Tag Archives: Bus

Balijskie wakacje

Azja powitała nas standardowo czyli masą naganiaczy z kurwikami w oczach na widok białego. My już jako azjatyccy weterani przeszliśmy obok nich bez wzruszenia, nawet gdy szli ciągle za nami nie robili już na nas żadnego wrażenia. Wylądowaliśmy po północy więc znów musieliśmy czekać do rana aż nasz pensjonat się otworzy. Najpierw padło na plażę w Kucie a potem deszcz wygonił nas do Mcdonaldu. Gdy przestało lać resztę czasu aż do zmierzchu spędziliśmy na obserwowaniu grupki Balijczyków obcinających drzewa z gałęzi. W pensjonacie padliśmy jak muchy i dopiero po południu dołączyliśmy do rzeki białych turystów przewalających się przez imprezową Kutę. Azja znów nas porwała. Ich pyszne jedzenie, atmosfera i kuszące ceny umiejętnie opróżniały nas portfel. Jak w Australi zaciskaliśmy pasa tak tutaj chodziliśmy obżarci jak bąki. W Kucie zostaliśmy tylko jeden dzień co uczciliśmy porządnym Bintangiem na plaży.

Załatwiliśmy sobie transport na jedną z podobno piękniejszych wysp w tym rejonie – Nusę Lembongan. Z samego rana gościu z agencji przyjechał nas odebrać i zawiózł prosto do przystani w Sanur skąd już szybką łodzią dopłynęliśmy na Nusę. Dobrze, że wzięłam wcześniej moje tabletki na chorobę morską bo przy wyjątkowo wzburzonym morzu było by ciężko. Wylądowaliśmy na malowniczej wysepce, oczywiście azjatycko zaśmieconej, ale za to widoki miała jedna z najlepszych jakie widzieliśmy podczas naszej podróży. Doczłapaliśmy do naszego kolejnego pensjonatu gdzie ugościli nas na wstępie mrożoną herbatą. Byśmy nie musieli się nudzić czekając na pokój zaproponowali nam nawet skuter za darmo dzięki czemu mogliśmy od razu rozejrzeć się po wyspie. Prócz żarciowni pojechaliśmy zobaczyć plażę. Od plaży biła taka jasność, że bez okularów praktycznie nie dało się tego wszystkiego oglądać. Woda miała kolor przechodzący z jasnego zielonego przez turkusowy do niebieskiego, a przy samym brzegu wyglądała jak mleko. Nie mogliśmy się doczekać by wskoczyć do tej cudownej wody. Tym razem poszliśmy tylko zanurzyć nogi. Nawet nie zdążyłam wejść do wody jak Krzyś już zdążył wrócić z krwawiącą stopą. Dostał jedną z cegłówek w postaci korala, których było pełno w tej pięknej zwodniczej wodzie. Później na mieście widzieliśmy pełno pobandażowanych turystów, a przy odpływie zobaczyliśmy sprawcę w całej okazałości. Wyspa wraz z jej sąsiadującą siostrą Nusą Ceningan dostarczały niezapomnianych widoków. Lazurowa woda z buzującą białą pianą po rozbiciu o skały robiły za dodatkowe widowisko. Na skuterze objechaliśmy wszystkie ciekawe miejsca raz dwa przy okazji spalając się na skwarki. W wieczór przed powrotem na Bali, przeszliśmy się ostatni raz na spacer po plaży. I tak jak przez cały nasz pobyt tutaj Bali było ciągle zachmurzone to tego wieczoru przewiało wszystkie chmury i naszym oczom ukazał się wulkan Agung. Z rana znów poobijaliśmy się szybką łódką na falach i pojechaliśmy do super turystycznego Ubud.

