Balijskie wakacje

Azja powitała nas standardowo czyli masą naganiaczy z kurwikami w oczach na widok białego. My już jako azjatyccy weterani przeszliśmy obok nich bez wzruszenia, nawet gdy szli ciągle za nami nie robili już na nas żadnego wrażenia. Wylądowaliśmy po północy więc znów musieliśmy czekać do rana aż nasz pensjonat się otworzy. Najpierw padło na plażę w Kucie a potem deszcz wygonił nas do Mcdonaldu. Gdy przestało lać resztę czasu aż do zmierzchu spędziliśmy na obserwowaniu grupki Balijczyków obcinających drzewa z gałęzi. W pensjonacie padliśmy jak muchy i dopiero po południu dołączyliśmy do rzeki białych turystów przewalających się przez imprezową Kutę. Azja znów nas porwała. Ich pyszne jedzenie, atmosfera i kuszące ceny umiejętnie opróżniały nas portfel. Jak w Australi zaciskaliśmy pasa tak tutaj chodziliśmy obżarci jak bąki. W Kucie zostaliśmy tylko jeden dzień co uczciliśmy porządnym Bintangiem na plaży.

Załatwiliśmy sobie transport na jedną z podobno piękniejszych wysp w tym rejonie – Nusę Lembongan. Z samego rana gościu z agencji przyjechał nas odebrać i zawiózł prosto do przystani w Sanur skąd już szybką łodzią dopłynęliśmy na Nusę. Dobrze, że wzięłam wcześniej moje tabletki na chorobę morską bo przy wyjątkowo wzburzonym morzu było by ciężko. Wylądowaliśmy na malowniczej wysepce, oczywiście azjatycko zaśmieconej, ale za to widoki miała jedna z najlepszych jakie widzieliśmy podczas naszej podróży. Doczłapaliśmy do naszego kolejnego pensjonatu gdzie ugościli nas na wstępie mrożoną herbatą. Byśmy nie musieli się nudzić czekając na pokój zaproponowali nam nawet skuter za darmo dzięki czemu mogliśmy od razu rozejrzeć się po wyspie. Prócz żarciowni pojechaliśmy zobaczyć plażę. Od plaży biła taka jasność, że bez okularów praktycznie nie dało się tego wszystkiego oglądać. Woda miała kolor przechodzący z jasnego zielonego przez turkusowy do niebieskiego, a przy samym brzegu wyglądała jak mleko. Nie mogliśmy się doczekać by wskoczyć do tej cudownej wody. Tym razem poszliśmy tylko zanurzyć nogi. Nawet nie zdążyłam wejść do wody jak Krzyś już zdążył wrócić z krwawiącą stopą. Dostał jedną z cegłówek w postaci korala, których było pełno w tej pięknej zwodniczej wodzie. Później na mieście widzieliśmy pełno pobandażowanych turystów, a przy odpływie zobaczyliśmy sprawcę w całej okazałości. Wyspa wraz z jej sąsiadującą siostrą Nusą Ceningan dostarczały niezapomnianych widoków. Lazurowa woda z buzującą białą pianą po rozbiciu o skały robiły za dodatkowe widowisko. Na skuterze objechaliśmy wszystkie ciekawe miejsca raz dwa przy okazji spalając się na skwarki. W wieczór przed powrotem na Bali, przeszliśmy się ostatni raz na spacer po plaży. I tak jak przez cały nasz pobyt tutaj Bali było ciągle zachmurzone to tego wieczoru przewiało wszystkie chmury i naszym oczom ukazał się wulkan Agung. Z rana znów poobijaliśmy się szybką łódką na falach i pojechaliśmy do super turystycznego Ubud.

