Tag Archives: Autostop

Ostatnia prosta, opuszczamy Australię

Wiedzieliśmy, że aby dojechać do Rockhampton w jeden dzień musimy znaleźć jednego porządnego stopa. I tak też się stało. Na początku nie chętnie ale w końcu kierowca sam nas zawołał. Kierowca ciężarówki z którym dojechaliśmy prosto do celu. Ze stacji benzynowej odebrał nas już Daniel, nasz nowy host o wyglądzie wikinga. Gdy dojechaliśmy na farmę reszta jego rodzinki już dawno spała więc mieliśmy czas by na spokojnie zaznajomić się z nowym miejscem. W porównaniu z tym co mieliśmy wcześniej było tu jak w pięcio gwiazdkowym hotelu. Przy śniadaniu poznaliśmy resztę ferajny. Emmę – żonę Daniela i trójkę gadatliwych i dość energicznych dzieciaków. Głównie bawiliśmy się z dziewczynkami w wieku 5,6 lat lub zajmowaliśmy uwagę 6 miesięcznemu Jackowi by nie zauważył chwilowej nieobecności mamy. Mieli w posiadaniu dość sporo hektarów włącznie z dosyć sporej wysokości górą, więc gdziekolwiek trzeba było coś naprawić lub po prostu zrobić to jechaliśmy tam samochodem. Karmiliśmy zwierzęta, zbieraliśmy ogródkowe smakołyki i spędzaliśmy czas z rodzinką. Niewiele to miało wspólnego z pracą jedynie angażowało nas przez cały dzień co czasami było dla nas wręcz bardziej wykańczające niż normalna praca ale za to złapaliśmy z nimi wspólne flow. Z przyjemnością tez karmiliśmy 3 razy dziennie dwie przesłodkie miniaturowe kózki. Ich dom umieszczony był na wzgórzu, a nasz nieco poniżej i był cały do naszej dyspozycji.

W między czasie planowaliśmy naszą dalszą podróż. Próbowaliśmy, też znaleźć kolejnego hosta na couchsurfingu, lecz bez skutecznie. Na szczęście gdy Daniel i Emma dowiedzieli się o naszym małym problemie natychmiast zaoferowali nam byśmy zostali dłużej. Zbiegło się to w czasie z przyjazdem kolejnych workawayów z Japonii, więc musieliśmy im zrobić miejsce i przenieść się do kampera. Dwie Japonki – matka i córka przyleciały do Australii na dwa tygodnie prosto z Tokio by zaznać trochę wiejskiego życia. Ich angielski był bardzo ciężki do zrozumienia i często musieliśmy tłumaczyć Emmie o co może Haruko chodzić co rodziło czasem śmieszne sytuacje. Zacieśniło to jeszcze bardziej nasze relacje i aż smutno było nam ich opuszczać. W ostatnią wspólną noc pojechaliśmy w dalszą część ich posiadłości i wraz z rodzicami Emmy zrobiliśmy ognisko. Było piwko, jagnięcina i miła atmosfera. W drodze powrotnej ojciec Emmy złapał węża, dzięki czemu w końcu w Australii udało nam się zobaczyć jakąś niebezpieczną gadzinę na dziko.

Podziękowaliśmy rodzince za wszystko i znów zajęliśmy nasze miejsce na stacji. Stanęliśmy z napisem ale standardowo dopiero bezpośrednia interakcja załatwiła nam ruszenie się z miejsca. Przejechaliśmy odcinek na którym x lat temu jakiś szaleniec zabijał autostopowiczów przez co w Australii jest to teraz zakazane, ale i tak potem utknęliśmy w niezbyt miłym Ilbilbie. Chodziłam pytać a potem przestało cokolwiek przyjeżdżać. Po zmroku zrobił się ruch ale słyszeliśmy tylko nie i nie. W końcu jeden dał się namówić, ale że odjeżdża dopiero o 4 nad ranem i jak wstaniemy to możemy jechać z nim. Wpakowaliśmy się więc w krzaki między tory kolejowe a drut kolczasty, rozłożyliśmy pokracznie nasz rozwalający się domek i ustawiliśmy budzik. O 3 już byliśmy na nogach a o 4 siedzieliśmy w trucku prując do przodu. Słuchaliśmy anegdotek kierowcy a gdy się mu w końcu skończyły to włączył na małym telewizorku Lucyfera. Wylądowaliśy na kolejnej niezbyt łaskawej stacji tuż przed Townsville. Próbowaliśmy na stacji, potem staraliśmy się przejść na kolejną po drugiej stronie autostrady lecz przez ściek polegliśmy. Z pierwotnej stacji jedna kobieta zabrała nas za miasto na kolejną stację skąd przeszliśmy z kilometr by dostać się na wylotówkę na autostradę. Po chwili zabrał nas z tego patowego miejsca jakiś farmer. Jeździliśmy tak ze stacji do stacji i w końcu zaczęliśmy się zastanawiać czy jest sens jechac po pare kilometrów osobówkami. W takim tempie mogliśmy nie zdążyć na nasz samolot a do Cairns było jeszcze daleko. W końcu postanowiliśmy wrócić do miasta by zobaczyć pociągi. Miła starsza parka koło 70 podrzuciła nas pod sam dworzec. Pociąg odjeżdżał oczywiście dopiero rano i moglibyśmy usiąść i czekać ale cena biletu i determinacja namówiły nas by się nie poddawać i jeszcze spróbować złapać tego ostatniego stopa w Australii. Przeszliśmy z 3 kilometry z dworca na naszą pierwotną stację na którą chcieliśmy się dostać. Nastała już noc gdy na nią dotarliśmy. Szybkie odświeżenie i do roboty. Wypytałam tych którzy stali przy dystrybutorach. W końcu podeszłam do grupki kierowców i z udawaną pewnością siebie zapytałam na głos który jedzie do Cairns. Mili koledzy wydali jednogłośnie jednego z nich, który po chwili namowy i chyba presji otoczenia w końcu się zgodził. Krzyś był w szoku gdy po niespełna 15 minutach przybiegłam do niego z dobrymi wieściami. Po chwili siedzieliśmy w ciężarówce, kiwając się ze zmęczenia ale ze łzami w oczach ze szczęścia, że udało nam się to zrobić. Po 4 godzinach byliśmy na miejscu. Dotarliśmy i nasza australijska przygoda dobiegała powoli końca.