Miasteczko było wręcz zalane przez turystów z całego świata. Z miejsca gdzie wyrzucił nas kierowca mieliśmy z kilometr do naszego guesthouse’u, więc idąc spacerkiem mogliśmy się przyjrzeć na spokojnie okolicy. Wchodząc wprost z ulicy na teren ośrodka mieliśmy wrażenie jakbyśmy weszli do Narni. Przed nami ukazał się wielki gęsty ogród z własną świątynią i podestem wyłożonym poduszkami gdzie mieliśmy spożywać nasze śniadania. Nasz pokój był bardzo podstawowy ale otoczenie nadrabiało za to w nadmiarze. Po chwili wytchnienia wybraliśmy się na spacer po Ubud. Wylądowaliśmy w jednej z przydrożnych knajpek na standardowym nasi goreng czyli smażonym ryżu z warzywami. Dalej, pełne energii nogi poniosły nas w górę gdzie wspięliśmy się by zobaczyć balijskie pola ryżowe w formie tarasów. Widok nas kompletnie pozytywnie zaskoczył. Dodatkowo powoli zachodzące słońce nadało temu miejscu wyjątkowy klimat. Po środku tarasów znaleźliśmy małą uroczą knajpkę gdzie za śmieszne pieniądze rozkoszowaliśmy się widokiem przy smażonym ryżu i mrożonej herbacie. Byliśmy w szoku, że w takim miejscu nie kasują jak za zboże i nie jest zalane turystami. Następnego dnia obudziliśmy się pogryzieni przez jakieś paskudztwo. Nie wiedzieliśmy czy to było coś co przywieźliśmy ze sobą z poprzedniego miejsca czy żyło już w naszej aktualnej pościeli. Krzysztof wyglądał jakby przechodził ospę bo miał kropkę na kropce. Ja na szczęście aż tak nie ucierpiałam. Przeszukaliśmy cały pokój ale nie znaleźliśmy żadnego śladu jakiegokolwiek robaczka, a ewidentnie nie były to ślady po komarach. Cóż, raj trochę stracił na swoim uroku. Mieliśmy jednak dalej ochotę by go eksplorować. Poszliśmy do jednego ze sławniejszych miejsc w Ubud czyli do Lasu Małp. Mimo wielu turystów można było tutaj odpocząć od zgiełku ulicy i zobaczyć świątynie poukrywane w lesie, no i oczywiście wszędzie chodzące małpy. Wieczór zleciał nam w jednej z naszych ulubionych knajpek w towarzystwie Caroline i Kevina, z którymi poznaliśmy się podczas naszego workaway’a w Australii, a którzy tez akurat przylecieli na Bali. Tak jak my byli już ponad rok w podróży i mimo bariery językowej (byli Francuzami i angielski nie był ich mocną stroną) miło spędziliśmy czas przy piwie wspominając doświadczenia z Australii.

