Tag Archives: Couchsurfing

Kuala Lumpur – myślami już w Australii

Nacieszyliśmy się Singapurem przez 3 dni, według nas to wystarczyło by dobrze go poznać. Nasza magiczna karta już wygasła więc na dworzec, skąd mieliśmy wziąć busa na granicę, musieliśmy pójść z buta. Kupiliśmy bilet, rozsiedliśmy się na swoich miejscach i po jakiś 15 minutach byliśmy na granicy. Przejście przez bramki, pieczątka i z powrotem do busa. Po chwili znów wysiadka, kolejne bramki, pieczątka i do busa. Strasznie wyczerpujący początek dnia, a gdzie tam koniec. Gdy dojechaliśmy do Johor Bahru swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do budek z jedzeniem za co później przypłaciliśmy spóźnieniem się na rannego busa do Kuala Lumpur. By umilić sobie 3 godziny czekania na następny, skusiliśmy się na tanie lody w McDonaldzie, gdzie przy okazji poznaliśmy innego backpackersa Egipcjanina, który dodatkowo zajął nam ten czas. W końcu wpakowaliśmy się do busa by po długich 5 godzinach wysiąść w Kuala Lumpur.

Była już 21 gdy dotarliśmy na miejsce. Byliśmy niesamowicie wykończeni całym dniem w drodze i jedyne o czym marzyliśmy to łóżko i prysznic w hostelu od którego dzieliła nas jeszcze przejażdżka metrem. Hostel może i był fajny jednak pokoje, jak w więzieniu bez okna z miejscem tylko na łóżko, były lekką przesadą. Następnego dnia na szczęście przenosiliśmy się do Anthonego, Filipińczyka pracującego w branży IT, którego poznaliśmy przez couchsurfing. Po śniadaniu, metrem dotarliśmy na przedmieścia. Przywitał nas kolega Anthonego, wraz z innym gościem z którym spędziliśmy resztę dnia. Prócz grania na konsoli, poszliśmy się zrelaksować w basenie położonym na dachu budynku z którego z oddali mieliśmy widok na centrum miasta. Wieczorem w końcu poznaliśmy Anthonego, który wrócił z innym gościem z wycieczki w Cameron Highlands. Zamieniliśmy z nim może parę słów i popędził z resztą ekipy na koncert Bruno Marsa. Mogliśmy w tym czasie odetchnąć i mieć czas dla siebie. Po koncercie jednak i tak na stole pojawiła się whisky. O poranku z lekko bolącymi głowami wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. Do Chinatown w poszukiwaniu butów dla Krzysia i spodni dla mnie a później do małej mieścinki Batu by zobaczyć święte hinduistyczne jaskinie. Do wejścia prowadziło 272 schody, a wspinaczkę rozpoczynało się mijając 42,7 metrową, złotą statuę boga Murungana. Po stromych schodach biegały małpy próbując każdego po kolei oskubać. Samo wnętrze jaskini już tak nie zachwycało i wypełnione było turystami i hindusami modlącymi się w dymie kadzideł. Wieczór poświeciliśmy na spotkanie ze sławnymi wieżami Petronas Towers w centrum Kuala Lumpur. Setki turystów próbowały sobie zrobić unikatowe selfie z wieżami w tle. Tuż za wieżami w przy hotelowym parku znów natknęliśmy się na pokaz świateł z fontannami w tle. Zachwyceni dniem wpakowaliśmy się do metra, gdzie panował arktyczny klimat i wróciliśmy do mieszkania Anthonego. Resztę czasu w Kuala Lumpur poświęciliśmy na dopracowanie szczegółów przed kolejnym lotem. Bilety, wiza i ostatnie zakupy. Chyba byliśmy gotowi na kolejną przygodę. Z dużym wyprzedzeniem dostaliśmy się na lotnisko i rozpoczęliśmy mozolny proces pakowania. Nadaliśmy bagaż i czekaliśmy jak na szpilkach na swój lot. Kolejny przystanek – Australia.

