Tag Archives: Azja

Pierwsze wejście w mroku

Dobiliśmy brzegu wyspy Jawa. Szybkim krokiem przeszliśmy przez grupkę naganiaczy, aż dotarliśmy do głównej drogi. Ponownie musieliśmy znaleźć tanie bemo do miasta Banyuwangi, bo oczywiście fakt, że port jest w Banyuwangi to nie znaczy, że jest on w mieście. Po jakimś czasie znaleźliśmy kierowcę który nas nie oszwabi i dotarliśmy do miasta. Powolutku dreptaliśmy sobie w kierunku naszego hostelu przy okazji zatrzymując się w jednej z niewielu rozsądnie wyglądających knajpek by w końcu zjeść nasz pierwszy posiłek tego dnia (a była już 15). Nasz hostel był dość oddalony od ścisłego centrum, więc już pierwszego dnia zdążyliśmy miasto zwiedzić.

Naszym główny celem był jednak wulkan Ijen. Wulkan wznoszący się na wysokość 2799 m n.p.m. z najwyżej położonym kwasowym jeziorem na świecie. W internecie znaleźliśmy korzystną ofertę transportu pod wulkan w jednym z hosteli i od razu wybraliśmy się do nich by dobić targu. Podekscytowani próbowaliśmy się jeszcze przespać przed trekkingiem. Kierowca mini vanem podjechał po nas około północy już z inną parką w środku. Jechaliśmy przez prawie puste miasto. Później trasa zaczęła prowadzić pod górę i krętymi drogami wjeżdżaliśmy pod wejście do parku narodowego. Tak jak wcześniej nam powiedziano na górze było dość zimno, więc poubieraliśmy się, wręczone zostały nam maski przeciwgazowe i latarki i ruszyliśmy za przewodnikiem w górę. Szaleniec pędził na złamanie karku a wszyscy pobiegli za nim zostawiając nas w tyle. Nie przyjechaliśmy tutaj na jakieś wyścigi tylko żeby cieszyć się chwilą, więc szliśmy pasującym dla nas tempem. Turystów wchodzących w tym samym czasie co my było dziesiątki. Wchodząc w górę, za sobą i przed widzieliśmy tylko świecące lampy latarek, jedna za drugą jak na choince. Nadawało to całej wspinaczce pewną magiczną atmosferę. W końcu zbliżyliśmy się do krateru i samodzielne oddychanie bez maski stało się niemożliwe. Wielkie kłęby siarkowego pyłu otuliły nas i pokryły nasze ubrania i skórę. Dotarliśmy do skraju krateru skąd czekała nas mozolna wędrówka w dół. Było ślisko i bez dobrej widoczności dość niepewnie. Dym wydobywał się z jednego punktu w kraterze, gdzie też skupiał się cały żółty kryształ siarki, a tuż obok nad malutkim kraterem unosił się niebieski ogień. Wyglądał jak płomień z gazowej zapalniczki i w tak dużej ilości robił wrażenie. W głębi krateru podobno rozpościerało się dość sporej wielkości jezioro, lecz po ciemku byliśmy w stanie zobaczyć tylko brzeg czarnej otchłani z siarką leżącą wzdłuż i oparami unoszącymi się nad jeziorem. Czytaliśmy wcześniej o robotnikach którzy pracują tu w tych piekielnych warunkach wydobywając siarkę, ale jedynie widzieliśmy paru, którzy sprzedawali figurki z siarki i pozowali do zdjęć. Był to dzień świąteczny więc może reszta miała po prostu wolne? Zbliżał się świt i musieliśmy zdążyć na wschód słońca, a idąc z maską na twarzy wspinaczka z powrotem na górę do najłatwiejszych nie należała. Gdy dotarliśmy na szczyt już było jasno. W końcu mogliśmy zobaczyć jak wygląda wnętrze w całej swojej okazałości. Jezioro miało przepiękny turkusowy kolor a wstające słońce pomalowało szczyty sąsiednich wulkanów na różowo i fioletowo. Widok ze szczytu Ijena zapierał dech w piersiach. Po chwili siarkowy dym zgęstniał i przysłonił wszystkie widoki co dało nam też znak, że trzeba wracać. Teraz mogliśmy zobaczyć naszą nocną trasę za dnia i spokojnie zejść bez użycia maski. Na parkingu czekał nasz kierowca i o dziwo nasza grupa przyszła długo po nas. Wycieczka miała w planie jeszcze wodospad, ale zgodnie z drugą parą zdecydowaliśmy, iż jesteśmy tak śpiący i zmęczeni, że jedyne o czym marzymy to łóżko. No i oczywiście prysznic by zmyć z siebie cuchnącą siarkę. Byliśmy zmęczeni lecz było to zmęczenie najlepsze z możliwych. Nocne wejście na wulkan było kolejnym z niesamowitych doświadczeń w naszej podróży i zobaczyliśmy tym samym najlepsze co wyspa Jawa ma do zaoferowania.