Przyjechaliśmy jednak za późno by znaleźć jeszcze otwarty hostel, więc został nam nocleg w parku. Początkowo próbowaliśmy oszukiwać sen i szwendaliśmy się wzdłuż wybrzeża lecz finalnie zapakowaliśmy się w dżdżownice i rozłożyliśmy pod trybunami. Po wielu godzinach nadszedł w końcu upragniony świt, wysypał biegaczy i wygonił nas ze śpiworów. Obserwowaliśmy budzące się do życia miasto, Francuzkich bacpackersów zmierzających na budowę, aborygenów cisnących chwiejnym krokiem by zająć swoją melinową miejscówkę czy też chińsko-japońskich turystów robiących sobie selfie w dziwnych pozach. Zajęliśmy ławeczkę przy ogólnodostępnym basenie i wpychaliśmy w siebie przed wczorajszy chleb z dżemem czekając aż otworzą nam hostel. Ledwo odebraliśmy klucze do pokoju to już leżeliśmy padnięci w naszych łóżkach.

Po paru godzinach mogliśmy znów patrzeć na oczy więc wybraliśmy się na zakupy by spełnić ostatnie z australijskich doświadczeń. No bo jak moglibyśmy opuścić te ziemie bez spróbowania mięsa z kangura. Nie jedząc prawie nic przez ostatnie dwa dni w trasie, burgery z soczystym mięskiem były dla nas jak zbawienie. Mieliśmy siłę by przejść się na spacer by zobaczyć w świetle dnia to co widzieliśmy dotychczas jedynie w nocy. W Cairns plaża owszem była lecz ocean zaczynał się dopiero jakieś 2 kilometry dalej, mimo to wszędzie były tabliczki informujące, iż to teren zawładnięty przez krokodyle. Władze miasta stworzyły za to tuż obok piękny basen z plażą. W hostelu nabraliśmy potrzebnej nam energii i następnego dnia pomaszerowaliśmy na lotnisko. Opuszczaliśmy Australię z nutą ulgi, że to już za nami ale jednocześnie z zadowoleniem, że właśnie to jest za nami. Teraz zaczynamy zasłużone wakacje. Lecimy na Bali…

Marzenia spełniają się w Sydney

W dzieciństwie Krzysztof w Sylwestra oglądał transmisję pokazu fajerwerków nad operą w Sydney. Od tego czasu miasto nie dawało mu spokoju i przerodziło się w jego marzenie. I tak w 31 urodziny udało mu się w końcu je spełnić. Dotarliśmy tu nawet dzień przed. Sydney jednak przywitało nas tłumami ludzi, największą ilością bezdomnych jaką kiedykolwiek widzieliśmy oraz wszędzie walającymi się śmieciami. Spodziewaliśmy się jednak z goła czegoś innego. Po godzinnej wędrówce przez miasto dotarliśmy też do najgorszego hostelu w jakim kiedykolwiek byliśmy. Wejście prowadziło przez garaż i gęstą chmurę ziołowego dymu prosto do istnej meliny. Nie było praktycznie trzeźwej osoby, prócz wesołego menadżera, który oprowadził nas po zawalonej garami i resztkami jedzenia kuchni. Dzięki Bogu łóżka były super wygodne oraz w końcu wzięliśmy gorący prysznic. Z samego rana jednak uciekliśmy z tej obory.