Singapur

Półtorej godziny nad półwyspem Malajskim, z pięknymi widokami wyłaniającymi się za chmur. Po prawej stronie mieliśmy Indonezję, a po lewej Singapur z portem pełnym statków towarowych.Nie zobaczyliśmy niestety legendarnej części lotniska, ale i tak robiło na nas wrażenie swoją czystością i architekturą. Zakupiliśmy swoją magiczną 3 dniową kartę na publiczny transport i pojechaliśmy do naszej coachsurfingowej gospodyni. Naczytaliśmy się o setkach zakazów i wysokich karach za błahe przewinienia trzymających multikulturowe społeczeństwo w ryzach. I faktycznie prawie wszędzie ten porządek był zachowany. Miasto wręcz idealne dla wszelkich czystościowych fanatyków. Nasza gospodyni nie wymagała wspólnego spędzania za sobą czasu więc wręczyła nam jedynie klucze do mieszkania, życzyła miłego zwiedzania i tyle ją widzieliśmy. Nie chcieliśmy marnować czasu więc od razu ruszyliśmy na miasto. Nasze żołądki pokierowały nas do Little India – dystryktu hinduskiego gdzie mogliśmy choć odrobinę poczuć ten klimat. Usadowiliśmy się w knajpce pełnej hindusów i zamówiliśmy to co widzieliśmy u innych na talerzach. Zaspokoiwszy swoje podniebienie wsiedliśmy do pierwszego lepszego dwupoziomowego busa i podziwialiśmy miasto już nie z poziomu chodnika. Pełno strzeżonych zamkniętych osiedli, równo przystrzyżone trawniki i domki jakby bezpośrednio wycięte z czasopism o nowoczesnym mieszkaniu. Wszystko idealnie zaprojektowane. Wykończeni pierwszymi wrażeniami wróciliśmy metrem do mieszkania na chwilę odetchnąć. Gdy nadszedł zmierzch wybraliśmy się pod jedne z głównych atrakcji Singapuru czyli Gardens by the bay z imponującej wielkości sztucznymi drzewami z idealnie dobranym kolorowym oświetleniem oraz charakterystyczny hotel Marina bay Sands z wielkim basenem na dachu. Położyliśmy się pod drzewami na trawie i podziwialiśmy co weekendowe widowisko w rytmie Gwiezdnych Wojen. Praktycznie wszystko w tym unikatowym mieście robiło na nas wrażenie. Kolejnego dnia najpierw metrem a potem z buta dotarliśmy na wyspę Sentosa czyli taki wielki Singapurski plac zabaw dla dorosłych i dzieci. Za jedyne 70 singapurskich dolarów można było wybrać się do parku rozrywki Universal Studios, zobaczyć podwodne życie w S.E.A Aquarium lub rzucić okiem na miasto z wysokości 131 metrów na Tiger Sky Tower. Spacerkiem przeszliśmy wzdłuż wszystkich atrakcji prosto do symbolu miasta w postaci pół lwa pół ryby i dalej na plaże Palawan. Jedynie woda tuż przy plaży nie była tak czysta jak się tego można by było spodziewać po Singapurze. Pełna pływających na powierzchni wodorostów nie zachęcała do kąpieli. Zwodzonym mostkiem przeszliśmy dalej do małej wysepki gdzie podobno znajdywał się najbardziej na południ wysunięty punkt kontynentalnej Azji. Bardzo naciągane biorąc pod uwagę,że to wyspa. Busem prosto z Sentosy wróciliśmy do mieszkania by podładować baterie. Wieczór poświęciliśmy na najpiękniejszy pokaz świateł jaki w życiu widzieliśmy. Tuż przy rzece obok centrum handlowego na tle fontann wyświetlane było widowiskowe przedstawienie. Kolorowe ptaki wraz z kwiatami, innymi obrazami oraz fontannami poruszały się w rytm muzyki tworząc magiczną całość wyglądem przypominającą hologram. Nadal urzeczeni spektaklem przeszliśmy się mostem na drugą stronę rzeki by podziwiać z oddali oświetlony hotel. Zasiedliśmy pod maskotką miasta Merlionem i podziwialiśmy miasto nocą.