Z samego rana panowie z hostelu podrzucili nas wraz z innymi turystami do portu. W przeciwieństwie do reszty my skierowaliśmy swoje kroki w stronę dworca kolejowego. Wydrukowaliśmy wcześniej zakupiony bilet i czekaliśmy na swój pociąg w klimatyzowanej hali indonezyjskich kolei. Przyjechała nasza maszyna i zaskoczyła nas swoją czystością. Co chwilę chodzili sprzątacze oraz stewardzi (tak! jak w samolocie) którzy sprzedawali napoje i przekąski. Można było nawet dostać ciepły posiłek. Wszystko było by pięknie, gdyby nie klima włączona na fula. Po 7 godzinach już z bolącymi od siedzenia tyłkami wkulaliśmy się na stacji w Surabaya. Mieliśmy tutaj zarezerwowany najdroższy w naszej podróży hostel ale zarazem dość unikatowy. Łóżka znajdowały się w drewnianych boksach z zasuwaną kotarą, poustawianych jeden na drugim. Były tez boksy gdzie mieściły się po dwie osoby. Nietypowo ale o dziwo bardzo wygodnie. Po wypoczętej nocy mieliśmy siłę by chodzić po mieście i zabijać czas w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Przy okazji szukania sklepu widzieliśmy przejeżdżający pociąg przez centrum handlowe. Normalnie w wielkim molochu, pomiędzy oknami był tunel dla pociągów. Wieczorem wsiedliśmy w nasz nocny pociąg do Dżakarty. Na miejscu, dojeżdżając do miasta widzieliśmy prawdziwe slumsy. Ciągły się kilometrami i wyglądały jakby ludzie mieszkali wśród wysypisk śmieci. Szliśmy z buta przez miasto, wychodząc z dzielnic nędzy w stronę wielkich parków i skwerów. Akurat w Dżakarcie odbywały się Azjatyckie Igrzyska Olimpijskie i wszędzie pełno było plakatów prezentujących maskotki imprezy oraz odbywały się związane z tym pokazy. Na jeden z takich natrafiliśmy przypadkiem szukając wieczorem, czegoś do jedzenia. W parku, którego głównym punktem był Monas czyli wysoka wieża tuż przy Muzeum Narodowym, była masa ludzi, pełno żarciowni i znowu masa ludzi. Napełniliśmy brzuszki i poszliśmy się przejść po parku, gdzy zaczęła się jedna z projekcji właśnie wyświetlana na owej wieży. Po odpoczywaliśmy na trawie i zwinęliśmy się do hostelu by następnego dnia ruszyć na zwiedzanie Muzeum. Poszliśmy kupić bilety. Gdy już udało nam się dotrzeć do wejścia po za pozowaniu do jakiś 10 selfie okazało się, że teraz jest przerwa ale bilety możemy kupić i wrócić później. Zaprzyjaźniliśmy się z gościem, który zawiadywał kolejką i upewniliśmy się, że mamy właściwe bilety. Po 19 wróciliśmy i weszliśmy do środka. Po odstaniu w kolejce by wjechać na szczyt Monasu okazało się, że nasze bilety się nie zgadzają. Klasyczny scam, ale o dziwo gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski to nas przepuścili dalej. Holendrzy za nami już takiego szczęścia nie mieli i odesłali ich z kwitkiem. Wjechaliśmy windą na górę skąd rozpościerał się widok na miasto. Najbardziej w oczy rzucał się Wielki Meczet Istiqlal, podobno największy meczet w Południowo-Wschodniej Azji. Obeszliśmy iglicę dookoła i po obejrzeniu modelarskiej dioramy i historii Indonezji już wiedzieliśmy dlaczego Holendrów nie puścili dalej. Trzeba ich było nie najeżdżać w przeszłości. Została nam do zobaczenia jeszcze Dżakarcka plaża, więc z rana wsiedliśmy w lokalny busik i dotarliśmy do plaży tuż przy parku rozrywki Ancol. Trochę pobłądziliśmy bo aplikacja maps me nie do końca działa w Azji, ale w końcu dotarliśmy. Plaża była wyjątkowo czysta a woda ciepła. Ludzie się kąpali a nawet uprawiali windsurfing. My jedynie pobrodziliśmy nogami w wodzie zwiedzając całą plażę. Stąd z daleka widać było jak chmura zanieczyszczeń połyka wieżowce w dalszej części miasta. Słońce mimo, że też było za tą chmurą to i tak paliło skórę. Znaleźliśmy kolejny lokalny rozklekotany busik i wróciliśmy do siebie. Znów trzeba było się pakować i jechać dlaej. Przez gęsto zanieczyszczoną Dżakartę przejechaliśmy specjalnym busem na lotnisko i pożegnaliśmy się z Indonezją. Jeszcze parę godzin i witaj ponownie Kuala Lumpur.