Przenieśliśmy się bliżej centrum do totalnie przeciwnego miejsca. Mieliśmy do dyspozycji czystą kuchnię, przestronne szafki oraz salę telewizyjną. Hostel z prawdziwego zdarzenia. Poszliśmy celebrować urodziny Krzysztofa zwiedzając miasto. Obraliśmy oczywisty kierunek na sławną Sydneyowską operę. Tuz przy ogrodach botanicznych z niedowierzaniem zauważyliśmy stado papug kakadu. Podeszliśmy bliżej by porobić im zdjęcia a one bez żadnego strachu zaczęły nas obchodzić i podszczypywać. Cieszyliśmy się jak małe dzieci mogąc obcować tak z dzikimi ptakami. W końcu wystraszone przejeżdżającym samochodem odleciały, a my w końcu przeszliśmy nad zatokę by zobaczyć operę. Pierwsze wrażenie – Dlaczego taka mała? Myśleliśmy, że będzie o wiele większa od tej na Teneryfie. Jedynie most za nią z powiewającą australijską flagą oraz wieżowce po lewej przypominały, że to jednak Sydney. Spacerkiem zwiedziliśmy ogród botaniczny i po krótkim przystanku pod samą operą udaliśmy się w miasto. Kolonialne niskie budynki tworzyły ciekawą kompozycję z nowoczesnymi wieżowcami. Wszędzie przeplatało się stare z nowym. Centrum miasta było zdecydowanie bardziej urodziwe od tego co widzieliśmy na obrzeżach. Krzysztof spełnił swoje marzenie by zobaczyć Sydney, co prawda bez fajerwerków ale miasto przy okazji dało nam czas by zebrać energię na kolejne kilometry autostopowania.

Po 3 dniach wróciliśmy na autostradę. Tym razem kierunek północ. Czas w Sydney spędziliśmy również na produktywnym poszukiwaniu workawaya na resztę pobytu w Australi. Jechaliśmy więc teraz w rejony Gold Coast. Czekały nas cudowne plaże i praca w multikulturalnej ekipie. Mimo,że aktywnie autostopowaliśmy cały dzień nadal brakowało nam sporo kilometrów do celu i wisiało nad nami widmo nocy spędzonej w namiocie. Determinacja jednak była na tyle silna, że złamaliśmy naszą zasadę nie stopowania po zmroku. To nas uratowało, no i kierowca trucka, który dał się namówić by nas zabrać. Rene, nasz nowy host przyjechał odebrać nas ze stacji i zawiózł prosto do super wygodnego łóżeczka.

Australijski outback

Wylądowaliśmy w Perth. Był to nasz dotychczas najgorszy lot. Klimatyzacja na maxa i w dodatku całą drogę mieliśmy niesamowite turbulencje. Czy to zwiastowało co nas czeka na miejscu? Przeszliśmy bez problemu przez odprawę, niestety bez pieczątki z kangurem w paszporcie na którą liczyliśmy. Chwilę nam zajęło z oswojeniem się z faktem, iż jesteśmy na Australijskiej ziemi. Ruszyliśmy pieszo w kierunku najbliższego sklepu by zrobić zapasy przed wyruszeniem na outback.

Szliśmy i powtarzaliśmy na głos, gdzie dotarliśmy, gdy nagle zatrzymał się samochód i wyskoczył z niego mężczyzna pytając czy nas gdzieś nie podwieźć. Jadąc z nim pierwszy raz usłyszeliśmy historię o mordercy autostopowiczów i że, musimy uważać bo pełno tu szaleńców. Cóż, był to nasz prawie jedyny sposób poruszania się w tym kraju więc zostało nam zaryzykować. Zrobiliśmy porządne zakupy i ruszyliśmy w kierunku autostrady. Trochę podjechaliśmy busem, ale i tak niezły kawałek musieliśmy przejść obładowani. W końcu stanęliśmy z napisem EAST i czekaliśmy. Po jakiś 5 minutach zatrzymała się kobieta w pickupie i podrzuciła nas z 10 km. Wysadziła nas naprzeciwko posterunku policji, gdzie też próbowaliśmy dalej swojego szczęścia. Staliśmy tak chyba z dwie godziny, gdzy w końcu wyszedł do nas policjant i oznajmił z uśmiechem na twarzy, że autostopowanie w Australi jest nielegalne i stąd nikt nas nie zabierze i zasugerował nam przeniesienie się nieco dalej to na pewno nas ktoś zabierze. Dziękujemy za przyzwolenie na łamanie prawa panie oficerze 🙂 Powoli i tak robiło się już późno, więc poszliśmy przed siebie, by poszukać w lesie miejsca na namiot i w końcu coś zjeść. Pierwsza noc w australijskim lesie pełnym jadowitych węży i wielkich pająków. Ku naszemu zdziwieniu nic nas nie zjadło a za to wyśmienicie się wyspaliśmy.