Życie w dżungli

Zaraz po opuszczeniu pociągu czekały nas wszystkie procedury związane z przejściem granicy. Z pieczątką w paszporcie wyszliśmy na miasto. Od razu było widać, że to muzułmański kraj. Wszyscy w tradycyjnych strojach patrzeli się na nas z raczej przyjazną ciekawością. Usadowiliśmy się po środku wielkiego targu i obserwowaliśmy ludzi czekając na naszego kolejnego hosta. Finalnie podjechał po nas jego ojciec. W samochodzie wielkości tico zabrał nas do swojej przy uniwersyteckiej restauracji. Popularna w Malezji w formie bufetu z przepysznym jedzeniem do wyboru. Ugościł nas i przybliżył nieco swoją kulturę. Byli tradycyjną muzułmańską rodziną i poprzez couchsurfing chcieli oczyścić swoje dobre imię uświadamiając innych, że tak naprawdę są życzliwymi ludźmi a nie mordującymi się nawzajem zwierzętami jak to pokazują w telewizji za pomocą ISIS. Oczywiście mieli swoje tradycyjne sztuki walki o nazwie silat, z którymi nas potem zaznajomili, jednak wyglądało to dla nas bardziej jak teatralna sztuka. Żyli bardzo skromnie. Cała wieloosobowa rodzina mieszkała w jednym wielkim pokoju. Spaliśmy tak jak oni na ziemi z jedną różnicą w formie namiotu, który robił nam za moskitierę. Niedaleko ich chatki był park krajobrazowy Gua Kelam (Jaskinia Ciemności) z najpiękniejszą jaskinią jaką w życiu widzieliśmy. Głęboką na 370 metrów z bardzo wysokim stropem robiła mega wrażenie. Po drugiej stronie w dolinie Wan Tangga był piękny park z rzeką po środku i drugą równie piękną jaskinią. Wszystko to zobaczyliśmy za niecałą złotówkę bo tyle kosztował nas wstęp. Tak tanio, a miejsce praktycznie było pozbawione turystów. Zahiri nasz oficjalny host nie miał za wiele czasu dla nas, gdyż uczył małe dzieciaki sztuk walki ale i tak dowiedzieliśmy się wiele na temat ich tradycji i życia. Zaoferował się zawieźć nas na prom w Kuala Perlis i przy okazji pokazać meczet. W końcu mogliśmy zobaczyć muzułmańską świątynię od środka nie będąc wyznawcami. Podziękowaliśmy Zahiriemu i udaliśmy się na prom na wyspę Langkawi. Miejsca dla pasażerów były w środku, więc jedynie przez małe okienko podziwialiśmy niebieściutką wodę i wyrastające z niej małe wysepki. Na samej wyspie mało było nowoczesności. Wszystko bardziej wyglądało jakby pozostało w latach 90. Standardowo z buta ruszyliśmy do położonego jakieś 20 km dalej Pantai Cenang, jednak szybko przyciągnęliśmy wzrok bardzo miłej młodej kobiety, która specjalnie się zatrzymała i ochoczo podwiozła nas pod sam hostel. Mieścinka, a właściwie pełno straganów i sklepów rozstawionych wzdłuż jednej ulicy wyglądała podobnie jak nasze nadmorskie deptaki. Zaraz za główną drogą rozpościerała się plaża zastawiona wszelkim możliwym sprzętem przeznaczonym do wodnej rekreacji. Odeszliśmy dalej by tuż naprzeciw resortów cieszyć się ciepłą lazurową wodą. Żar lał się z nieba i człowiekowi ciężko było oddychać, a taka pogoda miała nam towarzyszyć przez najbliższe prawie dwa miesiące. Byliśmy umówieni z gościem, który prowadził na wyspie w dżungli małe spa a my mieliśmy być jego wolontariuszami. Po wymianie detali nagle przestał się odzywać i zaczynaliśmy już panikować, że zostaliśmy z niczym gdy nagle dał nam znać, że na nas czeka. Zabraliśmy nasze manatki i tyłki z hostelu i ze spokojem ducha poszliśmy przez wyspę w kierunku dżungli.