Balijskie wakacje

Azja powitała nas standardowo czyli masą naganiaczy z kurwikami w oczach na widok białego. My już jako azjatyccy weterani przeszliśmy obok nich bez wzruszenia, nawet gdy szli ciągle za nami nie robili już na nas żadnego wrażenia. Wylądowaliśmy po północy więc znów musieliśmy czekać do rana aż nasz pensjonat się otworzy. Najpierw padło na plażę w Kucie a potem deszcz wygonił nas do Mcdonaldu. Gdy przestało lać resztę czasu aż do zmierzchu spędziliśmy na obserwowaniu grupki Balijczyków obcinających drzewa z gałęzi. W pensjonacie padliśmy jak muchy i dopiero po południu dołączyliśmy do rzeki białych turystów przewalających się przez imprezową Kutę. Azja znów nas porwała. Ich pyszne jedzenie, atmosfera i kuszące ceny umiejętnie opróżniały nas portfel. Jak w Australi zaciskaliśmy pasa tak tutaj chodziliśmy obżarci jak bąki. W Kucie zostaliśmy tylko jeden dzień co uczciliśmy porządnym Bintangiem na plaży.

Załatwiliśmy sobie transport na jedną z podobno piękniejszych wysp w tym rejonie – Nusę Lembongan. Z samego rana gościu z agencji przyjechał nas odebrać i zawiózł prosto do przystani w Sanur skąd już szybką łodzią dopłynęliśmy na Nusę. Dobrze, że wzięłam wcześniej moje tabletki na chorobę morską bo przy wyjątkowo wzburzonym morzu było by ciężko. Wylądowaliśmy na malowniczej wysepce, oczywiście azjatycko zaśmieconej, ale za to widoki miała jedna z najlepszych jakie widzieliśmy podczas naszej podróży. Doczłapaliśmy do naszego kolejnego pensjonatu gdzie ugościli nas na wstępie mrożoną herbatą. Byśmy nie musieli się nudzić czekając na pokój zaproponowali nam nawet skuter za darmo dzięki czemu mogliśmy od razu rozejrzeć się po wyspie. Prócz żarciowni pojechaliśmy zobaczyć plażę. Od plaży biła taka jasność, że bez okularów praktycznie nie dało się tego wszystkiego oglądać. Woda miała kolor przechodzący z jasnego zielonego przez turkusowy do niebieskiego, a przy samym brzegu wyglądała jak mleko. Nie mogliśmy się doczekać by wskoczyć do tej cudownej wody. Tym razem poszliśmy tylko zanurzyć nogi. Nawet nie zdążyłam wejść do wody jak Krzyś już zdążył wrócić z krwawiącą stopą. Dostał jedną z cegłówek w postaci korala, których było pełno w tej pięknej zwodniczej wodzie. Później na mieście widzieliśmy pełno pobandażowanych turystów, a przy odpływie zobaczyliśmy sprawcę w całej okazałości. Wyspa wraz z jej sąsiadującą siostrą Nusą Ceningan dostarczały niezapomnianych widoków. Lazurowa woda z buzującą białą pianą po rozbiciu o skały robiły za dodatkowe widowisko. Na skuterze objechaliśmy wszystkie ciekawe miejsca raz dwa przy okazji spalając się na skwarki. W wieczór przed powrotem na Bali, przeszliśmy się ostatni raz na spacer po plaży. I tak jak przez cały nasz pobyt tutaj Bali było ciągle zachmurzone to tego wieczoru przewiało wszystkie chmury i naszym oczom ukazał się wulkan Agung. Z rana znów poobijaliśmy się szybką łódką na falach i pojechaliśmy do super turystycznego Ubud.

