Tag Archives: Autostop

Bangkok, spotkanie kuzynki, odwiedziny Pla i wizyta na komisariacie… Jedziemy na Krabi

Bangkok powitał nas dusznym gorącem. Przemierzanie go z ciężkimi plecakami w godzinach szczytu nie należało do najprzyjemniejszych ale i tak byliśmy szczęśliwi, że tu wróciliśmy. Tym razem już nie przy Kao San ale w równie ciekawej dzielnicy przyszło nam nocować. Niedaleko budynku w którym podobno kręcili Kac Vegas. Szczęśliwym trafem w tym samym czasie w Bangkoku była moja kuzynka z mężem. Spędzili 3 tygodnie zwiedzając Tajlandię i Kambodżę a teraz wracali już do Polski. Spotkaliśmy się wszyscy razem w ich hotelu i cały dzień przegadaliśmy opowiadając swoje przygody. Fantastycznie było zobaczyć znajomą twarz tak daleko od domu. Przez jeden dzień poczuliśmy się jakbyśmy byli już w domu.

Nazajutrz oni ruszali na lotnisko a my w kierunku Ayunthayi na spotkanie z Pla. Standardowo nie mogliśmy się z nią dogadać, ale że wydawało nam się iż pamiętamy jak do niej dojechać w zaparte chcieliśmy łapać stopa. Jak na złość szło nam to bardzo opornie. Po paru godzinach czekania w końcu podjechała do nas pewna miła pani oznajmiając, że nikt stąd nie będzie jechał w naszym kierunku, więc ona się zlituje i nas zabierze. Specjalnie dla nas nadrobiła z 300 km a docelowo miała jechać do Bangkoku. Obdarowała nas tajskimi słodyczami i podwiozła praktycznie pod sam dom. Niesamowite! Powitała nas mama Pla rzucając nam się na szyje jednocześnie dziękując tej kobiecie, że nas przywiozła. Wręczyliśmy rodzince małe upominki z Wietnamu i pogadaliśmy trochę na tyle prostym językiem by nas zrozumiała. Biedna Pla wpadła w jakieś kłopoty. Jej klienci oskarżali ją o sprzedaż produktu który uczula. Fabryka nie poczuwała się do odpowiedzialności więc wszystko spadło na jej biedną głowę. Razem z jej kuzynami i wujkiem policjantem pojechaliśmy wyjaśniać sytuację na posterunku. Myśmy byli tylko w formie pocieszycieli. Po wszystkim razem z całą rodzinką wybraliśmy się do knajpki gdzie pierwszy raz mieliśmy okazję spróbować żabich udek a naszą znajomością paru słówek po tajsku zaskarbiliśmy sobie serca wszystkich. Reszta imprezy przeniosła się do domu gdzie na stole wylądowała miodowa Soplica prosto z Polski podarowana nam przez moją kuzynkę. Tajom tak zasmakowała, że znikła w mgnieniu oka. Nazajutrz pokazywali jedynie jak bardzo ich głowa boli. Pla miała swoje problemy w których rozwiązaniu niestety nie mogliśmy jej pomóc, więc postanowiliśmy po prostu nie przeszkadzać. Gdy wyjeżdżaliśmy Tajowie mieli swoje buddyjskie święto. Zabraliśmy się wraz z rodzinką do świątyni gdzie wręczyliśmy dziękczynne dary mnichom. W innej świątyni nakarmiliśmy święte ryby i uderzyliśmy w gong na szczęście. Wszystko było częścią ich tradycyjnych buddyjskich rytuałów. Pożegnaliśmy się na dworcu tak jak 2 miesiące wcześniej i wróciliśmy pociągiem do Bangkoku.

