraliśmy potrzebnej nam energii i następnego dnia pomaszerowaliśmy na lotnisko. Opuszczaliśmy Australię z nutą ulgi, że to już za nami ale jednocześnie z zadowoleniem, że właśnie to jest za nami. Teraz zaczynamy zasłużone wakacje. Lecimy na Bali…

Życie na granicy

Zadomowiliśmy się na Gibraltarze czyli znaleźliśmy to wszystko co nam zawsze do życia jest potrzebne i zaczęliśmy swoje poszukiwania. Postanowiliśmy zaryzykować z plecakami i wpakowaliśmy je do szafek na zakupy w pobliskim sklepie . Prysznic mogliśmy wsiąść w przytułku dla potrzebujących o wdzięcznej nazwie Nazareth. Odświeżeni podeszliśmy do biblioteki by wydrukować nasze ogłoszenia. Zaczęło się chodzenie od mariny do mariny z nadzieją, że akurat dzisiaj kogoś znajdziemy. Granicę znaliśmy jak własną kieszeń i zmienialiśmy ją czasami nawet po 4 razy dziennie. Nad ranem gdy na Gibraltar cisnęły dzikie tłumy turystów i hiszpańskich pracowników musieliśmy odczekać swoje by pokazać paszport, którego w gruncie rzeczy i tak nikt nie sprawdzał. Wieczorem zaś w punkcie kontroli często nawet nikogo nie było. Na granicy kwitnął również przemyt. Krzysztof był świadkiem gdy tuż przed bramkami obklejali pewną kobietę pasem zrobionym z wagonów fajek. Nocki spędzaliśmy w urokliwych krzaczkach tuż za mariną z widokiem na lotnisko. Śniadanie jedliśmy specjalnie przy wejściu do mariny z naszą niezawodną tablicą i napisem „CREW AVAILABLE”. Chcieliśmy próbować wszystkiego by tylko znaleźć ta pierwszą łódkę. Pewnego wieczoru wracając po dniu spędzonym na Gibraltarze zaczepił nas chłopak Francuz. Nie mógł nam zapewnić transportu na kanary czy Brazylię, ale za to zaoferował nam nocleg swojej łajbie. Był jednym z tych „cyganów” żyjących na łodzi a jednocześnie miał domek z drewna gdzieś w środku lasu. Zabrał nas na nasz pierwszy rejs. Kolejne pierwsze razy. Dopłynęliśmy prawie do wybrzeży Ceuty, jednak kapitan stwierdził iż przy tak słabym wietrze to nawet nie ma co wpływać do przystani. Więc zawróciliśmy. Tak więc cały dzień spędziliśmy na morzu. Krzyś był zadowolony nawet z tego, że żeglowaliśmy bardzo powoli. Ja zaś zmagałam się z chorobą morską. Przeraziło mnie to bo jak tu oferować swoje usługi załoganta jak nie jest się zdatnym do jakiejkolwiek pracy. Najłatwiej to było by po prostu wsiąść na pokład samolotu i za paręnaście godzin postawić stopę na Brazylijskim lądzie. No ale podróż lowcost zobowiązuje. Mieliśmy za to możliwość zobaczyć skaczące w oddali delfiny i wynagrodziło to całodzienna walkę z własnym żołądkiem.

Noc spędziliśmy na kotwicowisku przy plaży w La Linei, gdzie bujało nami prawie jak na hamaku. Do naszego kapitana miał przyjechać przyjaciel z którym chciał udać się do Maroka i nam też taką ofertę przedstawił. Najpierw zachwyceni powiedzieliśmy tak, jednak po dłuższym namyśle i fakcie, że wrócić chcieli do Malagi to podziękowaliśmy ładnie i zeszliśmy z łajby. Ledwo zacumowaliśmy jego łódź w marinie, naszym uszom doszły polskie słowa. Przy tym samym pomoście własnie cumowała para Polaków na pięknym wielkim 17 metrowym jachcie jeszcze pachnącym świeżą farbą. Państwo Iwona i Jacek z Gdyni ucieszeni, że słyszą polski język zaprosili nas na kawę. Z kawy zrobiły się dwa dni. Z małej łupinki przeskoczyliśmy do luksusowego jachtu. Zaprosili nas również do restauracji, gdzie zajadaliśmy się tym razem znacznie smaczniejszą paellą. Był to dzień święta narodowego na część referendum sprzed 50 lat. Wszyscy chodzili poubierani w barwach Gibraltaru czyli biało czerwonych. Sama flaga wyglądała jak polska z tym, że dodatkowo na środku jest zameczek. Ulice były pełne świętujących ludzi. Dla naszych polskich gospodarzy byliśmy przewodnikami i tłumaczami w miejscu, które w sumie parę dni wcześniej dopiero sami poznawaliśmy. Na koniec święta nad Gibraltarem rozbłysły fajerwerki, a w całym mieście muzyka grała jeszcze do samego rana.

