Tag Archives: Gibraltar

Życie na granicy

Zadomowiliśmy się na Gibraltarze czyli znaleźliśmy to wszystko co nam zawsze do życia jest potrzebne i zaczęliśmy swoje poszukiwania. Postanowiliśmy zaryzykować z plecakami i wpakowaliśmy je do szafek na zakupy w pobliskim sklepie . Prysznic mogliśmy wsiąść w przytułku dla potrzebujących o wdzięcznej nazwie Nazareth. Odświeżeni podeszliśmy do biblioteki by wydrukować nasze ogłoszenia. Zaczęło się chodzenie od mariny do mariny z nadzieją, że akurat dzisiaj kogoś znajdziemy. Granicę znaliśmy jak własną kieszeń i zmienialiśmy ją czasami nawet po 4 razy dziennie. Nad ranem gdy na Gibraltar cisnęły dzikie tłumy turystów i hiszpańskich pracowników musieliśmy odczekać swoje by pokazać paszport, którego w gruncie rzeczy i tak nikt nie sprawdzał. Wieczorem zaś w punkcie kontroli często nawet nikogo nie było. Na granicy kwitnął również przemyt. Krzysztof był świadkiem gdy tuż przed bramkami obklejali pewną kobietę pasem zrobionym z wagonów fajek. Nocki spędzaliśmy w urokliwych krzaczkach tuż za mariną z widokiem na lotnisko. Śniadanie jedliśmy specjalnie przy wejściu do mariny z naszą niezawodną tablicą i napisem „CREW AVAILABLE”. Chcieliśmy próbować wszystkiego by tylko znaleźć ta pierwszą łódkę. Pewnego wieczoru wracając po dniu spędzonym na Gibraltarze zaczepił nas chłopak Francuz. Nie mógł nam zapewnić transportu na kanary czy Brazylię, ale za to zaoferował nam nocleg swojej łajbie. Był jednym z tych „cyganów” żyjących na łodzi a jednocześnie miał domek z drewna gdzieś w środku lasu. Zabrał nas na nasz pierwszy rejs. Kolejne pierwsze razy. Dopłynęliśmy prawie do wybrzeży Ceuty, jednak kapitan stwierdził iż przy tak słabym wietrze to nawet nie ma co wpływać do przystani. Więc zawróciliśmy. Tak więc cały dzień spędziliśmy na morzu. Krzyś był zadowolony nawet z tego, że żeglowaliśmy bardzo powoli. Ja zaś zmagałam się z chorobą morską. Przeraziło mnie to bo jak tu oferować swoje usługi załoganta jak nie jest się zdatnym do jakiejkolwiek pracy. Najłatwiej to było by po prostu wsiąść na pokład samolotu i za paręnaście godzin postawić stopę na Brazylijskim lądzie. No ale podróż lowcost zobowiązuje. Mieliśmy za to możliwość zobaczyć skaczące w oddali delfiny i wynagrodziło to całodzienna walkę z własnym żołądkiem.

Noc spędziliśmy na kotwicowisku przy plaży w La Linei, gdzie bujało nami prawie jak na hamaku. Do naszego kapitana miał przyjechać przyjaciel z którym chciał udać się do Maroka i nam też taką ofertę przedstawił. Najpierw zachwyceni powiedzieliśmy tak, jednak po dłuższym namyśle i fakcie, że wrócić chcieli do Malagi to podziękowaliśmy ładnie i zeszliśmy z łajby. Ledwo zacumowaliśmy jego łódź w marinie, naszym uszom doszły polskie słowa. Przy tym samym pomoście własnie cumowała para Polaków na pięknym wielkim 17 metrowym jachcie jeszcze pachnącym świeżą farbą. Państwo Iwona i Jacek z Gdyni ucieszeni, że słyszą polski język zaprosili nas na kawę. Z kawy zrobiły się dwa dni. Z małej łupinki przeskoczyliśmy do luksusowego jachtu. Zaprosili nas również do restauracji, gdzie zajadaliśmy się tym razem znacznie smaczniejszą paellą. Był to dzień święta narodowego na część referendum sprzed 50 lat. Wszyscy chodzili poubierani w barwach Gibraltaru czyli biało czerwonych. Sama flaga wyglądała jak polska z tym, że dodatkowo na środku jest zameczek. Ulice były pełne świętujących ludzi. Dla naszych polskich gospodarzy byliśmy przewodnikami i tłumaczami w miejscu, które w sumie parę dni wcześniej dopiero sami poznawaliśmy. Na koniec święta nad Gibraltarem rozbłysły fajerwerki, a w całym mieście muzyka grała jeszcze do samego rana.