Dojeżdżając do miasta zobaczyliśmy jego inne oblicze. Wjechaliśmy pociągiem w sam środek slumsów. Małe blaszane domki mieściły całe 6-7 osobowe rodziny, których życie toczyło się wśród wszędzie walających się śmieci i wyciekających ścieków. Przykry to był widok. Widzieliśmy to póki co jedynie w filmach a teraz na własne oczy przekonaliśmy się, że ludzie tak żyją naprawdę. Przemierzyliśmy łódką Chao Praye i podreptaliśmy do backpackerskiej dzielnicy. Znów zajadaliśmy się pad thai-em i cieszyliśmy Bangkokiem. Nigdy nam się to miasto nie znudzi. Po dwóch dniach ruszyliśmy dalej tym razem na południe.

Chcieliśmy dotrzeć na Krabi, jadąc większość trasy pociągiem i zatrzymywać się w miejscach gdzie uda nam się znaleźć najtańszy nocleg. Pierwszym miastem było Hua Hin. Nie wiedzieliśmy nawet, że takie istnieje a okazało się bardzo popularnym kurortem z białą plażą, czystą wodą, gdzie można było przejechać się konno w filmowej scenerii. Woda była wyjątkowo ciepła i zachęcała nas by resztę dnia w niej spędzić. Wróciliśmy do pokoju spaleni jak buraki ale za to zadowoleni. Z rana wskoczyliśmy do pociągu i pojechaliśmy do kolejnego miasta. Chumphon było małym miasteczkiem, które nie wyróżniało się niczym specjalnym. Turyści przyjeżdżali tu tylko by dostać się promem na pobliskie wyspy. Zostaliśmy tu 3 dni by Krzyś mógł przy okazji wyleczyć swój bolący kark. Często w naszej podróży znajdujemy się w miejscach w których coś się dzieje a my nawet wcześniej o tym nie wiemy. Tak było i tym razem. Akurat przechodziliśmy się uliczkami Chumphon, gdy natrafiliśmy na paradę. Tradycyjnie poprzebierani Tajowie strzelali czerwonymi petardami robiąc przy tym wiele hałasu i zostawiając za sobą pełno czerwonych papierków. Tuż za nimi paradowali ludzie niosący długiego papierowego smoka a obok nich nieśli mniejsze tez papierowe ruszające oczami i pyskami smoczęta. Chodzili od sklepu do sklepu a właściciele wręczali im datki w zamian chyba za błogosławieństwo. Parada szła przez całe miasto a my tuż za nimi. To co oglądaliśmy wcześniej w Azji Express teraz mogliśmy zobaczyć na własne oczy. Takie poznawanie kultury to my lubimy.

Nad ranem znów wpakowaliśmy się do pociągu. Maluan miała być naszą ostatnią stacją. Stamtąd już autostopem prosto na Krabi. Prosto niestety nie było. Pierwszy kierowca chciał bardzo nam pomóc, więc dogadywał się z nami za pomocą telefonu co nie skończyło się dla nas za dobrze. Zabrał nas z autostrady do miasteczka Surathani skąd miały odjeżdżać busy do Krabi. Oczywiście wszystkie dawno odjechały lub jechały z innego dworca więc musieliśmy z powrotem dymać do głównej drogi. Gdy bazgraliśmy tajskimi hieroglifami kolejną nazwę na naszych kartkach podszedł do nas młody kierowca trucka i zaoferował się, że nas zabierze. Dzięki niemu w nie szybkim czasie udało nam się wyrwać z totalnej dziury. Z prędkością 20 na godzinę dowiózł nas do autostrady skąd po chwili zabrał nas tajska bizneswoman. Standardowo po jakiejś godzinie wspólnej jazdy zostaliśmy znajomymi na Facebooku. Wysadziła nas pod 7 eleven obdarowując jakimiś tajskimi specyfikami na ugryzienia owadów i pojechała w swoją stronę. Naładowaliśmy szybko baterie smakołykami ze sklepu i lokalnego bazarku i poszliśmy łapać ostatniego stopa. Staliśmy przy drodze z napisem i zaczęli podjeżdżać do nas Tajowie na rowerach próbując zrozumieć co my robimy. Uśmiechaliśmy się jedynie i kiwaliśmy głowami to po chwili machali i sobie odjeżdżali. Po jakimś czasie zatrzymała się rodzinka w pickupie. Zapakowaliśmy się na pakę i przeszczęśliwi ruszyliśmy prosto do miasta. W końcu udało nam się pojechać na pace. Wyrzucili nas w samym centrum gdzie powitał nas wielki metalowy Krab. No to byliśmy na miejscu.