Pełni energii liczyliśmy na to, że zrobimy dziś więcej kilometrów niż poprzedniego dnia. Z pobliskiej stacji znów zabrała nas kobieta i wyrzuciła na kolejnej z 10 kilometrów dalej. Staliśmy z napisem gdy kierowca ciężarówki sam podszedł do nas i zaproponował podwózkę. Rozmowa świetnie się kleiła i gościu tak bardzo chciał nam pomóc, że gdy obok nas przejeżdżał jego kolega jadący w naszym kierunku, to załatwił nam dalszą podwózkę. I tak przeskoczyliśmy z trucka do trucka i jechaliśmy dalej. Steve swoją 80 tonową ciężarówką podwiózł nas do małej mieścinki Coolgadie czyli naszego początku przygody z outbackiem. Mieścinka wyglądała jakby była opuszczona, a wszystkie budynki nie były młodsze niż 50 lat. W jedynym sklepie udało nam się jeszcze kupić chleb i poszliśmy za miasteczko się rozbić. Idąc wzdłuż drogi zobaczyliśmy nasze pierwsze dzikie kangury, które stały w osłupieniu również się na nas gapiąc.
Ruszyliśmy dalej, gdy podjechał do nas w zdezelowanym samochodzie hipis który wyglądał jakby ćpał całą noc. Mimo, iż samochód miał cały zawalony usilnie chciał nas zabrać ze sobą. Wymieniliśmy się porozumiewawczym spojrzeniem z Krzysiem i słowem dziwak oznajmiłam mu, że nie mam ochoty jechać z hipisem więc grzecznie mu podziękowaliśmy i poczekaliśmy aż odjedzie by nie widział w którym kierunku poszliśmy. Faktycznie pełno tu wariatów…