Zrobiliśmy prawie 10 km z buta. Prawie bo miły chińczyk zatrzymał się o zaoferował podwózkę. Na Langkawi to chyba normalne. W końcu dotarliśmy do naszego hosta. Eric okazał się niezbyt wymagającym, zabawnym gejem i jedyne czego od nas oczekiwał to wypełnianie zadań z prostej check listy. Mieliśmy karmić jego zwierzaki, sprzątać w spa i pokojach przeznaczonych na Airbnb. Po dwóch dniach wszystkie zadania zajmowały nam mniej niż 2 godziny z umówionych 4. Nasza sypialnia była w domku na drzewie, a codziennie po przebudzeniu mieliśmy widok na gęsty las deszczowy. Obserwowaliśmy z niego małpki skaczące z drzewa na drzewo, całą rzeszę różnistych ptaków, jakich nie widzieliśmy nigdzie indziej oraz wszelkie mniej lubiane przez nas robactwo. Był to czas prawdziwego lenistwa, a naszymi jedynymi kompanami były 3 psy, kot i wielki gekon mieszkający w naszym domku. Eric przyjeżdżał jedynie by zająć się klientami lub by przywieźć jedzenie dla psów, więc większość czasu byliśmy pozostawieni sami sobie. Do swojej dyspozycji mieliśmy dwa rowery i dogorywający skuter ale bez nich poruszanie się po wyspie było by raczej niemożliwe, gdyż wszędzie było bardzo daleko. Jak to bywa w Azji, taniej było nam się stołować we wsi u lokalsów niż samemu gotować więc po dwóch tygodniach już większość mieszkańców nas kojarzyła. Jedynie by uczcić Wielkanoc zrobiliśmy wyjątek gotując polski obiad.

Jedzenie było naprawdę wyśmienite, szczególnie u naszej pani jak ją nazywaliśmy, rodowitej Tajki. Bywaliśmy u niej dzień w dzień, a gdy wyjechała na wakacje to myśleliśmy, że będziemy głodować.
Każdy dzień wyglądał praktycznie tak samo. Pobudka, śniadanie, obowiązki, spacer do wsi na lunch, czas dla siebie, który przeważnie spędzaliśmy w domku na drzewie uciekając pod wiatrak przed skwarem. Potem ponowny spacer na kolację i ucieczka do domku tym razem przed krwiopijcami. Codziennej rutynie wtórował pięć razy dziennie głos modlitwy dobiegający z pobliskiego meczetu.

Oczywiście nudziło nam się strasznie i po obejrzeniu już całego Netflixa i zaplanowaniu reszty podróży nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. W weekendy wybieraliśmy się na wycieczki. Najczęściej do oddalonego o 10 km Pantai Cenang na plażę i żeby coś przegryźć. Zwiedziliśmy również północną część wyspy przez co prawie wyzionęliśmy ducha. Podjazdy były dosyć strome a na średniej jakości rowerach przy 35 stopniach było to wręcz ekstremalne, ale za to dotarliśmy do przepięknej plaży z widokiem na naszą ukochaną Tajlandię. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na plaży przy marinie by na spokojnie już położyć się na kocyku i dać odpocząć mięśniom. Pogoda szybko się zmieniła i z gór zeszła do nas burza. Gdzieś tam w oddali poburkiwała złowieszczo na nas zsyłając jedynie hektolitry wody. Staliśmy sobie więc bez wzruszenia pod drzewem pozwalając by deszcz po nas spływał. Po wszystkim ruszyliśmy w kierunku domu obserwując przepiękne obłoki pary, które oddawała ochłodzona dolina. Prawdziwie hipnotyzujący widok. Na wyspie pogoda zawsze zmieniała się bardzo szybko. Rano gdy wstawaliśmy piekło słońce a podczas pracy nagle słyszeliśmy spadający wodospad, który zwiastował ulewę. Spalona ziemia z zaskoczenia nie mogła przyjąć naraz tyle wody więc natychmiast wszelki płaski teren był zalewany. Raz nawet musieliśmy zabrać wszystkie zwierzaki do jednego z pokoi bo inaczej brodziły by po brzuszki w wodzie. Deszcz przynosił chwilową ulgę, lecz po chwili znów było duszno i wychodziło na wierzch wszelkie paskudztwo. Węże, wielkie pająki i co najgorsze kleszcze postanawiały wtedy na raz nas odwiedzić.