Miasteczko było wręcz zalane przez turystów z całego świata. Z miejsca gdzie wyrzucił nas kierowca mieliśmy z kilometr do naszego guesthouse’u, więc idąc spacerkiem mogliśmy się przyjrzeć na spokojnie okolicy. Wchodząc wprost z ulicy na teren ośrodka mieliśmy wrażenie jakbyśmy weszli do Narni. Przed nami ukazał się wielki gęsty ogród z własną świątynią i podestem wyłożonym poduszkami gdzie mieliśmy spożywać nasze śniadania. Nasz pokój był bardzo podstawowy ale otoczenie nadrabiało za to w nadmiarze. Po chwili wytchnienia wybraliśmy się na spacer po Ubud. Wylądowaliśmy w jednej z przydrożnych knajpek na standardowym nasi goreng czyli smażonym ryżu z warzywami. Dalej, pełne energii nogi poniosły nas w górę gdzie wspięliśmy się by zobaczyć balijskie pola ryżowe w formie tarasów. Widok nas kompletnie pozytywnie zaskoczył. Dodatkowo powoli zachodzące słońce nadało temu miejscu wyjątkowy klimat. Po środku tarasów znaleźliśmy małą uroczą knajpkę gdzie za śmieszne pieniądze rozkoszowaliśmy się widokiem przy smażonym ryżu i mrożonej herbacie. Byliśmy w szoku, że w takim miejscu nie kasują jak za zboże i nie jest zalane turystami. Następnego dnia obudziliśmy się pogryzieni przez jakieś paskudztwo. Nie wiedzieliśmy czy to było coś co przywieźliśmy ze sobą z poprzedniego miejsca czy żyło już w naszej aktualnej pościeli. Krzysztof wyglądał jakby przechodził ospę bo miał kropkę na kropce. Ja na szczęście aż tak nie ucierpiałam. Przeszukaliśmy cały pokój ale nie znaleźliśmy żadnego śladu jakiegokolwiek robaczka, a ewidentnie nie były to ślady po komarach. Cóż, raj trochę stracił na swoim uroku. Mieliśmy jednak dalej ochotę by go eksplorować. Poszliśmy do jednego ze sławniejszych miejsc w Ubud czyli do Lasu Małp. Mimo wielu turystów można było tutaj odpocząć od zgiełku ulicy i zobaczyć świątynie poukrywane w lesie, no i oczywiście wszędzie chodzące małpy. Wieczór zleciał nam w jednej z naszych ulubionych knajpek w towarzystwie Caroline i Kevina, z którymi poznaliśmy się podczas naszego workaway’a w Australii, a którzy tez akurat przylecieli na Bali. Tak jak my byli już ponad rok w podróży i mimo bariery językowej (byli Francuzami i angielski nie był ich mocną stroną) miło spędziliśmy czas przy piwie wspominając doświadczenia z Australii.

Przenieśliśmy się na obrzeża Ubud do innego pensjonatu by mieć bliżej do reszty atrakcji. Wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy zobaczyć świątynie Goa Gajah, gdzie mogliśmy wypróbować nasze wcześniej na targu zakupione tradycyjne sarongi. Cały kompleks wyglądał bardzo ciekawie. Stare, kamienne bloki idealnie współgrały z intensywnie zieloną roślinnością. Sama jednak jaskinia robiła wrażenie jedynie z zewnątrz. Prosto z Goa Gajah pojechaliśmy przez malownicze wioski na wodospad Tegenungan. Mieliśmy nadzieję na kąpiel, niestety z racji pory deszczowej było to zakazane, ale i tak nacieszyliśmy oko cudowną naturą. Dzień kolejny tez zakładał wycieczkę rowerową jedynie bardziej zaawansowaną. Po licznych zjazdach i wjazdach, przerwie na zimną herbatkę, zawale serca i znów paru zjazdach i podjazdach w końcu dotarliśmy do świątyni Gunung Kawi Sebatu. Ubrani w sarongi mogliśmy się wczuć w klimat świątyni obserwując jak jakaś mniszka dokonuje tradycyjnych obrządków na wpół zanurzonych w świętej wodzie wiernych. Po chwili przenieśliśmy się nad pokaźny staw pełen ryb i relaksowaliśmy się rzucając im jedzenie. Ruszyliśmy do kolejnej ze świątyń. W świątyni Tirta Empul wierni i turyści mogli przejść rytualne obmycie na bardziej masową skalę. W dwóch wielkich basenach ludzie w sarongach obmywali sobie głowy w wodzie wylatującej ze specjalnych otworów w murze. Niektórzy ofiarowali bogom specjalne wianki, które wcześniej widzieliśmy wszędzie porozkładane na ulicach. Po chwili namysłu też wpakowałam się do wody, nie tyle co dla jakiegoś duchowego przeżycia co by po prostu się schłodzić. Gdy dojechaliśmy do kolejnej ze świątyń Pura Gunung Kawi i tak już byłam cała sucha. Jedynie sarong puścił trochę farby przez co miałam całe niebieskie ręce. Wróciliśmy do pokoju kompletnie wypompowani i po obejrzeniu jednego odcinka Vikingów poszliśmy spać. Nie dane nam jednak było się wyspać bo gdzieś koło 11 w nocy obudził nas silny wstrząs. Na Lomboku (wyspie obok) znów było trzęsienie ziemi i odczuliśmy je bardzo wyraźnie. Wszystko zaczęło skrzypieć, psy ujadały więc po sekundzie zerwaliśmy się z łóżek i wyszliśmy na zewnątrz. Po chwili przestało. Byliśmy w szoku, ale wróciliśmy z powrotem do łóżek. Przez resztę nocy zahuśtało nam jeszcze z parę razy. Z samego rana zabraliśmy nasze manatki i poszliśmy spróbować znaleźć bemo czyli lokalny tani busik który zawiezie nas do Denpasar a potem do portu w Gilimanuk skąd już promem na Jawę. Po długich negocjacjach w końcu udało się Krzysiowi zejść z ceny choć i tak dalej zapłaciliśmy turystyczną kwotę. Potem przeskoczyliśmy do jeszcze innego bemo by w końcu dotrzeć na terminal w Denpasar. Zostało nam tylko jeszcze spędzić z 3 godziny w ścisku z lokalsami dostając co jakiś czas dymem z fajki po twarzy, jednocześnie pilnując by żadne z naszych bagaży nie wypadło przez wiecznie otwarte drzwi busika. Lekko wygniecieni dotarliśmy do portu w Gilimanuk. Po drugiej stronie cieśniny balijskiej widzieliśmy już Jawę. Zakupiliśmy bilety i umieściliśmy się na górnym pokładzie starego zardzewiałego promu. Po chwili machaliśmy na pożegnanie wyspie Bali patrzac z ciekawością do przodu w strone Jawy.