Rozbiliśmy namiot, gdy już było kompletnie ciemno, więc gdy gotowaliśmy zupki, nad głowami mieliśmy drogę mleczną i miliony gwiazd w pełnej okazałości. Zasypialiśmy w praktycznie kompletnej ciszy, co jakiś czas przerywanej ujadaniem dingo gdzieś w oddali. Gdy wyszliśmy nad rankiem z namiotu wszystko było spowite w gęstej mgle. Spakowaliśmy mokry namiot i poszliśmy pustą drogą na skrzyżowanie skąd idealnie każdy mógł nas zobaczyć. Słońce powoli wschodziło ogrzewając zimne powietrze a my staliśmy, potem już leżeliśmy czekając na jakiekolwiek auto. Nagle podjechał nie wiadomo skąd. Zerwaliśmy się na równe nogi i po chwili jechaliśmy z nim na południe. po drodze mijaliśmy tylko drzewa, kangury, więcej martwych kangurów oraz wielkie słone, już teraz wyschnięte jezioro. Wyrzucił nas na stacji w Norseman i pognał dalej na południe. Przed nami była nasza najdłuższa prosta w podróży. Przez całą Australię. Z zachodu na wschód. Próbowaliśmy łapać stopa na wszystkie sposoby. Stać z napisem przy stacji, za stacją, pół kilometra dalej i w końcu zmusić się do pytania bezpośrednio kierowców. To ostatnie było najgorsze do przełamania. Nie dość, że było to dla mnie bardzo krępujące to jeszcze wszędobylskie muchy wchodzące do oczu i nosa nie ułatwiały zadania. Po jakiejś godzinie nagabywania kierowców podeszła do Krzysztofa, który siedział przy plecakach, pasażerka kampera i zaoferowała podwózkę. Dzięki Sarze i jej mężowi wyrwaliśmy się z zadupia by pojechać w jeszcze większe. Za oknem jednostajny krajobraz w postaci płaskiej ziemi porośniętej małymi krzaczkami i charakterystycznymi drzewami z szarą korą. Co jakiś czas mijaliśmy kangury, emu i orły zajadające padlinę na poboczu. Jechaliśmy razem cały dzień z jakieś 700 km i następnego dnia mieliśmy jechać dalej razem. Już mielismy wysiadać by rozbić namiot obok ich kampera, gdy zdecydowali, że możemy spać z nimi w środku. Poczęstowali nas jeszcze kanapkami i wpakowaliśmy się do ciepłych łóżek. Wyruszyliśmy dalej gdy było jeszcze ciemno. Kierowca tak zapieprzał, że gdy uderzył w kangura to usłyszeliśmy tylko huk i dźwięk rozbijanej lampy. Na najbliższym postoju szacowaliśmy straty i przy okazji pooglądaliśmy piękne klify. Przejechaliśmy przez granicę zachodniej Australi z Południową, gdzie normalnie sprawdzają czy nie przewozisz żadnych owoców i warzyw i dalej jechaliśmy przez outback. W końcu dojechaliśmy do Nullarbor (po łacinie – brak drzew), stacji tzw. roadhouse’u z motelem dla podróżnych. Miejsca po środku Australi, gdzie stojąc na środku drogi i patrząc w prawo czy lewo, nie ma nic. Istne pustkowie. Małżeństwo zostawiło nas w tym osobliwym miejscu. Wzieliśmy gorący prysznic, zjedliśmy i próbowaliśmy łapać dalej. Ruch był powalający a dodatkowo wiało i zachodzące słońce zabierało ze sobą jakiekolwiek ciepło. Praktycznie daliśmy za wygraną, gdy podeszła do nas filigranowa starsza pani i zaoferowała nam gorącą herbatę. Pogadaliśmy chwilę i zaoferowała nam jeszcze nocleg w jej motelowym pokoju, gdzie i tak miała dodatkowe łóżko. Nie mieliśmy się co namyślać, w danej sytuacji spadła nam jak z nieba. W pokoju było super przytulnie i ciepło. Robin okazała się aktywną 60 latką przemierzającą samotnie Australię na motocyklu w odwrotnym kierunku niż my. Super pozytywna babka nie dość, że nas ugościła to jeszcze ofiarowała nam trochę smakołyków na drogę. Wygrzani i wyspani podziękowaliśmy jej za pomoc i poszliśmy nagabywać kierowców. Po jakimś czasie przydreptał do nas kierowca ciężarówki i zaczął opowiadać swoją historię życia. Opowiadał o wszystkim i o niczym, Jak poznaliśmy już cały jego życiorys to dopiero dowiedzieliśmy się gdzie jedzie. Transportował dwa karawany i po chwili rozmowy na ten temat, nas też zdecydował się zabrać. Spędziliśmy z nim 3 dni. Jadaczka mu się nie zamykała i ciągle o czymś nawijał. Jedynie wieczorem trzeba było ciągnąć temat, gdy ten prawie przysypiał za kierownicą. My z Krzysiem noc spędzaliśmy w nowiuśkim kamperze, w którym było minimalnie cieplej niż w namiocie. Powoli dojeżdżaliśmy do cywilizacji, bo stacje z restauracjami zaczęły się przeradzać w małe mieścinki. Po drodze i tak przejechaliśmy z dwa kangury. Gdy minęliśmy pierwsze z większych miast Port Augusta, teren z płaskiego zmienił się w lekko górzysty i do kangurów i emu dołączyły kozy i owce. W końcu po 3 dniach rozstaliśmy się z Larrym w małej mieścince Dubbo. Znów stanęliśmy przy drodze , tym razem z napisem Sydney. Ostatni strzał i zrealizujemy założony wcześniej plan dotarcia do Sydney na Krzysztofowe urodziny. Staliśmy zajadając kanapki, gdy po jakiejś pół godzinie zatrzymał się ciemnoskóry mężczyzna z córką. Akurat jechali do Sydney. Przez co raz to większe miasteczka i przez Niebieskie góry w ciągu 3 godzin dojechaliśmy do jednej z dzielnic Sydney, Black Town. Do centrum dotarliśmy pociągiem. Udało nam się Coś co wcześniej wydawało nam się debilnie nierealne, właśnie się ziściło i to w 6 dni. Z Perth do Sydney przez outback. Kolejna niezapomniana przygoda.