Przenieśliśmy się na obrzeża Ubud do innego pensjonatu by mieć bliżej do reszty atrakcji. Wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy zobaczyć świątynie Goa Gajah, gdzie mogliśmy wypróbować nasze wcześniej na targu zakupione tradycyjne sarongi. Cały kompleks wyglądał bardzo ciekawie. Stare, kamienne bloki idealnie współgrały z intensywnie zieloną roślinnością. Sama jednak jaskinia robiła wrażenie jedynie z zewnątrz. Prosto z Goa Gajah pojechaliśmy przez malownicze wioski na wodospad Tegenungan. Mieliśmy nadzieję na kąpiel, niestety z racji pory deszczowej było to zakazane, ale i tak nacieszyliśmy oko cudowną naturą. Dzień kolejny tez zakładał wycieczkę rowerową jedynie bardziej zaawansowaną. Po licznych zjazdach i wjazdach, przerwie na zimną herbatkę, zawale serca i znów paru zjazdach i podjazdach w końcu dotarliśmy do świątyni Gunung Kawi Sebatu. Ubrani w sarongi mogliśmy się wczuć w klimat świątyni obserwując jak jakaś mniszka dokonuje tradycyjnych obrządków na wpół zanurzonych w świętej wodzie wiernych. Po chwili przenieśliśmy się nad pokaźny staw pełen ryb i relaksowaliśmy się rzucając im jedzenie. Ruszyliśmy do kolejnej ze świątyń. W świątyni Tirta Empul wierni i turyści mogli przejść rytualne obmycie na bardziej masową skalę. W dwóch wielkich basenach ludzie w sarongach obmywali sobie głowy w wodzie wylatującej ze specjalnych otworów w murze. Niektórzy ofiarowali bogom specjalne wianki, które wcześniej widzieliśmy wszędzie porozkładane na ulicach. Po chwili namysłu też wpakowałam się do wody, nie tyle co dla jakiegoś duchowego przeżycia co by po prostu się schłodzić. Gdy dojechaliśmy do kolejnej ze świątyń Pura Gunung Kawi i tak już byłam cała sucha. Jedynie sarong puścił trochę farby przez co miałam całe niebieskie ręce. Wróciliśmy do pokoju kompletnie wypompowani i po obejrzeniu jednego odcinka Vikingów poszliśmy spać. Nie dane nam jednak było się wyspać bo gdzieś koło 11 w nocy obudził nas silny wstrząs. Na Lomboku (wyspie obok) znów było trzęsienie ziemi i odczuliśmy je bardzo wyraźnie. Wszystko zaczęło skrzypieć, psy ujadały więc po sekundzie zerwaliśmy się z łóżek i wyszliśmy na zewnątrz. Po chwili przestało. Byliśmy w szoku, ale wróciliśmy z powrotem do łóżek. Przez resztę nocy zahuśtało nam jeszcze z parę razy. Z samego rana zabraliśmy nasze manatki i poszliśmy spróbować znaleźć bemo czyli lokalny tani busik który zawiezie nas do Denpasar a potem do portu w Gilimanuk skąd już promem na Jawę. Po długich negocjacjach w końcu udało się Krzysiowi zejść z ceny choć i tak dalej zapłaciliśmy turystyczną kwotę. Potem przeskoczyliśmy do jeszcze innego bemo by w końcu dotrzeć na terminal w Denpasar. Zostało nam tylko jeszcze spędzić z 3 godziny w ścisku z lokalsami dostając co jakiś czas dymem z fajki po twarzy, jednocześnie pilnując by żadne z naszych bagaży nie wypadło przez wiecznie otwarte drzwi busika. Lekko wygniecieni dotarliśmy do portu w Gilimanuk. Po drugiej stronie cieśniny balijskiej widzieliśmy już Jawę. Zakupiliśmy bilety i umieściliśmy się na górnym pokładzie starego zardzewiałego promu. Po chwili machaliśmy na pożegnanie wyspie Bali patrzac z ciekawością do przodu w strone Jawy.

„Kambodża taka biedna”. Czy aby na pewno?

Z Sieam Reap chcieliśmy się przedostać do stolicy Kambodży Phnom Phen w celu wyrobienia wizy do Wietnamu. Raz udając się na obiad, przechodziliśmy obok agencji turystycznej prowadzonej przez miłego pana bez zęba a, że poczuliśmy iż nas nie wyroluje to kupiliśmy u niego bilety. W umówiony dzień podeszliśmy z bagażami pod jego agencję, skąd już tuktukiem zabrali nas do właściwego busa. Pierwszy raz mieliśmy jechać sypialnianym busem. Podobno jedni chwalą, inni zaś narzekają. Tak też było z nami. Krzyś się wyspał a nie wszystko bolało i już nigdy do takiego busa nie wsiądę.

Dotarliśmy do Phnom Phen o 5 rano. Dworzec autobusowy był w jakimś garażu w ciemnej uliczce i jak tylko wysiedliśmy zaatakowali nas tuktukarze. Szybko się stamtąd zmyliśmy. Idąc nad rankiem przez miasto widzieliśmy jak budzi się do życia. Ludzie uprawiali jogging, stetching i inne tai-chi. Rozkładali swoje kramiki i pichcili smakowitości. Przemierzaliśmy uliczki w poszukiwaniu internetu by zgadać się z naszym kolejnym hostem Thomasem – Nigeryjczykiem od lat uczącym angielskiego dzieci w Kambodży. Przy okazji dorwaliśmy na targu nasze ukochane churosy, które ze smakiem zjedliśmy oglądając wschodzące słońce nad Mekongiem.