Czas bardzo się dłużył i odliczaliśmy już dni do ponownego wyruszenia w drogę. Tydzień przed wyjazdem naszą rutynę rozbili pierwsi goście Erika w jego Airbnb. Dwie Francuzki zostały z 3 dni by cieszyć się dżunglą, sensualnymi masażami i ćwiczeniami tai chi o poranku. Erik gotował im oczyszczające posiłki i organizował czas wolny. Mieliśmy szczęście na tym skorzystać wybierając się z nimi na zwiedzanie lasów mangrowych na pokładzie łodzi z przystankiem na jaskinie z tysiącem nietoperzy i rybią farmą gdzie zaprezentowano nam wszelkie gatunki lokalnych morskich stworów. Pod koniec wypłynęliśmy bardziej w pełne morze by podziwiać przepływającą rodzinę delfinów. Erik w swoim programie miał jeszcze jogę na plaży, więc my w tym czasie po całym dniu na słońcu schładzaliśmy się w morzu.
Zaraz po Francuzkach na samo Airbnb przyjechała Anna z Australii, z którą spędzaliśmy dość dużo czasu. Zasięgnęliśmy od niej wiele przydatnych informacji o tym co nas wkrótce będzie czekać. Była mega pozytywnie zakręcona i zdecydowanie urozmaiciła nam ostatnie dni w dżungli. Anna pojechała w końcu dalej w swoją stronę a Erik w nasz ostatni wieczór zabrał nas na przepyszną kolację do wioski rybackiej. Idealne pożegnanie Langkawi. Z samego rana Erik podrzucił nas na lotnisko. Podekscytowani przed kolejnym etapem podróży czekaliśmy na nasz lot. Lecimy dalej. Z tropikalnego lasu do miejskiej dżungli.

Wódka z bambusa

Molly wraz ze swoim chłopakiem przyjeli nas w swoim zalanym przez monsunową powódź ośrodku z bungalowami w naprawdę zjawiskowej sceneri tuż przy jeziorze. Próbowali doprowadzić wszystko do porządku i na nowo przyjmować gości a poprzez couchsurfing robili marketing miejsca umieszczając pełno zdjęć z gośćmi na facebooku. Większość czasu spędzaliśmy z jej szalonym chłopakiem, który pokazał nam lokalną sławną restaurację ze stolikami w formie małych domków na palach na rzece oraz wodospady chyba nawet ładniejsze niż te w Erewan. Użyczyli nam też swoich kajaków byśmy mogli zwiedzić pobliski zalany las mangrowy oraz połączone z nim jezioro. Piękne miejsce nieszczęśliwie zniszczone przez okropny żywioł.

Tajowie mają w zwyczaju zbierać się w grupach więc wpakowaliśmy się na pickupa razem z innymi dziesięcioma osobami z rodziny i znajomych Molly i pojechaliśmy piknikować w lesie. Miejsce przy wodospadzie było daleko w dżungli więc obładowani torbami z jedzeniem przemierzyliśmy najpierw rzekę, potem las i znów rzekę by dotrzeć do miejsca gdzie inna grupka Tajów juz rozpalała ognisko. Siedzieliśmy ze stopami zanurzonymi w rzece popijając drinki robione przez chłopaka Molly. Kobiety siedziały przy rzece z dziećmi a mężczyźni wokół ogniska żywnie rozmawiali zajadając się rybą i popijając czymś w rodzaju wódki. Byli bardzo zainteresowani naszą obecnością więc zaprosili nas do siebie częstując wódką z solą prosto z bambusa. Dobrze zadbali byśmy trzeźwi tej puszczy nie opuścili, na szczęście jazda powrotna na pace szybko oczyściła nasze umysły.

Podziękowaliśmy im serdecznie za te wszystkie atrakcje i po wspólnym śniadaniu podrzucili nas na busa do Hat Yai. Zostały nam ostatnie godziny w Tajlandi. Byliśmy już bardzo blisko granicy z Malezją a jednocześnie blikso niebezpiecznych południowych prowincji w których muzułmanie lubili sobie organizować zamachy. Pociągi jadące w tamtą stronę zamiast zwykłych strażnikówbyły obstawione prze policjantów z kałachami. Taki obraz Tajlandi chyba mało komu jest znany.