Poi pet, to nie granica to stan umysłu. Witamy w Kambodzy.

Na miejscu był istny młyn. Ciężko było ogarnąć w którym kierunku się udać. W końcu poszliśmy z tłumem i dotarliśmy do urzędu wizowego. Wcześniej jeszcze zostały nam wbite pieczątki wyjazdowe i zostało nam przejść przez proceder wyrobienia wizy. I tak jak w Tajlandii poszło wszystko gładko i przyjemnie tak w Kambodży już takie nie było . Zostały nam wręczone dokumenty do wypisania i oczywiście zainkasowana została oficjalna łapówka dla urzędników. Po 5 minutach dostaliśmy nasze paszporty z wklejoną wizą i pośpiesznie zostaliśmy posłani dalej po pieczątkę wjazdową. Na prawo i lewo były rozstawione samozwańcze „okienka”, gdzie rzekomi urzędnicy twierdzili, że właśnie tam dostaniemy pieczątkę. Zlewając naganiaczy zagadaliśmy do parki Polaków celem doinformowania i dotarliśmy do właściwego okienka. Wszystko działo się bardzo szybko i człowiek nie miał chwili by spokojnie przemyśleć danej sytuacji. Stłoczeni z resztą interesantów w małym pomieszczeniu przeciskaliśmy się do okienka. PO oddaniu odcisków palców i przemaglowaniu przez wojskowego urzędnika wypadliśmy z pomieszczenia prosto w szpony naganiaczy. Obeszli nasz zdecydowanie naruszając powierzchnie osobistą nie pozwalając nawet na zrobienie kroku. Przekrzykiwali się rzucając w naszą stronę wiecznie powtarzane „Hallo Sir tuk tuk” i szli za nami tudzież wokół niestrudzenie oferując swoje usługi. Mówienie nie niestety nie dawało rezultatu, a miejsce tych którzy odchodzili od razu zajmowali następni. Po jakiejś godzinie udało nam się odejść od harpii, jednak co chwile podjeżdżały samochody chcące nas zabrać za ukochane dolary. Przestało być to śmieszne gdyż jeden jechał za nami co chwile obniżając cenę, aż w końcu stwierdził, że zabierze nas za darmo. Wtedy nie wytrzymaliśmy i postanowiliśmy się schować przed natrętem. Upiorni ludzie, wiedzieliśmy że tak będzie ale przeszło to nasze psychiczne przygotowanie. Dodatkowo wcześniej nabyte odciski na stopach i lejący się żar z nieba nie ułatwiały oceny sytuacji. My biali ludzie byliśmy dla nich chodzącymi workami pieniędzy choć pewnie nie jeden z nich miał ich więcej niż my. Na mapie znaleźliśmy dworzec autobusowy i staraliśmy się do niego dotrzeć. Było na nim dość sporo autobusów równie rozstawionych. Mniejszych i większych. Podeszliśmy do gościa wyglądającego na dowodzącego tym przybytkiem i zagadaliśmy :
– Bus do Sieam Reap?
-Nie bus do Sieam Reap tylko van
-To gdzie jadą te busy ?
-One nigdzie nie jadą
-Aha, czyli tylko sobie tak stoją dla ozdoby ?
-Tak
Parsknęliśmy śmiechem i doszło do nas z czym będziemy się mierzyć w tej Kambodży. Za kolor skóry na każdym kroku będziemy płacić. Fantastycznie. Kolejny dworzec na mapie był z 15 kilometrów dalej, więc jedyne co nam zostało to super długi spacer. Wykończeni i obolali odganialiśmy się od nich coraz mniej. Oczywiście podjeżdżały też busy z super ceną z dupy. Wyszliśmy z miasta i szliśmy już lasem. Zaczynaliśmy się zastanawiać, gdzie spędzimy tą pierwszą kambodżańską noc, gdy podjechał znikąd