Miasteczko było wręcz zalane przez turystów z całego świata. Z miejsca gdzie wyrzucił nas kierowca mieliśmy z kilometr do naszego guesthouse’u, więc idąc spacerkiem mogliśmy się przyjrzeć na spokojnie okolicy. Wchodząc wprost z ulicy na teren ośrodka mieliśmy wrażenie jakbyśmy weszli do Narni. Przed nami ukazał się wielki gęsty ogród z własną świątynią i podestem wyłożonym poduszkami gdzie mieliśmy spożywać nasze śniadania. Nasz pokój był bardzo podstawowy ale otoczenie nadrabiało za to w nadmiarze. Po chwili wytchnienia wybraliśmy się na spacer po Ubud. Wylądowaliśmy w jednej z przydrożnych knajpek na standardowym nasi goreng czyli smażonym ryżu z warzywami. Dalej, pełne energii nogi poniosły nas w górę gdzie wspięliśmy się by zobaczyć balijskie pola ryżowe w formie tarasów. Widok nas kompletnie pozytywnie zaskoczył. Dodatkowo powoli zachodzące słońce nadało temu miejscu wyjątkowy klimat. Po środku tarasów znaleźliśmy małą uroczą knajpkę gdzie za śmieszne pieniądze rozkoszowaliśmy się widokiem przy smażonym ryżu i mrożonej herbacie. Byliśmy w szoku, że w takim miejscu nie kasują jak za zboże i nie jest zalane turystami. Następnego dnia obudziliśmy się pogryzieni przez jakieś paskudztwo. Nie wiedzieliśmy czy to było coś co przywieźliśmy ze sobą z poprzedniego miejsca czy żyło już w naszej aktualnej pościeli. Krzysztof wyglądał jakby przechodził ospę bo miał kropkę na kropce. Ja na szczęście aż tak nie ucierpiałam. Przeszukaliśmy cały pokój ale nie znaleźliśmy żadnego śladu jakiegokolwiek robaczka, a ewidentnie nie były to ślady po komarach. Cóż, raj trochę stracił na swoim uroku. Mieliśmy jednak dalej ochotę by go eksplorować. Poszliśmy do jednego ze sławniejszych miejsc w Ubud czyli do Lasu Małp. Mimo wielu turystów można było tutaj odpocząć od zgiełku ulicy i zobaczyć świątynie poukrywane w lesie, no i oczywiście wszędzie chodzące małpy. Wieczór zleciał nam w jednej z naszych ulubionych knajpek w towarzystwie Caroline i Kevina, z którymi poznaliśmy się podczas naszego workaway’a w Australii, a którzy tez akurat przylecieli na Bali. Tak jak my byli już ponad rok w podróży i mimo bariery językowej (byli Francuzami i angielski nie był ich mocną stroną) miło spędziliśmy czas przy piwie wspominając doświadczenia z Australii.