Wymieniliśmy grube pieniądze a resztę drobniaków wydaliśmy na zachcianki. Wpakowaliśmy sie do pociągu na granicę do Padang Besar i w duchu żegnaliśmy sie z naszym ukochanym krajem. Czekał nas kolejny.

Wietnamska rodzinka, Ninh binh i pożegnanie rakiety.

Przejechaliśmy przez zimne góry i wróciliśmy między pola ryżowe. Zaliczaliśmy kolejne wietnamskie miasteczka. Towarzyszył nam przeraźliwy ziąb i wszędobylska wilgoć, która wdzierała się nam nawet pod ubrania. Nie byliśmy czasem w stanie kontynuować jazdy, więc zostawaliśmy po drodze w super tanich hostelach gdzie za 15 złotych mieliśmy własny pokój z łazienką. Zazwyczaj przez pół dnia leżeliśmy pod kołdrą by dogrzać zmarznięte kości, a później z pokoju zwyczajnie wyganiał nas głód. Hue było jednym z takich miasteczek gdzie zostaliśmy dłużej. Dobre jedzonko, fajne ceny i rozgrzewający spacer po bagietki do supermarketu. Przeczekaliśmy słabą pogodę i ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze znaleźliśmy fantastyczne miejsce na nocleg. Rozbiliśmy swój namiot na szczycie wzgórza, z którego był oszałamiający widok na plażę w dole i rozpościerające się po horyzont morze. Droga na wzgórze prowadziła przez opuszczony resort gdzie odpadająca farba z posągowych delfinów wyglądała lekko upiornie. Zresztą jak cały teren choć widać było, że w latach swojej świetności musiało to być ciekawe miejsce.

W Thrung Hoi pod swój dach przyjęła nas wietnamska rodzinka. Byli to niesamowicie mili ludzie z którymi poznał nas chłopak z couchsurfingu, a który sam nie mógł nas przyjąć. Byli ludźmi proście żyjącymi i nie posiadali zbyt wiele, ale dawali za to całe swoje serca. Ugościli nas pysznymi potrawami i tradycyjna strasznie mocną wietnamską herbatą. Chcieli nam jak najwięcej opowiedzieć o swojej kulturze. Lan była nauczycielką angielskiego, więc nie mieliśmy problemu by się zrozumieć. Z jej mężem było nieco ciężej choć starał się jak tylko mógł by z nami pogadać. Mieli dwie przecudowne córeczki, które cały czas chciały się z nami bawić. Poczęstowali nas też balutem czyli nienarodzonym zarodkiem kaczki czego nie za bardzo mieliśmy ochotę spróbować. Patrzeliśmy tylko jak łapki małego zwierzaka znikały w małej buzi młodszej z córek.

Rozpoczął się Tet czyli wietnamski Nowy Rok. Lan z rodzinką postanowiła przybliżyć nam bardziej to święto i zabrali nas do świątyni na wzgórzu a potem na lokalny targ by pokazać drzewka z różowymi kwiatkami i pomarańczami tradycyjnie kupowanymi w tym czasie. Wybierali się na święta do rodziny za miasto, więc pożegnaliśmy się i życzyliśmy wszystkiego najlepszego.

