Tag Archives: Camping

Spróbować surfingu

Opuściliśmy Rene i Julie po miesiącu i udaliśmy się autostopując z jakieś 800 km na północ do kolejnej mieścinki tuż przy wybrzeżu o nazwie Yepoon. Nasi nowi gospodarze byli mniej więcej w naszym wieku i szukali raczej duszy do zabawy niż pracowników. Oczywiście coś tam popracowaliśmy ale nie były to wymagające zadania, a większość czasu spędzaliśmy zabawie. Ich dom wypełniony był zdjęciami z podróży a część przy garażową mieli urządzoną typowo hostelowo. Piłkarzyki, bilard, basen i hamaki – wszystko to było do naszej dyspozycji. W nasz wolny weekend postanowili zabrać nas do malowniczego miejsca Five Rocks skąd rozpościerał się widok na pobliskie wysepki i podobno też można było zobaczyć wieloryba. W małej wiosce oddalonej 1h drogi od reszty cywilizacji i do której jedzie się przez wydmy, spędziliśmy wieczór przy ognisku i piwie. Z samego rana przy plaży długiej na 9 mil rozpoczęliśmy swoją pierwszą lekcję surfingu. W super zimnej wodzie pianka, którą mieliśmy na sobie pozwoliła nam przetrwać przez jakiś czas. Fale dla nas żółtodziobów były ogromne i pierwsze próby przynajmniej dla mnie kończyły się wypiciem hektolitrów słonej wody. Po jakimś czasie zaczynaliśmy jednak mieć z tego frajdę, nawet ślizgając się po falach jedynie na brzuchu lub kolanach. Po dwóch godzinach woda zwyczajnie wyssała z nas jakiekolwiek siły i nawet wyjście z powrotem na brzeg było nie lada wyzwaniem. Po wszystkim Marco i Kimberley zabrali nas niedaleko plaży by pokazać znak zakazujący kąpieli gdyż to miejsce jest zamieszkane przez krokodyle. Specjalnie zrobili to na sam koniec. Przynajmniej zaliczyliśmy swoją pierwszą lekcję surfingu własnie w Australii a, w drodze powrotnej widzieliśmy na plaży prawdziwego dzikiego żółwia, któremu pewni ludzie pomagali wrócić do oceanu.

Razem z Marco i jego podopiecznym (zajmował sie niepełnosprawnymi) wybraliśmy się do centrum Rockhampton, gdzie karmiliśmy przy pobliskim jeziorze pelikany, kaczki i małe żółwiki a potem zwiedziliśmy pobliskie zoo, które było kompletnie za darmo i równie ciekawe co sanktuarium w którym byliśmy wcześniej. Tydzień z Marco i Kimberly minął zdecydowanie za szybko. Na pożegnalną kolację ugotowaliśmy dla naszych gospodarzy i ich znajomych pyszne kotlety mielone z ziemniaczkami i posłuchaliśmy jak Marco wraz ze swoim zespołem trenuje przed koncertem. Porządnie się najedliśmy i odpoczęliśmy przed ciężkim dniem na drodze, który czekał nas za parę godzin.

Minutka na stopa…

Postanawiamy podładować własne baterie i robimy sobie dwu dniowy odpoczynek w słowackich górach na kampingu w Dolnym Kubinie. Rozwieszamy hamak i cały dzień odpoczywamy korzystamy z dostępu do Internetu, prądu, wody… no po prostu luksus jak na poprzednie surwiwalowe dni 🙂


W związku ze zmianą trasy niż wstępnie planowaliśmy, choć rzadko cokolwiek planujemy, postanawiamy po raz pierwszy powysyłać zaproszenia korzystając z couchsurfingu i tak oto decydujemy się ruszyć dalej w drogę przez Bratysławę.

Wstajemy rano, zbieramy nasze manatki żegnamy się z kotkiem naszym małym ochroniarzem i ruszamy łapać stopa. Po 20 minutach jedziemy na wylotówkę z Żiliny a tam…

Pierwszy raz trafiamy na kolejkę. Naszą miejscówkę obstawiła Słowacka para łapiąca stopa do Brna. Gdy usłyszeliśmy że łapią już od 45 minut miny nam trochę z rzedły, jednak patrząc na ich lichy malutki kartonik oraz na mapę gdzie widać było że Brno to z tej drogi tak średnio po drodze, postanawiamy działać. Użyczamy im swojej tablicy (karma wróci) i po 5 minutach łapią stopa.

Pora na nas, przekładamy plecaki stajemy z tabliczką i nie kończymy jeszcze układać ostatniego plecaka, kiedy zatrzymuję się matka z dzieckiem jadąca do Bratysławy.

– No nie wierze…

W ciągu minuty znajdujemy transport na ponad 200 km, a koniec w końcu jedziemy nawet dalej by zatrzymać się nad jeziorkiem na nocleg i kupić bilet (0,9 euro) by rano dostać się podmiejskim busem bezpośrednio pod zamek w Bratysławie.