Archives

„Fajnie by było złapać Tesle na stopa”

Przed Vossem wręcz utknęliśmy. Samochody jeździły rzadko a jak już to tylko miejscowi. W pobliskim sklepie był dostęp do wody więc przynajmniej o to nie musieliśmy się martwić. Gorzej z miejscem do spania, bo wszędzie były jakieś domki i czyjeś pola. W Norwegi można oczywiście korzystać z dobrodziejstw natury i rozbić biwak gdzie bądź tylko o dziwo to nie takie proste. Jak już się znajdzie kawałek niczyjej ziemi to jest to albo na kamieniu albo na mokradłach. Na szczęście znaleźliśmy w końcu ogólno dostępny las. Tuż obok lasku było miejsce z ławeczką i stołem gdzie mogliśmy zjeść nasze niemiecko-chińskie zupki. Chwila relaksu przy dźwięku komarów. Wybór ściółki leśnej okazał się zbawieniem. Wyspaliśmy się wyśmienicie i pełni energii poszliśmy łapać stopa dalej.

Kierunek Oslo nie był dla nas łaskawy. Czekaliśmy chyba z 3 godziny i już chcieliśmy zrezygnować gdy nagle podjechał chłopak, który jechał właśnie do Oslo. Arwid jechał 120 km/h co przy krętych norweskich drogach robiło wrażenie jakbyśmy jechali z 200. Przejechaliśmy przez dziki środek, gdzie nie ma żadnych miast ponieważ zimą wszystko jest pod metrami śniegu. Jechaliśmy na wysokości prawie takiej jak nasz polski Giewont. Wszędzie tylko góry, strumyki, większe jeziora i wszędzie pasące się owce. Prawdziwa dzika Norwegia. Szkoda tylko ,że nie widzieliśmy żadnego łosia. Ale ku uciesze Krzysia myślę, że tu jeszcze kiedyś wrócimy.

Na stacji Honeffos przeżyliśmy atak dzikich komarów. Jak rozkładaliśmy namiot to było jeszcze okey, ale później zaczęła się istna inwazja. Wpakowaliśmy się do środka i nie było już nawet jak zmienić miejscowy, bo obsiadły nas dookoła. Całą noc na namiocie buczało jakby było ich tysiące. Nad ranem wyglądaliśmy jak byśmy mieli drugi dach. Wyjście z namiotu to była złożona akcja a i finalnie byliśmy tak pogryzieni, że wyglądaliśmy jak jeden wielki bąbel. Za wycierpiane bóle przyszła jednak nagroda w postaci przejażdżki Teslą, zimnej puszki coca coli oraz darmowego biletu na prom. No i szczęśliwie dojechaliśmy do Sandefjordu. Żegnaliśmy się z Norwegią najpierw zachodem nad zatoką a następnego dnia machając już z promu do Szwecji. Byłe to dosłownie dzikie dwa tygodnie na północy i szczęśliwi ,choć ze łzami w oczach wracaliśmy do „tańszej” Europy.

Dziwne było wracać do miejsc, które miało się wrażenie znać jak własną kieszeń. Ze Stromstad wyjechaliśmy z kurdyjskim imigrantem, który z 20 lat temu przedostał się tu na pace tira a teraz ma swoją własną restaurację. Bardzo fajny gościu, dostaliśmy od niego nawet propozycję pracy. Nas jednak ciągnęło teraz do Hiszpanii, może kiedy indziej. Znaleźliśmy się na stacji na której już też kiedyś byliśmy więc nocleg w krzaczkach nie był problemem. Do Dani dotarliśmy już z parką Polaków jadących z Oslo na wakacje do Polski. Spędziliśmy tego dnia leniwe popołudnie z nogami zanurzonymi w spokojnym Bałtyku. Dziwnie tak patrzeć na morze z myślą że po drugiej stronie jest Polska. Stopowaliśmy dalej tym razem na kierunek Niemcy. Zaczęły się już wakacje, więc nie byliśmy jedynymi na stacji. W kolejce trzeba było swoje odczekać, ale za to trafiła nam się podwózka camperem aż prawie pod sam Hamburg. Z sympatycznym Belgiem miło sobie gawędziliśmy a jemu swoją podróżą przypomnieliśmy jego własne lata młodości. Poczęstował nas nawet winem i mogliśmy sobie spokojnie grać w karty.

