No to ruszamy.. w drodze na Słowacje

Letni powiew zimy w maju i przeziębienie Patrycji przesunęło nasz wyjazd o parę dni. Ruszyliśmy, więc 11 maja. Ciekawi jak to będzie wstajemy rano i razem z bratem Patrycji wyruszamy na wylotówkę z Katowic.
No to jak ile będziemy czekać na 1 stop? Godzinę? Dwie?

Po 15 minutach stania z tabliczką (Bielsko Biała) jedziemy już nawet do Żywca.

Na wyprawę zabraliśmy ze sobą małego pomocnika 😀 Wózek na zakupy imieniem Lenio nie wytrzymał jednak trudów podróży i minutą ciszy uczciliśmy jego kapitulację na jednej z uliczek w centrum Żywca. Od teraz plecaki wędrują tam gdzie ich miejsce, czyli na plecach. Pora szybko zjeść zapasy by było lżej 😀

Odpoczywamy nad rzeką i łapiemy stopa dalej. I teraz się zaczyna najpierw jazda z młodym pracownikiem warsztatu z Jeleśni i następnie najciekawsze.

Przejeżdża auto, wraca, podjeżdża ponownie. Dziadek pyta gdzie chcemy jechać no to na Słowacje.
– Ooo panie no to na Słowacje to musicie dużo zapłacić…
Więc tłumaczymy, na czym polega autostop. I koniec w końcu jedziemy z nim kawałek, w trakcie jazdy decyduje się, że jednak zawiezie nas do Korbielowa
– A zawiozę was, odwiedzę kolegę przy okazji a najwyżej Bóg mi jakoś zapłaci..
Dziadek jedzie jak szalony, auto prawie się rozlatuje, ale on wie że policja tu nie stoi bo przed chwilą przejeżdżał tędy. Hitem jednak jest to, kiedy doganiamy słowackiego busa. Wyprzedza go zajeżdża mu drogę wyskakuje do niego i mówi ze ma nas zabrać na Słowacje. No i w taki oto sposób już pierwszego dnia lądujemy za granicą. Patrzymy na siebie nawzajem i nie wierzymy w to, co się przed chwilą wydarzyło 😀

Na pierwszą noc wchodzimy na szczyt pobliskiej góry z widokiem na ośnieżone szczyty tatr. Pierwszy raz rozbijamy namiot. W nocy sarny przechadzają się obok nas a nad ranę widzimy jak skaczą sobie po poniższych polankach.

Pierwszego dnia na Słowacji z podgranicznej wioski stop idzie tragicznie. I decydujemy się podjechać do jednego większego miasteczka busem za 1 euro. Tam poznajemy Jurija, który w raz z kolegami maturzystami częstuje nas i wszystkich w koło wódeczką chodząc z nią po mieście i wielko krotnie uzupełniają zapasy w sklepie.

Od Namestova wiara w słowackiego stopa powraca. I przemieszczamy się dalej.

Tą wiadomość piszemy z Dolnego Kubinu gdzie korzystamy z internetu.

Jedziemy dalej. Niebawem więcej zdjęć 🙂

Namiastka dzikości

Razem bardzo lubimy zwierzęta. Chcąc je oglądać już przed organizowaniem wyprawy odwiedziliśmy zoo w Chorzowie i Wrocławiu. Możliwość oglądania dzikich zwierząt sprawia nam wiele radości szczególnie, kiedy i one mają dobre warunki do życia a te we Wrocławiu mają się chyba całkiem dobrze patrząc na ilości narodzin w tym obiekcie.

Wtedy zrodził się w głowie projekt Animal In Wild. Jadąc w swoją podróż chcemy zobaczyć jak najwięcej zwierząt w ich naturalnym środowisku, nie w klatce większej czy mniejszej, ale tam gdzie żyją na co dzień.

Niedawno mieliśmy okazję poczuć namiastkę tego wybierając się do Leśnego Parku Niespodzianek w Ustroniu. Ok nie jest to afrykańskie safari na równinach Serengeti. I również znajdziesz tam ogrodzenie. Jednak od typowego Zoo różni się diametralnie. Już po przejściu przez kasy natknęliśmy się na sarny, daniele i muflony przechadzające się, obok, ale nie obok za ogrodzeniem tylko zaraz obok nas idące po tej samej drodze, co my. Od razu doznajemy szoku jak gdybyśmy wszedli do ich klatki, do ich świata. Te zwierzaki mają, co prawda swoją łączkę, ale i tak po całym parku przechadzają się swobodnie razem z nami.