Iwona i Jacek planowali podróżować dalej wzdłuż wybrzeża Hiszpanii , proponując nam byśmy popłynęli z nimi. Ze smutkiem jednak machaliśmy im jak odpływali. Podróż to niestety ciągłe powitania i pożegnania. Zostawili nam po sobie książkę Laury Dekker, która samotnie przepłynęła świat, w ramach motywacji. Znowu zostaliśmy sami. Zabraliśmy swoje tobołki i podreptaliśmy znów do biblioteki wydrukować kolejne ogłoszenia. Odezwali się do nas kolejni jachtostopowicze po naszym poście na facebooku więc wieczorem mieliśmy ich poznać. Nasza konkurencja była bardzo skupiona na swoim celu co zmotywowało nas by wsiąść się do roboty. Późnym już wieczorem, gdy poszliśmy na Alcaideze, marinę w La Linei, zagadał do nas gościu pokazując na swoim telefonie post od znanej większości jachtostopowiczom Klaudii o parce, która szuka załogi na Lanzarote. Zaczęliśmy szukać łodzi ze zdjęcia i w między czasie zagadał do nas właściciel jednej z łódek ruder, próbując nam pomóc, jednakże bezskutecznie. Zagadał do dwóch mężczyzn wchodzących na pobliski ponton i widząc zainteresowanie w oczach jednego z nich szybko przejęliśmy pałeczkę . Z rozmowy wyszło, iż faktycznie planuje wypłynąć i potrzebuje załogi ale na Teneryfę. Wymieniliśmy się numerami i umówiliśmy na następny dzień. Podekscytowani popędziliśmy rozkładać namiot. Nazajutrz szybko przygotowaliśmy paczkę kolejnych pierdółek i pocztówek by wysłać do Polski i stawiliśmy się o umówionej godzinie w marinie. Czas mijał a kapitan się nie pojawiał. Zostaliśmy nawet poczęstowani w miedzy czasie kawą przez właściciela łódki rudery. W końcu kapitan się pojawił i zaprosił by pokazać łódkę. Szybkie omówienie detali i ustaliliśmy, że wypływamy. Zadomowiliśmy się na jachcie, urządziliśmy swoje koje i spokojni o jutro zasnęliśmy na naszej kolejnej łodzi.

Norwegia nie taka „zimna”

Zdecydowaliśmy się jak najszybciej dojechać do Norwegii, więc Danię i Szwecję przejechaliśmy prawie tranzytem. W Szweckim miasteczku Stromstad znajdował się port skąd promem za jedyne 4 euro można było dostać się do Norwegii. Rozbiliśmy więc swój namiot praktycznie zaraz obok portu i kupiliśmy bilety przez internet na następny dzień. Z naszego miejsca idealnie było widać zachodzące słońce, tuż nad szwedzką zatoką.

Płynąc promem do Norwegii mogliśmy zobaczyć przepiękną linię brzegową, a również pełne morze. Na brzegu widniały białe domki, co jakiś czas mijaliśmy żaglówki i motorówki. Gdy zaś spojrzało się na drugą burtę, w kierunku morza, dostrzec można było małe wysepki, na których mieściło się zaledwie parę domków z latarnią pośrodku. Czas na promie minął leniwie, powoli też zbliżaliśmy się do portu w Sandefjord. Na miejscu przywitała nas przepiękna słoneczna pogoda. Po „małych” zakupach wgramoliliśmy się na górkę zaraz przy porcie gdzie mieliśmy niesamowity widok na zatokę i okalające ją miasteczko. Tam też robiliśmy swój pierwszy norweski biwak.

Po dwóch dniach leniuchowania postanowiliśmy ruszyć dalej, więc musieliśmy przedreptać na drugi koniec miasteczka. Jacyś chłopcy zabrali nas i wyrzucili na zjeździe na autostradę. Wylądowaliśmy gdzieś w jakimś rowie. Wszędzie pełno samochodów a jeszcze na dodatek musieliśmy się jak najszybciej stamtąd wydostać, więc jak tylko nic nie jechało przebiegliśmy przez most do ronda po drugiej stronie. Po czym jakby nic znów zaczęliśmy łapać stopa. Następny też nie był bardzo fartowny, bo by dostać się na najbliższą stację musieliśmy pokonać 5 km piechotą. Droga się dłużyła strasznie ale przynajmniej było na co popatrzeć. Norwegi można pozazdrościć widoków i nie tylko…

Przy jednym z jezior zrobiliśmy sobie przerwę. Spotkaliśmy także na tym kompletnym zadupiu dwóch backpakersów z Niemiec, którzy idąc drogą próbowali przy okazji coś złapać. Gdy już poszli podjechała do nas dziewczyna która wcześniej kąpała psy w pobliskim jeziorze. Poczęstowała nas lodami które specjalnie dla nas jechała kopić. Już byliśmy w kompletnym szoku a ona na dodatek zaproponowała nam podwózkę. Mimo że mieszkała niedaleko to podrzuciła nas prawie 50 km dalej. Tego samego dnia spotkaliśmy tez Stolena, sprzedawcę alarmów, wielbiciela rocka i ojca trójki dzieci. Był kolejnym gadułą mega pozytywnym ale też jak się potem przekonaliśmy dość samotnym. Zaproponował nam nocleg i spędziliśmy z nim dwa dni. Dwa bardzo intensywne dni bo pokazał nam wszystko co warto było zobaczyć w Kristansand. Na koniec dał nam nawet Norweską flagę i żegnał jak dobrych przyjaciół. Mamy nadzieję, że takie właśnie znajomości przetrwają nam nawet po podróży.

Kolejną noc spędziliśmy na plaży przy lotnisku w Soli, niedaleko Stavanger. Niesamowity widok na zimne morze północne, małe wysepki wyrastające pośrodku i piasek pod stopami. Czego chcieć więcej. W Stavangerze mieliśmy się spotkać z Jemesem, naszym kolejnym hostem, jednak cały czas spędzaliśmy z jego dziewczyną Sonią. Sonia był z Czech więc mogliśmy się powymieniać naszymi spostrzeżeniami co do kraju. James całe dnie spędzał na swojej łodzi, więć prawie go nie widywaliśmy. Pożegnaliśmy tą zaganianą parkę i udaliśmy się na prom do Tau.