rozwalający się tuktuk. Powiedzieliśmy zgodnie, że nie mamy pieniędzy a on dalej machał łapką by wsiadać. Z zawrotną prędkością 5 km/h mknęliśmy do przodu (była tylko jedna droga) modląc się by tuktuk się nie rozwalił. Od podmuchów wiatru, które zostawiały za sobą wielkie trucki Krzyś stracił swoją czapkę i musiał się po nią wracać, a chwilę potem to samo spotkało naszego kierowcę. Wysadził nas w miejscu gdzie niby miał być dworzec autobusowy. I tak przekonaliśmy się, że jeśli coś jest na MapsMe to niekoniecznie jest tam w rzeczywistości., chyba, że wybudują to za parę lat. Poszliśmy dalej przed siebie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi więc postanowiliśmy spróbować stopa. Pytanie tylko czy będą umieli to przeczytać? Po chwili jednak zatrzymał się jeep z młodym kierowcą mówiącym po angielsku. Fantastycznie! Wpakowaliśmy się na pakę i modliliśmy się by nie spaść. Po jakiejś godzinie jazdy kierowca się zatrzymał, wyszedł i oznajmił, iż ma znajomego taksówkarza , który za 10 dolarów zawiezie nas do Sieam Reap, więc po upewnieniu się , że więcej od nas sobie nie policzy zgodziliśmy się. Podwiózł nas na umówione miejsce i zmieniliśmy samochód. Gościu jechał z rodzinką więc poczuliśmy się odrobinę pewniej a ze zmęczenia było nam już wszystko jedno. Do Sieam Reap prowadziła w sumie chyba tylko jedna droga, bo cały czas jechaliśmy prosto. Droga Nawet nigdzie nie skręcała. Rodzinka cały czas między sobą prowadziła rozmowę, a my ciekawi rozwoju wydarzeń cicho się przysłuchiwaliśmy. W końcu kierowca zjechał na nocny targ. Matka z córką wyskoczyły by po chwili wrócić z paczkami smakołyków. Były pełne prażonych, smażonych i gotowanych robaków, szarańczy i Bóg jeden wie czego jeszcze. Na gest poczęstowania stanowczo kiwnęliśmy głową, że dziękujemy ale nie tym razem. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Zapłaciliśmy, podziękowaliśmy i szybko próbowaliśmy ogarnąć co dalej. Była 20, więc gonił nas czas by znaleźć jakiś nocleg. Poszliśmy do jednego hostelu, gdzie niestety nie było już wolnych miejsc. Krążyliśmy trochę bez celu szukając jednocześnie taniej knajpy z wifi. Na szczęście szybko nam poszło i przy posiłku zabukowaliśmy sobie tani hostel. Ostatkiem sił próbowaliśmy dotrzeć na miejsce. Podjechał do nas jakiś młody, nierozgarnięty tuktukarz. Śmiesznie wysoką cenę udało nam się szybko zbić do 2 $. Nieopierzony świeżak w swoim zawodzie jeździł z nami po swoich starszych kolegach by Ci mu pomogli znaleźć drogę. Nawet przy pomocy naszej mapy chłopaczyna nie za bardzo wiedział gdzie jest nasz hostel. W końcu dzięki kolegom i miłej pani z knajpki dojechaliśmy na miejsce. Biednemu chłopakowi było tak wstyd, że dziękował i przepraszał w nieskończoność oferując mimo wszystko swoje usługi na przyszłość. Przeszliśmy szybkie check-inowe procedury i zmyliśmy z siebie brud i pył pod prysznicem. Tej nocy spaliśmy jak małe dzieci.(Chociaż z myślą o niewyspanych matkach zastanawiam się nad poprawnością tego powiedzenia) Mimo 6 innych osób w pokoju, to była nasza najlepiej przespana noc.