Kuala Lumpur – myślami już w Australii

Nacieszyliśmy się Singapurem przez 3 dni, według nas to wystarczyło by dobrze go poznać. Nasza magiczna karta już wygasła więc na dworzec, skąd mieliśmy wziąć busa na granicę, musieliśmy pójść z buta. Kupiliśmy bilet, rozsiedliśmy się na swoich miejscach i po jakiś 15 minutach byliśmy na granicy. Przejście przez bramki, pieczątka i z powrotem do busa. Po chwili znów wysiadka, kolejne bramki, pieczątka i do busa. Strasznie wyczerpujący początek dnia, a gdzie tam koniec. Gdy dojechaliśmy do Johor Bahru swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do budek z jedzeniem za co później przypłaciliśmy spóźnieniem się na rannego busa do Kuala Lumpur. By umilić sobie 3 godziny czekania na następny, skusiliśmy się na tanie lody w McDonaldzie, gdzie przy okazji poznaliśmy innego backpackersa Egipcjanina, który dodatkowo zajął nam ten czas. W końcu wpakowaliśmy się do busa by po długich 5 godzinach wysiąść w Kuala Lumpur.

Była już 21 gdy dotarliśmy na miejsce. Byliśmy niesamowicie wykończeni całym dniem w drodze i jedyne o czym marzyliśmy to łóżko i prysznic w hostelu od którego dzieliła nas jeszcze przejażdżka metrem. Hostel może i był fajny jednak pokoje, jak w więzieniu bez okna z miejscem tylko na łóżko, były lekką przesadą. Następnego dnia na szczęście przenosiliśmy się do Anthonego, Filipińczyka pracującego w branży IT, którego poznaliśmy przez couchsurfing. Po śniadaniu, metrem dotarliśmy na przedmieścia. Przywitał nas kolega Anthonego, wraz z innym gościem z którym spędziliśmy resztę dnia. Prócz grania na konsoli, poszliśmy się zrelaksować w basenie położonym na dachu budynku z którego z oddali mieliśmy widok na centrum miasta. Wieczorem w końcu poznaliśmy Anthonego, który wrócił z innym gościem z wycieczki w Cameron Highlands. Zamieniliśmy z nim może parę słów i popędził z resztą ekipy na koncert Bruno Marsa. Mogliśmy w tym czasie odetchnąć i mieć czas dla siebie. Po koncercie jednak i tak na stole pojawiła się whisky. O poranku z lekko bolącymi głowami wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. Do Chinatown w poszukiwaniu butów dla Krzysia i spodni dla mnie a później do małej mieścinki Batu by zobaczyć święte hinduistyczne jaskinie. Do wejścia prowadziło 272 schody, a wspinaczkę rozpoczynało się mijając 42,7 metrową, złotą statuę boga Murungana. Po stromych schodach biegały małpy próbując każdego po kolei oskubać. Samo wnętrze jaskini już tak nie zachwycało i wypełnione było turystami i hindusami modlącymi się w dymie kadzideł. Wieczór poświeciliśmy na spotkanie ze sławnymi wieżami Petronas Towers w centrum Kuala Lumpur. Setki turystów próbowały sobie zrobić unikatowe selfie z wieżami w tle. Tuż za wieżami w przy hotelowym parku znów natknęliśmy się na pokaz świateł z fontannami w tle. Zachwyceni dniem wpakowaliśmy się do metra, gdzie panował arktyczny klimat i wróciliśmy do mieszkania Anthonego. Resztę czasu w Kuala Lumpur poświęciliśmy na dopracowanie szczegółów przed kolejnym lotem. Bilety, wiza i ostatnie zakupy. Chyba byliśmy gotowi na kolejną przygodę. Z dużym wyprzedzeniem dostaliśmy się na lotnisko i rozpoczęliśmy mozolny proces pakowania. Nadaliśmy bagaż i czekaliśmy jak na szpilkach na swój lot. Kolejny przystanek – Australia.