Przenieśliśmy się na obrzeża Ubud do innego pensjonatu by mieć bliżej do reszty atrakcji. Wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy zobaczyć świątynie Goa Gajah, gdzie mogliśmy wypróbować nasze wcześniej na targu zakupione tradycyjne sarongi. Cały kompleks wyglądał bardzo ciekawie. Stare, kamienne bloki idealnie współgrały z intensywnie zieloną roślinnością. Sama jednak jaskinia robiła wrażenie jedynie z zewnątrz. Prosto z Goa Gajah pojechaliśmy przez malownicze wioski na wodospad Tegenungan. Mieliśmy nadzieję na kąpiel, niestety z racji pory deszczowej było to zakazane, ale i tak nacieszyliśmy oko cudowną naturą. Dzień kolejny tez zakładał wycieczkę rowerową jedynie bardziej zaawansowaną. Po licznych zjazdach i wjazdach, przerwie na zimną herbatkę, zawale serca i znów paru zjazdach i podjazdach w końcu dotarliśmy do świątyni Gunung Kawi Sebatu. Ubrani w sarongi mogliśmy się wczuć w klimat świątyni obserwując jak jakaś mniszka dokonuje tradycyjnych obrządków na wpół zanurzonych w świętej wodzie wiernych. Po chwili przenieśliśmy się nad pokaźny staw pełen ryb i relaksowaliśmy się rzucając im jedzenie. Ruszyliśmy do kolejnej ze świątyń. W świątyni Tirta Empul wierni i turyści mogli przejść rytualne obmycie na bardziej masową skalę. W dwóch wielkich basenach ludzie w sarongach obmywali sobie głowy w wodzie wylatującej ze specjalnych otworów w murze. Niektórzy ofiarowali bogom specjalne wianki, które wcześniej widzieliśmy wszędzie porozkładane na ulicach. Po chwili namysłu też wpakowałam się do wody, nie tyle co dla jakiegoś duchowego przeżycia co by po prostu się schłodzić. Gdy dojechaliśmy do kolejnej ze świątyń Pura Gunung Kawi i tak już byłam cała sucha. Jedynie sarong puścił trochę farby przez co miałam całe niebieskie ręce. Wróciliśmy do pokoju kompletnie wypompowani i po obejrzeniu jednego odcinka Vikingów poszliśmy spać. Nie dane nam jednak było się wyspać bo gdzieś koło 11 w nocy obudził nas silny wstrząs. Na Lomboku (wyspie obok) znów było trzęsienie ziemi i odczuliśmy je bardzo wyraźnie. Wszystko zaczęło skrzypieć, psy ujadały więc po sekundzie zerwaliśmy się z łóżek i wyszliśmy na zewnątrz. Po chwili przestało. Byliśmy w szoku, ale wróciliśmy z powrotem do łóżek. Przez resztę nocy zahuśtało nam jeszcze z parę razy. Z samego rana zabraliśmy nasze manatki i poszliśmy spróbować znaleźć bemo czyli lokalny tani busik który zawiezie nas do Denpasar a potem do portu w Gilimanuk skąd już promem na Jawę. Po długich negocjacjach w końcu udało się Krzysiowi zejść z ceny choć i tak dalej zapłaciliśmy turystyczną kwotę. Potem przeskoczyliśmy do jeszcze innego bemo by w końcu dotrzeć na terminal w Denpasar. Zostało nam tylko jeszcze spędzić z 3 godziny w ścisku z lokalsami dostając co jakiś czas dymem z fajki po twarzy, jednocześnie pilnując by żadne z naszych bagaży nie wypadło przez wiecznie otwarte drzwi busika. Lekko wygniecieni dotarliśmy do portu w Gilimanuk. Po drugiej stronie cieśniny balijskiej widzieliśmy już Jawę. Zakupiliśmy bilety i umieściliśmy się na górnym pokładzie starego zardzewiałego promu. Po chwili machaliśmy na pożegnanie wyspie Bali patrzac z ciekawością do przodu w strone Jawy.

Ostatnia prosta, opuszczamy Australię

Wiedzieliśmy, że aby dojechać do Rockhampton w jeden dzień musimy znaleźć jednego porządnego stopa. I tak też się stało. Na początku nie chętnie ale w końcu kierowca sam nas zawołał. Kierowca ciężarówki z którym dojechaliśmy prosto do celu. Ze stacji benzynowej odebrał nas już Daniel, nasz nowy host o wyglądzie wikinga. Gdy dojechaliśmy na farmę reszta jego rodzinki już dawno spała więc mieliśmy czas by na spokojnie zaznajomić się z nowym miejscem. W porównaniu z tym co mieliśmy wcześniej było tu jak w pięcio gwiazdkowym hotelu. Przy śniadaniu poznaliśmy resztę ferajny. Emmę – żonę Daniela i trójkę gadatliwych i dość energicznych dzieciaków. Głównie bawiliśmy się z dziewczynkami w wieku 5,6 lat lub zajmowaliśmy uwagę 6 miesięcznemu Jackowi by nie zauważył chwilowej nieobecności mamy. Mieli w posiadaniu dość sporo hektarów włącznie z dosyć sporej wysokości górą, więc gdziekolwiek trzeba było coś naprawić lub po prostu zrobić to jechaliśmy tam samochodem. Karmiliśmy zwierzęta, zbieraliśmy ogródkowe smakołyki i spędzaliśmy czas z rodzinką. Niewiele to miało wspólnego z pracą jedynie angażowało nas przez cały dzień co czasami było dla nas wręcz bardziej wykańczające niż normalna praca ale za to złapaliśmy z nimi wspólne flow. Z przyjemnością tez karmiliśmy 3 razy dziennie dwie przesłodkie miniaturowe kózki. Ich dom umieszczony był na wzgórzu, a nasz nieco poniżej i był cały do naszej dyspozycji.