Życie w dżungli

Zaraz po opuszczeniu pociągu czekały nas wszystkie procedury związane z przejściem granicy. Z pieczątką w paszporcie wyszliśmy na miasto. Od razu było widać, że to muzułmański kraj. Wszyscy w tradycyjnych strojach patrzeli się na nas z raczej przyjazną ciekawością. Usadowiliśmy się po środku wielkiego targu i obserwowaliśmy ludzi czekając na naszego kolejnego hosta. Finalnie podjechał po nas jego ojciec. W samochodzie wielkości tico zabrał nas do swojej przy uniwersyteckiej restauracji. Popularna w Malezji w formie bufetu z przepysznym jedzeniem do wyboru. Ugościł nas i przybliżył nieco swoją kulturę. Byli tradycyjną muzułmańską rodziną i poprzez couchsurfing chcieli oczyścić swoje dobre imię uświadamiając innych, że tak naprawdę są życzliwymi ludźmi a nie mordującymi się nawzajem zwierzętami jak to pokazują w telewizji za pomocą ISIS. Oczywiście mieli swoje tradycyjne sztuki walki o nazwie silat, z którymi nas potem zaznajomili, jednak wyglądało to dla nas bardziej jak teatralna sztuka. Żyli bardzo skromnie. Cała wieloosobowa rodzina mieszkała w jednym wielkim pokoju. Spaliśmy tak jak oni na ziemi z jedną różnicą w formie namiotu, który robił nam za moskitierę. Niedaleko ich chatki był park krajobrazowy Gua Kelam (Jaskinia Ciemności) z najpiękniejszą jaskinią jaką w życiu widzieliśmy. Głęboką na 370 metrów z bardzo wysokim stropem robiła mega wrażenie. Po drugiej stronie w dolinie Wan Tangga był piękny park z rzeką po środku i drugą równie piękną jaskinią. Wszystko to zobaczyliśmy za niecałą złotówkę bo tyle kosztował nas wstęp. Tak tanio, a miejsce praktycznie było pozbawione turystów. Zahiri nasz oficjalny host nie miał za wiele czasu dla nas, gdyż uczył małe dzieciaki sztuk walki ale i tak dowiedzieliśmy się wiele na temat ich tradycji i życia. Zaoferował się zawieźć nas na prom w Kuala Perlis i przy okazji pokazać meczet. W końcu mogliśmy zobaczyć muzułmańską świątynię od środka nie będąc wyznawcami. Podziękowaliśmy Zahiriemu i udaliśmy się na prom na wyspę Langkawi. Miejsca dla pasażerów były w środku, więc jedynie przez małe okienko podziwialiśmy niebieściutką wodę i wyrastające z niej małe wysepki. Na samej wyspie mało było nowoczesności. Wszystko bardziej wyglądało jakby pozostało w latach 90. Standardowo z buta ruszyliśmy do położonego jakieś 20 km dalej Pantai Cenang, jednak szybko przyciągnęliśmy wzrok bardzo miłej młodej kobiety, która specjalnie się zatrzymała i ochoczo podwiozła nas pod sam hostel. Mieścinka, a właściwie pełno straganów i sklepów rozstawionych wzdłuż jednej ulicy wyglądała podobnie jak nasze nadmorskie deptaki. Zaraz za główną drogą rozpościerała się plaża zastawiona wszelkim możliwym sprzętem przeznaczonym do wodnej rekreacji. Odeszliśmy dalej by tuż naprzeciw resortów cieszyć się ciepłą lazurową wodą. Żar lał się z nieba i człowiekowi ciężko było oddychać, a taka pogoda miała nam towarzyszyć przez najbliższe prawie dwa miesiące. Byliśmy umówieni z gościem, który prowadził na wyspie w dżungli małe spa a my mieliśmy być jego wolontariuszami. Po wymianie detali nagle przestał się odzywać i zaczynaliśmy już panikować, że zostaliśmy z niczym gdy nagle dał nam znać, że na nas czeka. Zabraliśmy nasze manatki i tyłki z hostelu i ze spokojem ducha poszliśmy przez wyspę w kierunku dżungli.

Zrobiliśmy prawie 10 km z buta. Prawie bo miły chińczyk zatrzymał się o zaoferował podwózkę. Na Langkawi to chyba normalne. W końcu dotarliśmy do naszego hosta. Eric okazał się niezbyt wymagającym, zabawnym gejem i jedyne czego od nas oczekiwał to wypełnianie zadań z prostej check listy. Mieliśmy karmić jego zwierzaki, sprzątać w spa i pokojach przeznaczonych na Airbnb. Po dwóch dniach wszystkie zadania zajmowały nam mniej niż 2 godziny z umówionych 4. Nasza sypialnia była w domku na drzewie, a codziennie po przebudzeniu mieliśmy widok na gęsty las deszczowy. Obserwowaliśmy z niego małpki skaczące z drzewa na drzewo, całą rzeszę różnistych ptaków, jakich nie widzieliśmy nigdzie indziej oraz wszelkie mniej lubiane przez nas robactwo. Był to czas prawdziwego lenistwa, a naszymi jedynymi kompanami były 3 psy, kot i wielki gekon mieszkający w naszym domku. Eric przyjeżdżał jedynie by zająć się klientami lub by przywieźć jedzenie dla psów, więc większość czasu byliśmy pozostawieni sami sobie. Do swojej dyspozycji mieliśmy dwa rowery i dogorywający skuter ale bez nich poruszanie się po wyspie było by raczej niemożliwe, gdyż wszędzie było bardzo daleko. Jak to bywa w Azji, taniej było nam się stołować we wsi u lokalsów niż samemu gotować więc po dwóch tygodniach już większość mieszkańców nas kojarzyła. Jedynie by uczcić Wielkanoc zrobiliśmy wyjątek gotując polski obiad.