Nauka jazdy na Tajskiej wyspie.

Spędziliśmy 6 godzin w busie do Rayong. Chcieliśmy zobaczyć tajskie wyspy , najlepiej takie by turystów było jak najmniej. Padło na Ko Samed. Na wyspę dotarliśmy oczywiście łódką. Mała wysepka otoczona lazurową wodą (z wszędzie pływającym plastikiem, bo w Azji dbanie o środowisko jest im zleksza obce) zrobiła na nas wrażenie. Plaże były pokryte białym piaskiem a ciepła morska woda aż zapraszała do kąpieli. W pierwszą noc rozbiliśmy namiot praktycznie tuż obok jednego z barów, by rano dowiedzieć się iż 10 metrów dalej było płatne pole namiotowe. Tym sposobem nieświadomie zaoszczędziliśmy 30 zł. By zwiedzić całą wyspę wynajęliśmy skuter. Prawie każdy teren z plażą był otoczony resortami, a resztę pokrywała gęsta dżungla. Krzysztof postanowił, iż też powinnam mieć z tego frajdę i nauczył mnie prowadzić. Na początku niechętnie i nieśmiało, a pod koniec szalejąc całe 30 km/h (bo na tyle pozwalały drogi) Cały dzień frajdy na skuterze. Wieczorem Krzyś znalazł nam idealne miejsce na skałach, tuż przy wodzie. Idealny placek zieleni w sam raz na nasz namiot, otoczony kamiennym murem. W końcu smacznie się wyspaliśmy bez tropika z lekka bryzą przelatującą przez nasz namiot. Po trzech dniach na wyspie wróciliśmy na stały ląd.

Opędzając się od tuktukarzy dotarliśmy w końcu na wylotówkę. Opcje mieliśmy dwie. 1. Jechać od razu w kierunku Kambodży bez pieniędzy i ryzykować, że uda nam się znaleźć normalny bankomat i kantor czy 2. Jechać z powrotem do Bangkoku i potem pociągiem na granice. Po długich dywagacjach padło na opcję drugą. Stopem dotarliśmy do Pattaji, gdzie spóźniliśmy się 20 minut na jedyny pociąg tego dnia. Z buta przeszliśmy całe miasto szukając bankomatu i jakiegokolwiek kantoru. Gdy w końcu mieliśmy pieniądze dotarliśmy do dworca a stamtąd już busem do Bangkoku. Z miejsca gdzie wysiedliśmy mieliśmy jakieś 10 kilometrów do dworca kolejowego. Po jakiś 20 kilometrach z buta nasz stopy zaczęły się pokrywać bąblami, a noc musieliśmy spędzić wśród licznych koczowników na terenie dworca. Nasz pociąg odjeżdżał dopiero o 5 nad ranem więc rozłożyliśmy karimaty i spaliśmy na zmianę.

Naczytawszy się tyle o Bangkoku, człowiek miał oczy jak 5 złotówki i lustrował każdego jako potencjalnego drapieżnika, ale na szczęście przetrwaliśmy te godziny i gdy w końcu wybiła nasza wpakowaliśmy się do pociągu. Ledwo ruszyliśmy to przekupki z jedzonkiem zaczęły krążyć po wagonach. Napełniliśmy brzuszki i wygodnie się rozłożyliśmy. 6 godzin minęło jak z bicza strzelił. Wytoczyliśmy się na peron wraz z innymi turystami i od razu zaatakowali nas drobni przewoźnicy. Po chwili wszyscy odjechali i tylko my poczłapaliśmy szukać jedzenia. Nie byliśmy pewni czy w Kambodży tak łatwo coś zjemy więc woleliśmy to zrobić jeszcze w Tajlandii. Po posiłku zaczęliśmy kroczyć drogą czekając na zielony bus, który był niby najtańszą opcją, jednak przechwycił nas jeden z tuktukarzy z którym po targowaniu się pojechaliśmy na granicę za taką samą cenę jak za busa.