W między czasie planowaliśmy naszą dalszą podróż. Próbowaliśmy, też znaleźć kolejnego hosta na couchsurfingu, lecz bez skutecznie. Na szczęście gdy Daniel i Emma dowiedzieli się o naszym małym problemie natychmiast zaoferowali nam byśmy zostali dłużej. Zbiegło się to w czasie z przyjazdem kolejnych workawayów z Japonii, więc musieliśmy im zrobić miejsce i przenieść się do kampera. Dwie Japonki – matka i córka przyleciały do Australii na dwa tygodnie prosto z Tokio by zaznać trochę wiejskiego życia. Ich angielski był bardzo ciężki do zrozumienia i często musieliśmy tłumaczyć Emmie o co może Haruko chodzić co rodziło czasem śmieszne sytuacje. Zacieśniło to jeszcze bardziej nasze relacje i aż smutno było nam ich opuszczać. W ostatnią wspólną noc pojechaliśmy w dalszą część ich posiadłości i wraz z rodzicami Emmy zrobiliśmy ognisko. Było piwko, jagnięcina i miła atmosfera. W drodze powrotnej ojciec Emmy złapał węża, dzięki czemu w końcu w Australii udało nam się zobaczyć jakąś niebezpieczną gadzinę na dziko.

Podziękowaliśmy rodzince za wszystko i znów zajęliśmy nasze miejsce na stacji. Stanęliśmy z napisem ale standardowo dopiero bezpośrednia interakcja załatwiła nam ruszenie się z miejsca. Przejechaliśmy odcinek na którym x lat temu jakiś szaleniec zabijał autostopowiczów przez co w Australii jest to teraz zakazane, ale i tak potem utknęliśmy w niezbyt miłym Ilbilbie. Chodziłam pytać a potem przestało cokolwiek przyjeżdżać. Po zmroku zrobił się ruch ale słyszeliśmy tylko nie i nie. W końcu jeden dał się namówić, ale że odjeżdża dopiero o 4 nad ranem i jak wstaniemy to możemy jechać z nim. Wpakowaliśmy się więc w krzaki między tory kolejowe a drut kolczasty, rozłożyliśmy pokracznie nasz rozwalający się domek i ustawiliśmy budzik. O 3 już byliśmy na nogach a o 4 siedzieliśmy w trucku prując do przodu. Słuchaliśmy anegdotek kierowcy a gdy się mu w końcu skończyły to włączył na małym telewizorku Lucyfera. Wylądowaliśy na kolejnej niezbyt łaskawej stacji tuż przed Townsville. Próbowaliśmy na stacji, potem staraliśmy się przejść na kolejną po drugiej stronie autostrady lecz przez ściek polegliśmy. Z pierwotnej stacji jedna kobieta zabrała nas za miasto na kolejną stację skąd przeszliśmy z kilometr by dostać się na wylotówkę na autostradę. Po chwili zabrał nas z tego patowego miejsca jakiś farmer. Jeździliśmy tak ze stacji do stacji i w końcu zaczęliśmy się zastanawiać czy jest sens jechac po pare kilometrów osobówkami. W takim tempie mogliśmy nie zdążyć na nasz samolot a do Cairns było jeszcze daleko. W końcu postanowiliśmy wrócić do miasta by zobaczyć pociągi. Miła starsza parka koło 70 podrzuciła nas pod sam dworzec. Pociąg odjeżdżał oczywiście dopiero rano i moglibyśmy usiąść i czekać ale cena biletu i determinacja namówiły nas by się nie poddawać i jeszcze spróbować złapać tego ostatniego stopa w Australii. Przeszliśmy z 3 kilometry z dworca na naszą pierwotną stację na którą chcieliśmy się dostać. Nastała już noc gdy na nią dotarliśmy. Szybkie odświeżenie i do roboty. Wypytałam tych którzy stali przy dystrybutorach. W końcu podeszłam do grupki kierowców i z udawaną pewnością siebie zapytałam na głos który jedzie do Cairns. Mili koledzy wydali jednogłośnie jednego z nich, który po chwili namowy i chyba presji otoczenia w końcu się zgodził. Krzyś był w szoku gdy po niespełna 15 minutach przybiegłam do niego z dobrymi wieściami. Po chwili siedzieliśmy w ciężarówce, kiwając się ze zmęczenia ale ze łzami w oczach ze szczęścia, że udało nam się to zrobić. Po 4 godzinach byliśmy na miejscu. Dotarliśmy i nasza australijska przygoda dobiegała powoli końca.