Singapur

Półtorej godziny nad półwyspem Malajskim, z pięknymi widokami wyłaniającymi się za chmur. Po prawej stronie mieliśmy Indonezję, a po lewej Singapur z portem pełnym statków towarowych.Nie zobaczyliśmy niestety legendarnej części lotniska, ale i tak robiło na nas wrażenie swoją czystością i architekturą. Zakupiliśmy swoją magiczną 3 dniową kartę na publiczny transport i pojechaliśmy do naszej coachsurfingowej gospodyni. Naczytaliśmy się o setkach zakazów i wysokich karach za błahe przewinienia trzymających multikulturowe społeczeństwo w ryzach. I faktycznie prawie wszędzie ten porządek był zachowany. Miasto wręcz idealne dla wszelkich czystościowych fanatyków. Nasza gospodyni nie wymagała wspólnego spędzania za sobą czasu więc wręczyła nam jedynie klucze do mieszkania, życzyła miłego zwiedzania i tyle ją widzieliśmy. Nie chcieliśmy marnować czasu więc od razu ruszyliśmy na miasto. Nasze żołądki pokierowały nas do Little India – dystryktu hinduskiego gdzie mogliśmy choć odrobinę poczuć ten klimat. Usadowiliśmy się w knajpce pełnej hindusów i zamówiliśmy to co widzieliśmy u innych na talerzach. Zaspokoiwszy swoje podniebienie wsiedliśmy do pierwszego lepszego dwupoziomowego busa i podziwialiśmy miasto już nie z poziomu chodnika. Pełno strzeżonych zamkniętych osiedli, równo przystrzyżone trawniki i domki jakby bezpośrednio wycięte z czasopism o nowoczesnym mieszkaniu. Wszystko idealnie zaprojektowane. Wykończeni pierwszymi wrażeniami wróciliśmy metrem do mieszkania na chwilę odetchnąć. Gdy nadszedł zmierzch wybraliśmy się pod jedne z głównych atrakcji Singapuru czyli Gardens by the bay z imponującej wielkości sztucznymi drzewami z idealnie dobranym kolorowym oświetleniem oraz charakterystyczny hotel Marina bay Sands z wielkim basenem na dachu. Położyliśmy się pod drzewami na trawie i podziwialiśmy co weekendowe widowisko w rytmie Gwiezdnych Wojen. Praktycznie wszystko w tym unikatowym mieście robiło na nas wrażenie. Kolejnego dnia najpierw metrem a potem z buta dotarliśmy na wyspę Sentosa czyli taki wielki Singapurski plac zabaw dla dorosłych i dzieci. Za jedyne 70 singapurskich dolarów można było wybrać się do parku rozrywki Universal Studios, zobaczyć podwodne życie w S.E.A Aquarium lub rzucić okiem na miasto z wysokości 131 metrów na Tiger Sky Tower. Spacerkiem przeszliśmy wzdłuż wszystkich atrakcji prosto do symbolu miasta w postaci pół lwa pół ryby i dalej na plaże Palawan. Jedynie woda tuż przy plaży nie była tak czysta jak się tego można by było spodziewać po Singapurze. Pełna pływających na powierzchni wodorostów nie zachęcała do kąpieli. Zwodzonym mostkiem przeszliśmy dalej do małej wysepki gdzie podobno znajdywał się najbardziej na południ wysunięty punkt kontynentalnej Azji. Bardzo naciągane biorąc pod uwagę,że to wyspa. Busem prosto z Sentosy wróciliśmy do mieszkania by podładować baterie. Wieczór poświęciliśmy na najpiękniejszy pokaz świateł jaki w życiu widzieliśmy. Tuż przy rzece obok centrum handlowego na tle fontann wyświetlane było widowiskowe przedstawienie. Kolorowe ptaki wraz z kwiatami, innymi obrazami oraz fontannami poruszały się w rytm muzyki tworząc magiczną całość wyglądem przypominającą hologram. Nadal urzeczeni spektaklem przeszliśmy się mostem na drugą stronę rzeki by podziwiać z oddali oświetlony hotel. Zasiedliśmy pod maskotką miasta Merlionem i podziwialiśmy miasto nocą.