Dotarliśmy do Thomasa wykończeni słońcem i brakiem snu. Siedzieliśmy z godzinę pod jego balkonem czekając, aż wróci z pracy a okazało się, że cały czas był w mieszkaniu. Musiał iść na zajęcia ze studentami, więc zostawił nas samych w chłodnym mieszkaniu. Schłodziliśmy się dodatkowo prysznicem i jak muchy padliśmy śpiąc prawie do jego powrotu. Ugościł nas tradycyjną afrykańską potrawą czyli rybą z ryżem w ciekawym sosie, którą też tradycyjnie zjedliśmy rękami. Thomas opowiadał nam o swoim życiu w Kambodży i o tym jak bardzo tęskni za swoją nigeryjską żoną. Większość czasu i tak spędzał w pracy więc mieliśmy czas by zwiedzić stolicę. Widząc potężne rządowe gmachy, dokładnie wystrzyżone skwery i neony z wodospadem na budynku ze złotą fasadą, a potem salony samochodowe z ferrari i porsche zastanawialiśmy się gdzie ta biedna Kambodża na którą liczne organizacje zbierają wielkie pieniądze? Czuliśmy się jak w Europie a nie kraju trzeciego świata.

W między czasie udaliśmy się do wietnamskiej ambasady, gdzie po wypisaniu potrzebnych świstków i uiszczeniu opłaty wzieli nasze paszporty by na następny dzień oddać już z wbitą wizą. Z paszportami przenieśliśmy się na jeszcze jedną noc do hostelu. Próbowaliśmy znaleźć lokalnego przewoźnika, który zabrał by nas bezpośrednio do Sajgonu, ale finalnie nie mieliśmy za bardzo zaufania do zwykłych busów więc postawiliśmy na transport oferowany nam w hostelu. Hostel nasz był piętrowy a nasz pokój był na samej górze, gdzie z balkonu rozpościerał się widok na towarzyskie centrum Phnom Phen. Wieczorem ze wszystkich stron błyskały neony i dudniła muzyka. Normalnie jak w Europie. Rano po śniadaniu (standardowo churosy) podjechał po nas i jeszcze dwie panie tuktukarz. Okazało się, że Polki i to te same, które dzień wcześniej spotkaliśmy na jednej z uliczek. Dwie przyjaciółki – dwa różne charaktery. Jedna mieszkała w Australi, a druga w Polsce. Pierwsza była bardziej młodzieżowa, mimo 60 na karku i podziwiała nas za to co robimy, druga zaś wszystko widziała w czarnych barwach i negatywnie wypowiadała się prawie na każdy temat. Typowa stara zmierzła baba. Nikt w końcu jej nie chciał słuchać i po chwili każdy odwrócił się w swoją stronę. Jechaliśmy z nimi do samego Sajgonu. Po przejściach w Poipet byliśmy przygotowani chyba na wszystko przekraczając wietnamską granicę. Z 10 km przed granicą kierowca zjechał pod wielką jadłodajnie na jakieś 30 minut przerwy. Nic nie zamówiliśmy bo i tak raczej ciężko było by się dogadać bez pisma obrazkowego. Kręciliśmy się wokół mając cały czas autokar na oku. Spodziewaliśmy się wszystkiego, ale na szczęście gdy wszyscy pojedli ruszyliśmy dalej. Gościu zawiadujący wszystkim zaczął zbierać nam paszporty. Już włączyła nam się czerwona lampka, choć wszyscy spokojnie je oddawali. Dojechaliśmy do granicy. Opuściliśmy autokar zabierając swoje bagaże i udaliśmy się do pierwszego budynku, gdzie je nam przeskanowali. Dostaliśmy z powrotem nasze paszporty z już wbitą wyjazdową pieczątką z Kambodży. Jeszcze stanęliśmy tylko przed obliczem wietnamskiego urzędnika i z kolejną pieczątką wróciliśmy do busa. Jeszcze parę godzin i będziemy w Sajgonie. Kolejna granica za nami i to całkiem bezboleśnie.