Przyjechaliśmy jednak za późno by znaleźć jeszcze otwarty hostel, więc został nam nocleg w parku. Początkowo próbowaliśmy oszukiwać sen i szwendaliśmy się wzdłuż wybrzeża lecz finalnie zapakowaliśmy się w dżdżownice i rozłożyliśmy pod trybunami. Po wielu godzinach nadszedł w końcu upragniony świt, wysypał biegaczy i wygonił nas ze śpiworów. Obserwowaliśmy budzące się do życia miasto, Francuzkich bacpackersów zmierzających na budowę, aborygenów cisnących chwiejnym krokiem by zająć swoją melinową miejscówkę czy też chińsko-japońskich turystów robiących sobie selfie w dziwnych pozach. Zajęliśmy ławeczkę przy ogólnodostępnym basenie i wpychaliśmy w siebie przed wczorajszy chleb z dżemem czekając aż otworzą nam hostel. Ledwo odebraliśmy klucze do pokoju to już leżeliśmy padnięci w naszych łóżkach.

Po paru godzinach mogliśmy znów patrzeć na oczy więc wybraliśmy się na zakupy by spełnić ostatnie z australijskich doświadczeń. No bo jak moglibyśmy opuścić te ziemie bez spróbowania mięsa z kangura. Nie jedząc prawie nic przez ostatnie dwa dni w trasie, burgery z soczystym mięskiem były dla nas jak zbawienie. Mieliśmy siłę by przejść się na spacer by zobaczyć w świetle dnia to co widzieliśmy dotychczas jedynie w nocy. W Cairns plaża owszem była lecz ocean zaczynał się dopiero jakieś 2 kilometry dalej, mimo to wszędzie były tabliczki informujące, iż to teren zawładnięty przez krokodyle. Władze miasta stworzyły za to tuż obok piękny basen z plażą. W hostelu nabraliśmy potrzebnej nam energii i następnego dnia pomaszerowaliśmy na lotnisko. Opuszczaliśmy Australię z nutą ulgi, że to już za nami ale jednocześnie z zadowoleniem, że właśnie to jest za nami. Teraz zaczynamy zasłużone wakacje. Lecimy na Bali…