Życie w dżungli

Zaraz po opuszczeniu pociągu czekały nas wszystkie procedury związane z przejściem granicy. Z pieczątką w paszporcie wyszliśmy na miasto. Od razu było widać, że to muzułmański kraj. Wszyscy w tradycyjnych strojach patrzeli się na nas z raczej przyjazną ciekawością. Usadowiliśmy się po środku wielkiego targu i obserwowaliśmy ludzi czekając na naszego kolejnego hosta. Finalnie podjechał po nas jego ojciec. W samochodzie wielkości tico zabrał nas do swojej przy uniwersyteckiej restauracji. Popularna w Malezji w formie bufetu z przepysznym jedzeniem do wyboru. Ugościł nas i przybliżył nieco swoją kulturę. Byli tradycyjną muzułmańską rodziną i poprzez couchsurfing chcieli oczyścić swoje dobre imię uświadamiając innych, że tak naprawdę są życzliwymi ludźmi a nie mordującymi się nawzajem zwierzętami jak to pokazują w telewizji za pomocą ISIS. Oczywiście mieli swoje tradycyjne sztuki walki o nazwie silat, z którymi nas potem zaznajomili, jednak wyglądało to dla nas bardziej jak teatralna sztuka. Żyli bardzo skromnie. Cała wieloosobowa rodzina mieszkała w jednym wielkim pokoju. Spaliśmy tak jak oni na ziemi z jedną różnicą w formie namiotu, który robił nam za moskitierę. Niedaleko ich chatki był park krajobrazowy Gua Kelam (Jaskinia Ciemności) z najpiękniejszą jaskinią jaką w życiu widzieliśmy. Głęboką na 370 metrów z bardzo wysokim stropem robiła mega wrażenie. Po drugiej stronie w dolinie Wan Tangga był piękny park z rzeką po środku i drugą równie piękną jaskinią. Wszystko to zobaczyliśmy za niecałą złotówkę bo tyle kosztował nas wstęp. Tak tanio, a miejsce praktycznie było pozbawione turystów. Zahiri nasz oficjalny host nie miał za wiele czasu dla nas, gdyż uczył małe dzieciaki sztuk walki ale i tak dowiedzieliśmy się wiele na temat ich tradycji i życia. Zaoferował się zawieźć nas na prom w Kuala Perlis i przy okazji pokazać meczet. W końcu mogliśmy zobaczyć muzułmańską świątynię od środka nie będąc wyznawcami. Podziękowaliśmy Zahiriemu i udaliśmy się na prom na wyspę Langkawi. Miejsca dla pasażerów były w środku, więc jedynie przez małe okienko podziwialiśmy niebieściutką wodę i wyrastające z niej małe wysepki. Na samej wyspie mało było nowoczesności. Wszystko bardziej wyglądało jakby pozostało w latach 90. Standardowo z buta ruszyliśmy do położonego jakieś 20 km dalej Pantai Cenang, jednak szybko przyciągnęliśmy wzrok bardzo miłej młodej kobiety, która specjalnie się zatrzymała i ochoczo podwiozła nas pod sam hostel. Mieścinka, a właściwie pełno straganów i sklepów rozstawionych wzdłuż jednej ulicy wyglądała podobnie jak nasze nadmorskie deptaki. Zaraz za główną drogą rozpościerała się plaża zastawiona wszelkim możliwym sprzętem przeznaczonym do wodnej rekreacji. Odeszliśmy dalej by tuż naprzeciw resortów cieszyć się ciepłą lazurową wodą. Żar lał się z nieba i człowiekowi ciężko było oddychać, a taka pogoda miała nam towarzyszyć przez najbliższe prawie dwa miesiące. Byliśmy umówieni z gościem, który prowadził na wyspie w dżungli małe spa a my mieliśmy być jego wolontariuszami. Po wymianie detali nagle przestał się odzywać i zaczynaliśmy już panikować, że zostaliśmy z niczym gdy nagle dał nam znać, że na nas czeka. Zabraliśmy nasze manatki i tyłki z hostelu i ze spokojem ducha poszliśmy przez wyspę w kierunku dżungli.

Zrobiliśmy prawie 10 km z buta. Prawie bo miły chińczyk zatrzymał się o zaoferował podwózkę. Na Langkawi to chyba normalne. W końcu dotarliśmy do naszego hosta. Eric okazał się niezbyt wymagającym, zabawnym gejem i jedyne czego od nas oczekiwał to wypełnianie zadań z prostej check listy. Mieliśmy karmić jego zwierzaki, sprzątać w spa i pokojach przeznaczonych na Airbnb. Po dwóch dniach wszystkie zadania zajmowały nam mniej niż 2 godziny z umówionych 4. Nasza sypialnia była w domku na drzewie, a codziennie po przebudzeniu mieliśmy widok na gęsty las deszczowy. Obserwowaliśmy z niego małpki skaczące z drzewa na drzewo, całą rzeszę różnistych ptaków, jakich nie widzieliśmy nigdzie indziej oraz wszelkie mniej lubiane przez nas robactwo. Był to czas prawdziwego lenistwa, a naszymi jedynymi kompanami były 3 psy, kot i wielki gekon mieszkający w naszym domku. Eric przyjeżdżał jedynie by zająć się klientami lub by przywieźć jedzenie dla psów, więc większość czasu byliśmy pozostawieni sami sobie. Do swojej dyspozycji mieliśmy dwa rowery i dogorywający skuter ale bez nich poruszanie się po wyspie było by raczej niemożliwe, gdyż wszędzie było bardzo daleko. Jak to bywa w Azji, taniej było nam się stołować we wsi u lokalsów niż samemu gotować więc po dwóch tygodniach już większość mieszkańców nas kojarzyła. Jedynie by uczcić Wielkanoc zrobiliśmy wyjątek gotując polski obiad.