Iwona i Jacek planowali podróżować dalej wzdłuż wybrzeża Hiszpanii , proponując nam byśmy popłynęli z nimi. Ze smutkiem jednak machaliśmy im jak odpływali. Podróż to niestety ciągłe powitania i pożegnania. Zostawili nam po sobie książkę Laury Dekker, która samotnie przepłynęła świat, w ramach motywacji. Znowu zostaliśmy sami. Zabraliśmy swoje tobołki i podreptaliśmy znów do biblioteki wydrukować kolejne ogłoszenia. Odezwali się do nas kolejni jachtostopowicze po naszym poście na facebooku więc wieczorem mieliśmy ich poznać. Nasza konkurencja była bardzo skupiona na swoim celu co zmotywowało nas by wsiąść się do roboty. Późnym już wieczorem, gdy poszliśmy na Alcaideze, marinę w La Linei, zagadał do nas gościu pokazując na swoim telefonie post od znanej większości jachtostopowiczom Klaudii o parce, która szuka załogi na Lanzarote. Zaczęliśmy szukać łodzi ze zdjęcia i w między czasie zagadał do nas właściciel jednej z łódek ruder, próbując nam pomóc, jednakże bezskutecznie. Zagadał do dwóch mężczyzn wchodzących na pobliski ponton i widząc zainteresowanie w oczach jednego z nich szybko przejęliśmy pałeczkę . Z rozmowy wyszło, iż faktycznie planuje wypłynąć i potrzebuje załogi ale na Teneryfę. Wymieniliśmy się numerami i umówiliśmy na następny dzień. Podekscytowani popędziliśmy rozkładać namiot. Nazajutrz szybko przygotowaliśmy paczkę kolejnych pierdółek i pocztówek by wysłać do Polski i stawiliśmy się o umówionej godzinie w marinie. Czas mijał a kapitan się nie pojawiał. Zostaliśmy nawet poczęstowani w miedzy czasie kawą przez właściciela łódki rudery. W końcu kapitan się pojawił i zaprosił by pokazać łódkę. Szybkie omówienie detali i ustaliliśmy, że wypływamy. Zadomowiliśmy się na jachcie, urządziliśmy swoje koje i spokojni o jutro zasnęliśmy na naszej kolejnej łodzi.

Gibraltar

W samochodzie czuć było narastające napięcie. Dla każdego miał się zaraz zacząć nowy etap podróży. Anglicy chcieli dostać się do Afryki, zobaczyć Maroko. Nas ciągnęło troszkę dalej. Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy wielkiej góry Gibraltaru. Z każdym kolejnym zakrętem napięcie sięgało zenitu. W końcu ukazał nam się majestatyczny Gibraltar, miejsce wiecznych sporów hiszpańsko angielskich i marzenie podróżników. Zaczęliśmy śpiewać i się cieszyć. Tuż przed granicą wyskoczyliśmy ze swoimi tobołkami , jakby nie daj boże mieli się do czegoś przyczepić i umówiliśmy się już po drugiej stronie. Po tak długim czasie spędzonym w jednym kraju, przekraczaliśmy w końcu granicę. Byliśmy teraz w Wielkiej Brytanii. Czy liczyć to jako 12 kraj?

Anglicy byli zdumieni, że wygląda tu naprawdę jak w ich kraju. Ulice, budynki i budki telefoniczne . Normalna Anglia. Dotarliśmy vanem na sam kraniec Gibraltaru, Europa Point. Przez niektórych niesłusznie uważany za najdalej wysunięty punkt Europy. Stamtąd rozpościerało się już szerokie morze a za nim z mgły wyrastały wzgórza Afryki. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Była jakby na wyciągnięcie ręki. Tak blisko a tak daleko. Nie chcieliśmy marnować dnia wiec wskoczyliśmy do autobusu by podjechać jak najbliżej wejścia i zaczęliśmy wspinaczkę na Rock of Gibraltar.

Z każdym schodkiem ukazywały się nam coraz to lepsze widoki . Po drodze spotkaliśmy wyczekiwane małpki magoty z rodzinny makakowatych. Patrzały na nas znużonymi oczkami i wyczekiwały momentu by zabrać nam to co akurat mieliśmy w łapkach. Niektórym wskakiwały na głowy lub dachy podjeżdżających taksówek pełnych turystów. Ewidentnie były przyzwyczajone do codziennych wizyt ludzi , więc nie były agresywne. Niby dzikie ale jednak udomowione. Weszliśmy trochę wyżej na punkt widokowy skąd mieliśmy fantastyczny widok na cały półwysep. Obracając się wokół własnej osi rozpościerało się przed nami morze, Afryka, miasteczko La Linea i po drugiej stronie zatoki gibraltarskiej wzgórza Algeciras. Mieliśmy niesamowite szczęście do pogody , gdyż najczęściej góra była przykryta chmurami. Zeszliśmy zadowoleni na dół do miasteczka i wróciliśmy do vana pozostawionego na Europa Point. Z braku miejsca na nasz przenośny domek upchaliśmy się z Anglikami na noc do środka. Nad ranem Afryki już niestety nie zobaczyliśmy , gdyż pochłonęła ją mgła. Kręciliśmy się przy granicy zmieniając ją dziennie po kilka razy. Przyszedł w końcu czas pożegnania. Rozliczyliśmy się za paliwo , wymieniliśmy uściski i ze łzami w oczach każdy poszedł w swoją stronę i w końcu zostaliśmy sami.