Życie na farmie

Podziękowaliśmy Kimberley i Marco za wspólnie spędzony czas i nad ranem Marco podrzucił nas na stację skąd od razu złapaliśmy stopa do Rockhampton. Znowu wracaliśmy na południe do miejsca położonego jakieś 1,5 godziny drogi od Brisbane. Tym razem miało to być bardziej outbackowe doświadczenie, na farmie z końmi. Po całym dniu w drodze dotarliśmy do Ipswich skąd Katrina, nasza nowa gospodyni nas odebrała. Zapakowaliśmy się do auta, które wyglądało jak istny chlew, choć sama Katrina wydawała się w porządku. Przywiozła nas na farmę późno wieczorem i dała nam do użytku swój pokój w którym również panował niemożliwy syf. Łóżko z o dziwo czystą pościelą było na szczęście bardzo wygodne. Dopiero przy świetle dnia mogliśmy lepiej przyjrzeć się miejscu. Wyglądało to bardziej jak opuszczony domek letniskowy niż normalny dom. Wszędzie panował bałagan, pająki już dawno zawładnęły tym miejscem, więc wszystko co potrzebowaliśmy musieliśmy wcześniej oczyścić. Pierwszy dzień spędziliśmy oglądając jak jej dzieci grają w rugby. Poznaliśmy też jej faceta u którego właściwie teraz mieszkali. Byliśmy przyzwyczajeni do ekstremalnych warunków i jakoś daliśmy radę funkcjonować na tej farmie choć nie mogliśmy sobie wyobrazić jak ona potrafi mieszkać tu ze swoimi dziećmi. Energia była uzależniona od paneli słonecznych, a cała machineria lubiła zawodzić, szczególnie gdy nie było słońca danego dnia. Do tego dochodziła temperatura w nocy około 0 stopni celcjusza i bez paru kołder nie było mowy o przespanej nocy. Gdy pierwszy raz przyjechaliśmy do Mathiu, jej faceta, zrozumieliśmy dlaczego do niego uciekła. Mathieu posiadał piękny, czysty dom i był farmerem z prawdziwego zdarzenia. 200 000 kurczaków, bydło, konie, wszędzie rolnicze maszyny i co dla nas najważniejsze quady. Prawie codziennie pomagaliśmy mu oczyszczać kurniki ze zdechłych jednostek (znowu !!), a żeby dostać się na jego o 3 kilometry oddaloną farmę dostaliśmy quada. Jego dzieci były inaczej wychowane i był spoko gościem, natomiast Katrina była kompletnie nie zorganizowana, co chwilę zmieniała plany i nigdy nie wiedzieliśmy co w końcu dzisiaj będziemy robić. Przy tym wszystkim ciągle chciała nas przekonać jakie jej życie jest idealne. Po dwóch tygodniach mieliśmy już dosyć jej niezorganizowania, braku Internetu i kompletnego braku szacunku do nas ze strony jej młodszego syna ale po krótkiej rozmowie nią i wyrzuceniu żali trochę nam ulżyło i zaczęliśmy się z tego wszystkiego śmiać. Mathiu też postanowił nam podziękować za pomoc, w gotówce co od razu poprawiło nam humory. W końcu Katrina wraz z dziećmi przez wieczne kłótnie i niezorganizowanie przestała być dalej mile widziana w domu Mathiu i przenieśli się do jej domu. Dla nas oznaczało to przeprowadzkę do z zewnątrz nieobiecującego kampera, lecz gdy weszliśmy do środka to żałowaliśmy, że od początku tam nie zamieszkaliśmy. Kamper był jedynym miejscem na całej farmie gdzie było czysto. Miał nowe działające radio, wygodne łóżka i z racji rozmiaru o wiele łatwiej było nam w nim utrzymać ciepło. Teraz to mogliśmy tu przetrwać. Katrina w swoim zawiłym rozkładzie jazdy próbowała znaleźć też czas by nauczyć nas jeździć konno. Pierwszy raz pojechaliśmy na zachód słońca, następnym już zaganialiśmy bydło. Jak samo zaganianie poszło okej to powrót do domu już taki łatwy nie był. Konie zaczynały wariować, a czując na sobie nie doświadczonych jeźdźców pozwalały sobie na coraz to więcej co w końcu poskutkowało naszym zejściem z nich. Przed kolejną jazdą już czuliśmy strach. Na tydzień przed naszym wyjazdem dołączyła do nas młoda Austriaczka Annika. Mądra Katrina chciała te młode dziewcze umieścić w przy kuchennym pokoju do którego nawet my baliśmy się wejść, więc gdy ta to zobaczyła to od razu zaczęło się szukanie dla niej innego miejsca. Było nam jej strasznie żal. Przyleciała prosto z Europy bez doświadczenia, 18 letnia dziewczyna i akurat wylądowała tutaj. Wiedzieliśmy, że długo nie wytrzyma. Nam się dziwiła, że tu wytrzymaliśmy ale nie powiedzieliśmy jej, że otrzymane pieniądze pomogły nam zmienić zdanie. Po dwóch dniach już jej nie było. Katrina zdziwiona jej podejściem zawiozła ją do Brisbane do gościa, którego poznała w samolocie. Podczas jej pobytu zaliczyłam jeszcze jedną konną przejażdżkę. I mimo duszy na ramieniu, razem z nimi cwałowałam a nawet puściliśmy się lekkim galopem. Wszystko to przy zachodzącym słońcu i w otoczeniu kangurów. Rozsadzało mnie od środka ze szczęścia, a w szczególności dlatego, że nie spadłam z siodła. Kolejne marzenia spełnione. Mathiu w ostatnią noc zaprosił nas do typowego australijskiego pubu (który wyglądał jakby stanął w miejscu 50 lat temu) na przepyszną kolację i piwo. Katrina nam nie towarzyszyła bo jak zwykle nie ogarnęła swojego terminarza. Tak bardzo cieszyliśmy się, że stąd znikamy. Jeszcze na koniec Mathiu znów podziękował nam w gotówce. Znów stanęliśmy na stacji benzynowej wypatrując tej jednej właściwej osoby, która nas stąd zabierze.