Jedzenie było naprawdę wyśmienite, szczególnie u naszej pani jak ją nazywaliśmy, rodowitej Tajki. Bywaliśmy u niej dzień w dzień, a gdy wyjechała na wakacje to myśleliśmy, że będziemy głodować.
Każdy dzień wyglądał praktycznie tak samo. Pobudka, śniadanie, obowiązki, spacer do wsi na lunch, czas dla siebie, który przeważnie spędzaliśmy w domku na drzewie uciekając pod wiatrak przed skwarem. Potem ponowny spacer na kolację i ucieczka do domku tym razem przed krwiopijcami. Codziennej rutynie wtórował pięć razy dziennie głos modlitwy dobiegający z pobliskiego meczetu.

Oczywiście nudziło nam się strasznie i po obejrzeniu już całego Netflixa i zaplanowaniu reszty podróży nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. W weekendy wybieraliśmy się na wycieczki. Najczęściej do oddalonego o 10 km Pantai Cenang na plażę i żeby coś przegryźć. Zwiedziliśmy również północną część wyspy przez co prawie wyzionęliśmy ducha. Podjazdy były dosyć strome a na średniej jakości rowerach przy 35 stopniach było to wręcz ekstremalne, ale za to dotarliśmy do przepięknej plaży z widokiem na naszą ukochaną Tajlandię. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na plaży przy marinie by na spokojnie już położyć się na kocyku i dać odpocząć mięśniom. Pogoda szybko się zmieniła i z gór zeszła do nas burza. Gdzieś tam w oddali poburkiwała złowieszczo na nas zsyłając jedynie hektolitry wody. Staliśmy sobie więc bez wzruszenia pod drzewem pozwalając by deszcz po nas spływał. Po wszystkim ruszyliśmy w kierunku domu obserwując przepiękne obłoki pary, które oddawała ochłodzona dolina. Prawdziwie hipnotyzujący widok. Na wyspie pogoda zawsze zmieniała się bardzo szybko. Rano gdy wstawaliśmy piekło słońce a podczas pracy nagle słyszeliśmy spadający wodospad, który zwiastował ulewę. Spalona ziemia z zaskoczenia nie mogła przyjąć naraz tyle wody więc natychmiast wszelki płaski teren był zalewany. Raz nawet musieliśmy zabrać wszystkie zwierzaki do jednego z pokoi bo inaczej brodziły by po brzuszki w wodzie. Deszcz przynosił chwilową ulgę, lecz po chwili znów było duszno i wychodziło na wierzch wszelkie paskudztwo. Węże, wielkie pająki i co najgorsze kleszcze postanawiały wtedy na raz nas odwiedzić.

Czas bardzo się dłużył i odliczaliśmy już dni do ponownego wyruszenia w drogę. Tydzień przed wyjazdem naszą rutynę rozbili pierwsi goście Erika w jego Airbnb. Dwie Francuzki zostały z 3 dni by cieszyć się dżunglą, sensualnymi masażami i ćwiczeniami tai chi o poranku. Erik gotował im oczyszczające posiłki i organizował czas wolny. Mieliśmy szczęście na tym skorzystać wybierając się z nimi na zwiedzanie lasów mangrowych na pokładzie łodzi z przystankiem na jaskinie z tysiącem nietoperzy i rybią farmą gdzie zaprezentowano nam wszelkie gatunki lokalnych morskich stworów. Pod koniec wypłynęliśmy bardziej w pełne morze by podziwiać przepływającą rodzinę delfinów. Erik w swoim programie miał jeszcze jogę na plaży, więc my w tym czasie po całym dniu na słońcu schładzaliśmy się w morzu.
Zaraz po Francuzkach na samo Airbnb przyjechała Anna z Australii, z którą spędzaliśmy dość dużo czasu. Zasięgnęliśmy od niej wiele przydatnych informacji o tym co nas wkrótce będzie czekać. Była mega pozytywnie zakręcona i zdecydowanie urozmaiciła nam ostatnie dni w dżungli. Anna pojechała w końcu dalej w swoją stronę a Erik w nasz ostatni wieczór zabrał nas na przepyszną kolację do wioski rybackiej. Idealne pożegnanie Langkawi. Z samego rana Erik podrzucił nas na lotnisko. Podekscytowani przed kolejnym etapem podróży czekaliśmy na nasz lot. Lecimy dalej. Z tropikalnego lasu do miejskiej dżungli.