Pierwszy azjatycki autostop

Opuściliśmy hostel i przedostaliśmy się łodzią (co było najszybszym i najtańszym sposobem by ominąć zatłoczone miasto ) na dworzec główny. Stamtąd już pociągiem do miasteczka Ayuntthaya słynącego z przepięknych buddyjskich świątyń. Odnaleźliśmy kolejny hostel i ruszyliśmy zwiedzać świątynie. Najbardziej oddalona ze wszystkich świątyń znajdowała się tuż przy rzece, gdzie w jednym miejscu zebrała się spora grupka ludzi. Gdy podeszliśmy bliżej zauważyliśmy , iż bananami nabitymi na długich patykach ludzie karmili żółwie rozmiaru średniej wielkości psa. Prawdziwie dzikie żółwie na przemian z równie wielkimi sumami wyciągały swoje pyszczki po smakołyki. Musieliśmy zostawić te ciekawe widowisko by zdążyć zobaczyć jeszcze inne świątynie.

Chodząc po mieście natrafiliśmy na nocny targ, gdzie przy okazji chcieliśmy zjeść kolację. Musiałam niestety przełknąć konsekwencje swojego zamawiania posiłku bez nadmienienia, żeby nie było ostre. Ośmiorniczki i kalmary wymieszane z ryżem dosłownie paliły mi się na języku. Po tym szybko nauczyłam się jak jest po tajsku nie pikantne. Po spokojnej i przespanej nocy wymeldowaliśmy się z hostelu i poszliśmy przed siebie. Dużo dreptania nas czekało by na wylotówce łapać pierwszego tajskiego stopa. Zajęło nam to cały dzień przez żar lejący się z nieba, stawanie z napisem nie miało już sensu. Trzeba było znaleźć miejsce na nasz domek. Jedno znaleźliśmy przy małej świątyni lecz po godzinie zaczęło być tam zbyt gwarno więc musieliśmy szukać dalej. Jako jedyni biali w tym miejscu o późnej porze robiliśmy małą sensację i każdy podchodził i chciał nam jakoś pomóc. Jednak wszyscy odsyłali nas w miejsce wyglądające jak przystanek autobusowy (ale nim nie był). W końcu gdy nikt nie patrzał postanowiliśmy wskoczyć w krzaczki i tam się rozłożyć.  Z rana rozstawiliśmy się na wylotówce. Najpierw podjechał do nas bus i za darmo podrzucił nas do małego miasteczka 10 km dalej. Wielkim łukiem ominęliśmy terminal autobusowy by wydostać się z miasteczka i łapać w zaparte dalej stopa.

Po 5 minutach podjechał przemiły pan mówiący po angielsku, który podwiózł nas pod samego Wielkiego Smoka w Suphanburi. Osiągnęliśmy swój mały cel. Pokręciliśmy się trochę, porobiliśmy zdjęcia i z buta ruszyliśmy dalej. Kolejnym celem były wodospady w parku Erewan, od których niestety dzieliło nas trochę kilometrów. Szliśmy i szliśmy szukając dworca kolejowego a żar lejący się z nieba niesamowicie nam to utrudniał. W końcu dotarliśmy na dworzec z którego jedzie jeden pociąg dziennie i to wczesnym rankiem. Niezbyt zaskoczeni tym faktem skorzystaliśmy jedynie z darmowego prysznica, by i tak po paru minutach móc pocić się dalej. Człapaliśmy powoli wzdłuż torów w kierunku kolejnej wylotówki. Gdy znaleźliśmy w końcu cień przycupliśmy by dojść do siebie, lecz nie minęło z 5 minut gdy podjechała jakaś dobra dusza i zabrała nas do swojego klimatyzowanego samochodu. Wyrzucili nas w kolejnym miasteczku tuż przy targu, gdzie napełniliśmy swoje brzuszki pysznym Pad tajem.