Spróbować surfingu

Opuściliśmy Rene i Julie po miesiącu i udaliśmy się autostopując z jakieś 800 km na północ do kolejnej mieścinki tuż przy wybrzeżu o nazwie Yepoon. Nasi nowi gospodarze byli mniej więcej w naszym wieku i szukali raczej duszy do zabawy niż pracowników. Oczywiście coś tam popracowaliśmy ale nie były to wymagające zadania, a większość czasu spędzaliśmy zabawie. Ich dom wypełniony był zdjęciami z podróży a część przy garażową mieli urządzoną typowo hostelowo. Piłkarzyki, bilard, basen i hamaki – wszystko to było do naszej dyspozycji. W nasz wolny weekend postanowili zabrać nas do malowniczego miejsca Five Rocks skąd rozpościerał się widok na pobliskie wysepki i podobno też można było zobaczyć wieloryba. W małej wiosce oddalonej 1h drogi od reszty cywilizacji i do której jedzie się przez wydmy, spędziliśmy wieczór przy ognisku i piwie. Z samego rana przy plaży długiej na 9 mil rozpoczęliśmy swoją pierwszą lekcję surfingu. W super zimnej wodzie pianka, którą mieliśmy na sobie pozwoliła nam przetrwać przez jakiś czas. Fale dla nas żółtodziobów były ogromne i pierwsze próby przynajmniej dla mnie kończyły się wypiciem hektolitrów słonej wody. Po jakimś czasie zaczynaliśmy jednak mieć z tego frajdę, nawet ślizgając się po falach jedynie na brzuchu lub kolanach. Po dwóch godzinach woda zwyczajnie wyssała z nas jakiekolwiek siły i nawet wyjście z powrotem na brzeg było nie lada wyzwaniem. Po wszystkim Marco i Kimberley zabrali nas niedaleko plaży by pokazać znak zakazujący kąpieli gdyż to miejsce jest zamieszkane przez krokodyle. Specjalnie zrobili to na sam koniec. Przynajmniej zaliczyliśmy swoją pierwszą lekcję surfingu własnie w Australii a, w drodze powrotnej widzieliśmy na plaży prawdziwego dzikiego żółwia, któremu pewni ludzie pomagali wrócić do oceanu.