Jedzenie było naprawdę wyśmienite, szczególnie u naszej pani jak ją nazywaliśmy, rodowitej Tajki. Bywaliśmy u niej dzień w dzień, a gdy wyjechała na wakacje to myśleliśmy, że będziemy głodować.
Każdy dzień wyglądał praktycznie tak samo. Pobudka, śniadanie, obowiązki, spacer do wsi na lunch, czas dla siebie, który przeważnie spędzaliśmy w domku na drzewie uciekając pod wiatrak przed skwarem. Potem ponowny spacer na kolację i ucieczka do domku tym razem przed krwiopijcami. Codziennej rutynie wtórował pięć razy dziennie głos modlitwy dobiegający z pobliskiego meczetu.

Oczywiście nudziło nam się strasznie i po obejrzeniu już całego Netflixa i zaplanowaniu reszty podróży nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. W weekendy wybieraliśmy się na wycieczki. Najczęściej do oddalonego o 10 km Pantai Cenang na plażę i żeby coś przegryźć. Zwiedziliśmy również północną część wyspy przez co prawie wyzionęliśmy ducha. Podjazdy były dosyć strome a na średniej jakości rowerach przy 35 stopniach było to wręcz ekstremalne, ale za to dotarliśmy do przepięknej plaży z widokiem na naszą ukochaną Tajlandię. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na plaży przy marinie by na spokojnie już położyć się na kocyku i dać odpocząć mięśniom. Pogoda szybko się zmieniła i z gór zeszła do nas burza. Gdzieś tam w oddali poburkiwała złowieszczo na nas zsyłając jedynie hektolitry wody. Staliśmy sobie więc bez wzruszenia pod drzewem pozwalając by deszcz po nas spływał. Po wszystkim ruszyliśmy w kierunku domu obserwując przepiękne obłoki pary, które oddawała ochłodzona dolina. Prawdziwie hipnotyzujący widok. Na wyspie pogoda zawsze zmieniała się bardzo szybko. Rano gdy wstawaliśmy piekło słońce a podczas pracy nagle słyszeliśmy spadający wodospad, który zwiastował ulewę. Spalona ziemia z zaskoczenia nie mogła przyjąć naraz tyle wody więc natychmiast wszelki płaski teren był zalewany. Raz nawet musieliśmy zabrać wszystkie zwierzaki do jednego z pokoi bo inaczej brodziły by po brzuszki w wodzie. Deszcz przynosił chwilową ulgę, lecz po chwili znów było duszno i wychodziło na wierzch wszelkie paskudztwo. Węże, wielkie pająki i co najgorsze kleszcze postanawiały wtedy na raz nas odwiedzić.

Czas bardzo się dłużył i odliczaliśmy już dni do ponownego wyruszenia w drogę. Tydzień przed wyjazdem naszą rutynę rozbili pierwsi goście Erika w jego Airbnb. Dwie Francuzki zostały z 3 dni by cieszyć się dżunglą, sensualnymi masażami i ćwiczeniami tai chi o poranku. Erik gotował im oczyszczające posiłki i organizował czas wolny. Mieliśmy szczęście na tym skorzystać wybierając się z nimi na zwiedzanie lasów mangrowych na pokładzie łodzi z przystankiem na jaskinie z tysiącem nietoperzy i rybią farmą gdzie zaprezentowano nam wszelkie gatunki lokalnych morskich stworów. Pod koniec wypłynęliśmy bardziej w pełne morze by podziwiać przepływającą rodzinę delfinów. Erik w swoim programie miał jeszcze jogę na plaży, więc my w tym czasie po całym dniu na słońcu schładzaliśmy się w morzu.
Zaraz po Francuzkach na samo Airbnb przyjechała Anna z Australii, z którą spędzaliśmy dość dużo czasu. Zasięgnęliśmy od niej wiele przydatnych informacji o tym co nas wkrótce będzie czekać. Była mega pozytywnie zakręcona i zdecydowanie urozmaiciła nam ostatnie dni w dżungli. Anna pojechała w końcu dalej w swoją stronę a Erik w nasz ostatni wieczór zabrał nas na przepyszną kolację do wioski rybackiej. Idealne pożegnanie Langkawi. Z samego rana Erik podrzucił nas na lotnisko. Podekscytowani przed kolejnym etapem podróży czekaliśmy na nasz lot. Lecimy dalej. Z tropikalnego lasu do miejskiej dżungli.