Powoli wychodziło słońce i przyjemnie grzało nam w plecy. Krajobraz z zielonych pól ryżowych zmienił się na piaszczyste wydmy porośnięte iglastym lasem, które ciągnęły się po obu stronach drogi. Widok był hipnotyzujący tym bardziej, że nie zmieniał się przez wiele kilometrów. Po jakimś czasie zaczął wracać do normy, jedynie doszły wyłaniające się z mgły wzgórza. Dotarliśmy do Ninh Binha. Miejscowość swoją sławę zawdzięczała twórcom najnowszej wersji King Konga. To tutejsze wzgórza wyrastające z wody grały jedną z ról. Nasz hotel był jedynym wyższym budynkiem wśród licznych pól i gdy pod niego podjechaliśmy spytałam Krzysztofa czy to aby na pewno tutaj. Za jedyne 15 zł od osoby mieliśmy nocleg w eleganckim 2 gwiazdkowym hotelu z przemiłą, troszczącą się obsługą i pysznym śniadaniem w cenie. Normalnie kochamy Wietnam za te ceny. Najlepszy kraj dla takich podróżników jak my. Rozgościliśmy się wygodnie i zaczęliśmy planować pobyt. By rozprostować zastane kości przeszliśmy się na spacer do centrum miasteczka. Podobne było do wszystkich innych mijanych po drodze. Z zapachem palonego papieru i kadzidełek, drogami zalanymi skuterami i jesienna deszczową aurą. Na nasze szczęście deszczowe chmury ustąpiły niebieskiemu niebu i mogliśmy się wybrać na wycieczkę łódką przez ninhbińskie rzeki. Słychać było śpiew ptaków, dźwięk wioseł zanurzanych rytmicznie w wodzie i głos jazgoczących między sobą Niemek za naszymi plecami. Widoków dzięki bogu nikt nie zakłócał Rozkoszowaliśmy się otaczającym nas krajobrazem. Pomiędzy wzgórzami wybudowane były małe świątynie, do których można było dostać się tylko łódką a trasa do nich wiodła przez liczne jaskinie. Można było wybrać opcję ze zwiedzaniem tzw. Wyspy King Konga a mianowicie małej wysepki z postawionymi namiotami tipi i statystami ucharakteryzowanymi jak mieszkańcy wioski, w której byli bohaterowie filmu. My jednak woleliśmy eksplorować jaskinie. Kolacja w miasteczku zwieńczyła ten idealny walentynkowy dzień.

Zbliżał się koniec naszej przygody z Rakietą. Myśleliśmy by pojechać na niej jeszcze zwiedzić Zatokę Ha Long, lecz obawialiśmy się, że nie zdążymy jej wtedy sprzedać. Ruszyliśmy więc w kierunku Hanoi. Droga do stolicy była najgorszą jaką dotychczas przyszło nam jechać. Dziura na dziurze, bardzo wąska i cały czas prowadząca przez miasteczka przez co był ciągły gęsty ruch. W końcu udało nam się dotrzeć do miasta i nawet w tej plątaninie ulic udało nam się znaleźć nasz hostel. Bardzo nie rozgarnięci ludzie z recepcji w końcu zaprowadzili nas do pokoju ale na temat parkingu nie byli już w stanie nam pomóc. Po długich poszukiwaniach w końcu znaleźliśmy jeden z kilometr od hostelu. Parę dni wcześniej Krzysztof wrzucił naszą ofertę sprzedaży na grupę na facebooku i od tego czasu odbieraliśmy wiele wiadomości od zainteresowanych. Szybko niestety zmieniali zdanie więc liczyliśmy na 3 osoby z którymi się umówiliśmy. Zależało nam na szybkiej sprzedaży bo Hanoi nie miało nam nic ciekawego do zaoferowania a im bliżej Chin tym jedzenie było coraz gorsze, więc chcieliśmy stąd jak najszybciej uciekać. Umówiliśmy się z jednym Anglikiem. Przyszedł, pooglądał i powiedział, że wróci z pieniędzmi następnego dnia. Czuliśmy, że nie wróci i obawialiśmy się, że Rakiety nie sprzedamy. Gdy nasze humory były na skraju rozpaczy odezwała się do nas parka Serbów. Chcieli się spotkać tego samego wieczora. Poszliśmy na parking lekko wątpiąc w dobicie targu a szczególnie zwątpienie wzrosło gdy zobaczyliśmy jakiej są postury. Po szybkiej prezentacji i krótkiej przejażdżce zdecydowali się kupić. Rozpierające szczęście mieszało się z nutką żalu. Sprzedaliśmy nasze maleństwo. Zawdzięczaliśmy jej tyle wspaniałych przygód. Pożegnaliśmy się i bogatsi o 270 $ wróciliśmy do hostelu. Żegnaj nasz Rakieto!