Dalej natknęliśmy się na Alpaki i Kozy te już mają, jako takie swoje zagrody, ale jak się przekonaliśmy, jeśli mają ochotę to i tak z nich wychodzą i wracają do nich, kiedy im się zachce. I tu ostrzeżenie, grasuje tam jeden cwany złodziejaszek. Przy wspomnianych wcześniej kasach zakupiliśmy woreczki z nasionami, którymi można swobodnie karmić zwierzaczki. Dodatkowo wręcz działają one jak magnes na nie. Gdy tylko widzą biały papierek to wiedzą, że tam są ich ulubione smakołyki. Co za tym idzie bardziej skupią się na nim niż na Twojej wyciągniętej ręce z ziarenkami. Chwila nie uwagi i ten oto złodziejaszek spałaszował Patrycji cały woreczek nadmiar rozsypując na boki. Nauczeni obrotem spraw, zawartość mojego od razu przesypaliśmy do kieszeni i dawkowaliśmy pojedynczo kolejnym napotkanym zwierzakom.

Co jeszcze wyróżnia to miejsce? A no coś, czego tez nigdy nie spotkaliśmy ani o tym nie słyszeliśmy. Mianowicie dwa/trzy razy dziennie (w zależności od pory roku) odbywają się pokazy lotów ptaków drapieżnych i sów. Orły, sokoły, myszołowy puszczane są wolno robią kółka na niebie i wracają, Przelatują 5-10 cm na naszymi głowami. Latają na tyle na ile mają ochotę. Gdy się zmęczą nikt je nie zmusza do dalszego latania. Gdy jednak mają ochotę bardziej zaszaleć jak np. główny tamtejszy wędrowiec (Aguja . orzeł kordylierski) To po prostu w trakcie pokazu odlatuje sobie i wraca po godzinie/dwóch a podobno bywało i więcej. Dodajmy, że loty te odbywają się na wolnym powietrzu nie w jakiejś ogrodzonej ptaszarni czy czymś podobnym. Taka sama sytuacja ma miejsce z sowami, które w lesie dają swój pokaz lotów.

Teraz już wiemy ile frajdy nam przyniesie obcowanie ze zwierzętami w ich naturalnym środowisku i już nie możemy się doczekać pierwszych napotkanych na naszej drodze. A to już za miesiąc…

Początek

„If you say that getting the money is the most important thing you will spend your life completely wasting your time! You’ll be doing things you don’t like doing in order to go on living – that is to go on doing things you don’t like doing! Which is stupid! ” Alan Watts

Kiedy sie to wszystko zaczęło? Chyba nie ma odpowiedzi na to pytanie. Chęć zobaczenia świata kiełkował w głowie już sporo czasu… Od ponad roku czasu łączyłem prace z podróżą korzystając z każdej nadającej się okazji by wyjechać w delegacje Łódz, Bielsko-Biała… Ostatnia z nich wywiozła już nas oboje na drugi koniec Polski, do Gdańska. Praca, morze, plaża. To tam nasze drogi z Patrycją nieoczekiwanie się skrzyżowały, no dobra, w sumie to sam ją tam ściągnąłem i ten wyjazd jej załatwiłem (dobrze że pojawiła się na tym pikniku )

Po powrocie zaczęliśmy nieśmiało myśleć o tym by zobaczyć świat, by oderwać się od szarej codzienności i monotonni. Od pracy w korporacji, która nie jednokrotnie sprawiała, że przy odpowiedzi o aktualnej promocji potrzebujesz zastanowić się, jaki w ogóle dziś jest dzień. Każdy wydawał się taki sam. Niby jakieś tam plany, jakieś przemyślenia były, czas płynął szybko a my pomału zbieraliśmy nasz ekwipunek, ale to wszystko chyba jeszcze było zbyt dalekie by o tym myśleć na poważnie. Trzeba było zrobić pierwszy krok. Ten wspólnie ustaliliśmy, jako moment rozwiązania naszej umowy o prace. I tak, teraz wiemy, że to właśnie jest nasz początek.

Początek naszej wyprawy dookoła świata. Teraz to wszystko sie rozpoczyna, teraz nie tylko my o tym wiemy. Przed nami już tylko dwa miesiące przygotowań.

Więcej za jakiś czas…