Rajskie Tajskie Plaże. Krabi – Railay Beach

Krabi to typowo turystyczne miasteczko ze straganami, drogimi turystycznymi agencjami i zalewającymi to wszystko rzeszami turystów. Główny bazar wieczorem był tak zatłoczony, że poruszanie się od stoiska do stoiska było prawie nie możliwie. Miasteczko, białą świątynię i spacer wzdłuż Pak Nam można było zaliczyć w ciągu jednego dnia. Piękne plaże, krajobrazy i cała magia działy się jednak gdzie indziej. Lokalnym busikiem wybraliśmy się do Ao Nang położonym nad Morzem Adamańskim małym miasteczkiem z czystymi plażami, czystą ciepłą wodą i rajskim krajobrazem. Chcieliśmy jak najszybciej poczuć ciepły piasek pod stopami więc od razu udaliśmy się do hostelu by pozbyć się tobołów. Tajska księżniczka za kontuarem recepcji rzuciła fochem gdy przyszliśmy bez rezerwacji i zaczęliśmy tłumaczyć jej sytuację tak jak wcześniej w Hanoi. Finalnie zrobiliśmy rezerwację na bookingu i wtedy zaprowadziła nas do pokoju. Pokój mieścił z 10 osób i miał balkon z widokiem na ulicę i drogie hotele po drugiej stronie ulicy. Stąd na plażę mieliśmy z 10 minut. Okolica była pełna turystów, małych restauracyjek i kolorowych straganów. Wieczorem na ulice wychodziły poprzebierane w suknie balowe dragqueen zachęcające do oglądania ich egzotycznego show. Wyszła nam na dobre wcześniejsza wizyta w tanim Bangkoku, bo teraz nie rzucaliśmy się na wszystko jak pozostali turyści. Ceny były podobne do polskich więc zostawilibyśmy tu chyba majątek. Nie odmówiliśmy sobie natomiast wycieczki na Railay Beach – podobno jednej z najpiękniejszych tajskich plaż. Można było do niej dostać się jedynie szybką łodzią, więc z rana zasiedliśmy z resztą turystów do wątpliwej konstrukcji jednostki by po jakiś 20 minutach pływać w przeźroczystej wodzie. Musieliśmy jakoś zaplanować by zobaczyć jak najwięcej. Postanowiliśmy najpierw zmęczyć się na kajakach. Gość z obsługi wręczył nam nie przemakającą torbę gdzie wpakowaliśmy aparat i powiosłowaliśmy eksplorować okolicę. Woda była niesamowicie przejrzysta. Idealnie było widać małe ławice żółto czarnych rybek. Dzięki odpływowi mogliśmy wpłynąć do jaskini która normalnie była zalana. Otoczenie było tak zjawiskowe, że chcieliśmy to uwiecznić. Popełniłam jednak kuriozalny błąd i opuściłam kajak rozcinając sobie przy tym rękę o ostre skały. Zaniechaliśmy próby robienia zdjęć i powiosłowaliśmy w stronę kolejnej plaży. Na szczęście rana obmyta słoną wodą zaskakująco szybko się zagoiła. Na plaży piasek był tak biały, że aż raził w oczy. Istny raj na ziemi. Niebiańska plaża. Pozachwycaliśmy się i popłynęliśmy kajakiem, skacząc na falach zostawianych przez szybkie łódki z powrotem do wypożyczalni. Z buta już dostaliśmy się na plażę tuż przy świątyni z penisami. W internecie ludzie rozpisywali się oczywiście, że jest to miejsce „must see” ale na nas większe wrażenie zrobiła grota tuż obok. Ze sklepieniem wiszącym nas przejrzystą wodą. Na zmianę chłodziliśmy się w przyjemnej wodzie i smażyliśmy na bezlitosnym słońcu. Tuż przy plaży po drzewach rosnących na terenie jednego z resortów skakały czarne małpki, które robiły za dodatkową atrakcję. Głód i zmęczenie słońcem pomogło nam opuścić ten cudny raj i wrócić łodzią z powrotem do Ao Nang. Napełniliśmy brzuszki gotowym smażonym ryżem z 7 eleven a nasza skóra jeszcze skwierczała po całym dniu na słońcu gdy kładliśmy się spać.

Jeszcze parę dni nacieszyliśmy się tym rajem lecz w końcu przyszedł czas by wrócić do Krabi. Krzysztof znalazł nam przemiły nie drogi resort z basenem skąd mieliśmy bliżej do Jaskini Tygrysa, która była jako kolejna na naszej liście do zobaczenia. Jednak finalnie to nie jaskinia (która wyglądała sztampowo i zrobiona była jakby na pokaz) a świątynia Wat Tham Sena, położona na wzgórzu do której prowadziło jakieś 1200 schodów, zrobiła na nas o wiele większe wrażenie. Na szczycie lśniły 3 złote posągi Buddy i rozciągała się stąd piękna panorama całej prowincji. Słońce tak grzało, że wytrzymaliśmy tu jedynie z 10 minut i rozpoczęliśmy wędrówkę z powrotem w dół po bezlitosnych schodach.

Opuściliśmy Krabi łapiąc standardowo stopa. Zabrała nas mega pozytywna rodzinka. Nie dość, że poczęstowali nas ananasem to zaprosili na wspólny lunch. Podrzucili nas do miasteczka o nazwie Trang, skąd dalej już z miłym gościem prosto do Mae Khari, gdzie mieliśmy spotkać naszego kolejnego hosta.