Razem z Marco i jego podopiecznym (zajmował sie niepełnosprawnymi) wybraliśmy się do centrum Rockhampton, gdzie karmiliśmy przy pobliskim jeziorze pelikany, kaczki i małe żółwiki a potem zwiedziliśmy pobliskie zoo, które było kompletnie za darmo i równie ciekawe co sanktuarium w którym byliśmy wcześniej. Tydzień z Marco i Kimberly minął zdecydowanie za szybko. Na pożegnalną kolację ugotowaliśmy dla naszych gospodarzy i ich znajomych pyszne kotlety mielone z ziemniaczkami i posłuchaliśmy jak Marco wraz ze swoim zespołem trenuje przed koncertem. Porządnie się najedliśmy i odpoczęliśmy przed ciężkim dniem na drodze, który czekał nas za parę godzin.

Kangury na wyciągnięcie ręki

Obudziliśmy się w przepięknym domu położonym na skraju lasu. Prócz nas i gospodarzy Rene i Julie było jeszcze pięciu innych workawayów. Jedząc śniadania na wielkim balkonie mieliśmy okazję zobaczyc kolorowe australijskie ptaki metr od nas, a patrząc w dół widzieliśmy małe kangury wallaby, które przyszły na śniadanie.

Głównym naszym zadaniem prócz utrzymywania domu w ładzie było budowanie ścianek z kamieni w celu urządzenia pokaźnego ogrodu. Była to dosyć wymagająca fizycznie praca i przeważnie gdy skończyliśmy szychtę to marzyliśmy tylko by paść z powrotem do łóżka. Ruch w domu był bardzo płynny. Jedni przyjeżdżali inni jechali dalej, ale ciągle była pełna chata, głównie backpackersów z Europy, w przeważającej większości Francuzów. Mieliśmy to szczęście spać w domu, we własnym pokoju bo byli i tacy co spali w namiotach porozstawianych po całym ogrodzie. Po pracy każdy znikał za ekranem swojego smartfona lub laptopa a wieczorem wszyscy razem spotykaliśmy się przy kolacji ugotowanej przez Filipińską żonę Rene, Julie. Przy stołach dokonał się automatyczny podział na Francuzów przy jednym i resztę świata przy drugim. Miłą odmianą było dla nas móc spędzać czas z ludźmi w naszym wieku i przy okazji wymieniać się doświadczeniami.

Do plaży mieliśmy godzinę spacerkiem więc w weekendy wybieraliśmy się tam by korzystać z uroków australijskiej zimy i wskoczyć do super przejrzystego oceanu. Woda była tak czysta, zę gdy fale się załamywały to było dokładnie w nich widać kolorowe rybki. Jedna z najpiękniejszych plaż jaką widzieliśmy. Razem z innymi workawayami wybraliśmy się do lokalnego sanktuarium dla dzikich zwierząt. Dzięki naszemu Chińskiemu koledze Renowi, który kupił nam bilety na chińskiej stronie, kosztowało nasz to jedyne 15$ zamiast 50$, to dlatego tych Chińczyków jest zawsze wszędzie pełno jak mają za pół darmo bilety wstępu. W sanktuarium pierwszy raz w życiu widzieliśmy koale, wombaty i tasmańskie diabły. Mogliśmy w końcu pogłaskać kangura co na outbacku raczej było nie wykonalne. Cała masa unikatowych zwierzaków w jednym miejscu w pełni zadowoliła nasze wymagania. W czasie pobytu u Rene i Julie wybraliśmy się (Julie akurat tam pracowała) do Byron Bay. Mekka surferów z czystą szeroką plażą oraz przepiękną latarnią skąd można obserwować migrujące wieloryby. Pełno było tu typowych hipisowskich surferów i starych emerytów. Miejsce całkiem urokliwe a szczególnie przypadła nam do gustu plaża, na której spaliśmy w kurtkach jak menele przez 2 godziny by odespać pobudkę o 4 rano. Gdy doszliśmy do siebie spacerkiem pozwiedzaliśmy mieścinkę i spotkaliśmy się w umówionym miejscu z Alberto, jednym z workawayów by poczekać razem na Julie.

Spędziliśmy na Złotym Wybrzeżu wygodnie czas przy okazji poznając super ludzi i spęłniliśmy kolejne ze swoich marzeń o pogłaskaniu kangura lecz ciągnęło nas już dalej. Dalej na północ.