Postawiliśmy swoje plecaki, złapaliśmy za tablice i po chwili zatrzymały się, aż dwa samochody. Powiedzieliśmy dokładnie gdzie chcemy jechać a kierowcy zaczęli się między sobą o nas targować. Kobieta wygrała. I tak poznaliśmy Pla…

Gibraltar

W samochodzie czuć było narastające napięcie. Dla każdego miał się zaraz zacząć nowy etap podróży. Anglicy chcieli dostać się do Afryki, zobaczyć Maroko. Nas ciągnęło troszkę dalej. Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy wielkiej góry Gibraltaru. Z każdym kolejnym zakrętem napięcie sięgało zenitu. W końcu ukazał nam się majestatyczny Gibraltar, miejsce wiecznych sporów hiszpańsko angielskich i marzenie podróżników. Zaczęliśmy śpiewać i się cieszyć. Tuż przed granicą wyskoczyliśmy ze swoimi tobołkami , jakby nie daj boże mieli się do czegoś przyczepić i umówiliśmy się już po drugiej stronie. Po tak długim czasie spędzonym w jednym kraju, przekraczaliśmy w końcu granicę. Byliśmy teraz w Wielkiej Brytanii. Czy liczyć to jako 12 kraj?

Anglicy byli zdumieni, że wygląda tu naprawdę jak w ich kraju. Ulice, budynki i budki telefoniczne . Normalna Anglia. Dotarliśmy vanem na sam kraniec Gibraltaru, Europa Point. Przez niektórych niesłusznie uważany za najdalej wysunięty punkt Europy. Stamtąd rozpościerało się już szerokie morze a za nim z mgły wyrastały wzgórza Afryki. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Była jakby na wyciągnięcie ręki. Tak blisko a tak daleko. Nie chcieliśmy marnować dnia wiec wskoczyliśmy do autobusu by podjechać jak najbliżej wejścia i zaczęliśmy wspinaczkę na Rock of Gibraltar.

Z każdym schodkiem ukazywały się nam coraz to lepsze widoki . Po drodze spotkaliśmy wyczekiwane małpki magoty z rodzinny makakowatych. Patrzały na nas znużonymi oczkami i wyczekiwały momentu by zabrać nam to co akurat mieliśmy w łapkach. Niektórym wskakiwały na głowy lub dachy podjeżdżających taksówek pełnych turystów. Ewidentnie były przyzwyczajone do codziennych wizyt ludzi , więc nie były agresywne. Niby dzikie ale jednak udomowione. Weszliśmy trochę wyżej na punkt widokowy skąd mieliśmy fantastyczny widok na cały półwysep. Obracając się wokół własnej osi rozpościerało się przed nami morze, Afryka, miasteczko La Linea i po drugiej stronie zatoki gibraltarskiej wzgórza Algeciras. Mieliśmy niesamowite szczęście do pogody , gdyż najczęściej góra była przykryta chmurami. Zeszliśmy zadowoleni na dół do miasteczka i wróciliśmy do vana pozostawionego na Europa Point. Z braku miejsca na nasz przenośny domek upchaliśmy się z Anglikami na noc do środka. Nad ranem Afryki już niestety nie zobaczyliśmy , gdyż pochłonęła ją mgła. Kręciliśmy się przy granicy zmieniając ją dziennie po kilka razy. Przyszedł w końcu czas pożegnania. Rozliczyliśmy się za paliwo , wymieniliśmy uściski i ze łzami w oczach każdy poszedł w swoją stronę i w końcu zostaliśmy sami.