Na stacji spotkaliśmy niezłego freaka. Niemca ubranego w jakieś tradycyjne szaty, jeżdżącego od dwóch lat autostopem co jakiś czas znajdując zajęcie jako stolarz. Zajęcie, bo pieniędzy nie mógł brać za swoją pracę. Taka ich tutaj tradycja. Spotkaliśmy tutaj również 10 osobową rodzinkę uchodźców jeżdżących vanem i śpiących w namiotach. Gdy wyciągnęliśmy swoją kuchenkę na etanol to obsiedli nas jakbyśmy jakieś magiczne obrzędy wykonywali. Na szczęście byli nie szkodliwi i mimo wszystko w miarę spokojnie spało nam się w lesie

Noc na lodowcu

Duch przygody jest w każdym z nas. Jest to nasze stałe pragnienie dokonywania czegoś niezwykłego, wypełnienie życia czymś więcej niż tylko codzienny spacer z domu do pracy i z powrotem.
Fridtjof Nansen (norweski podróżnik)

Dotarliśmy do Oddy, małej mieścinki bardziej w głębi lądu skąd chcieliśmy powędrować na lodowiec Folgefona. Widoki przepiękne, wprost zapierające dech w piersiach a szczególnie po wędrówce z plecakami po tych wszystkich stromiznach. Standardowo gdy dotarliśmy do centrum Oddy przepakowaliśmy swoje plecaki i zabraliśmy tylko najważniejsze rzeczy jak prowiant i cieple ubrania by przetrwać jedną noc w górach. Ruszyliśmy w drogę, wzdłuż jeziora nad którym majestatycznie wyrastały góry. Po drodze mijaliśmy grupki pasących się koni i włochatych krów. Dalej trasa biegła już prosto do lodowca więc mijaliśmy wypływającą z niego rzekę tak wzburzoną, że miejscami była aż biała. Z każdym krokiem widzieliśmy coraz więcej mas lodu i śniegu. Trasa w pewnym momencie zaczęła wymagać od nas więcej wysiłku bo aby wejść coraz to wyżej trzeba już było użyć lin i wręcz wciągnąć się na górę. Gdy dotarliśmy na miejsce byliśmy więc padnięci. Siedząc i podziwiając olbrzymi jęzor lodowca oprócz zachwytu czuliśmy nie zliczone pękające mięśnie w nogach. Po sesji zdjęciowej wgramoliliśmy się do kabiny czyli takiego małego domku z drewna bez żadnych udogodnień i spędziliśmy spokojną noc w pobliżu lodowca.

Wędrując z powrotem na drugi dzień i tak odwracaliśmy się za siebie co chwilę by jeszcze odrobinę podziwiać to zimne cudo. Niesamowitym doświadczeniem musiało by być jeżdżenie na snowbordzie po lodowcu. Może kiedyś będziemy mieli taką okazje. Szybki powrót do informacji turystycznej po plecaki gdzie przy okazji spotkaliśmy Panią Karolinę ze Stavangeru. Miło było usłyszeć tyle dobrych słów ,za co chcemy bardzo podziękować.

Pożegnaliśmy się z piękną Oddą i zabraliśmy się z parką jadącą do Vossu. Po drodze prócz oczywiście pięknych widoków widzieliśmy pierwszy raz rondo w tunelu. Podświetlone na niebiesko robiło mega wrażenie, a zanim zaraz drugie w tym samym tunelu. Norwedzy mają hopla na ich punkcie, ale to zrozumiałe w tym górzystym krajobrazie.

Preikestolen

Powolutku zbliżał się nasz pierwszy wspólny trekking na fiord, po to tu w końcu przyjechaliśmy. Jak zwykle szczęście nam dopisywało i złapaliśmy autobus na stopa, aż na sam parking z którego mieliśmy zacząć naszą wędrówkę. Zanim się przepakowaliśmy i coś zjedliśmy była już siedemnasta, a przed nami były jeszcze z 4 godziny marszu.

Preikestolen lub Pulpit Rock, bo tam zmierzaliśmy jest jednym z „must see” w Norwegii. Wielka jakby wyciosana toporem skała jest idealnym punktem widokowym na fiord Lysefiord. Zapiera dech w piersiach a jak jeszcze się podejdzie do krawędzi to idzie oszaleć. Są nawet tacy szaleńcy, którzy tam siadają z nogami dyndającymi w 600 metrową przepaść. Niesamowite! Dodatkowo fakt, iż trasa na Preikestolen została zbudowana przez nepalskich Szerpów sprawił,że poczuliśmy się prawie jak na Evereście. Naszym zamiarem był nocleg w pobliżu szlaku, ale wszędzie było tak mokro, że byliśmy zmuszeni zejść i poszukać miejsca na namiot przy schronisku. Jak dobrze że robi się tu względni ciemno dopiero około pierwszej. Oczywiście na trasie spotkaliśmy pełno Polaków, zresztą jak w całej Norwegii. Przemierzając ten przepiękny kraj mieliśmy okazję zobaczyć malownicze fiordy z małymi miasteczkami wzdłuż wody, kręte drogi, tak wąskie że czasem mieściło się tylko jedno auto. Śnieg na szczytach, gdy w dole prawie 30 stopni.

Droga do Oddy była atrakcją samą w sobie i nigdzie wcześniej nie spotkaliśmy tak wspaniałych ludzi.. Kto by pomyślałby w Polsce zaoferować autostopowiczowi prysznic w swoim domu i jeszcze zapłacić za niego na promie. Szok!

Norwegia nie taka „zimna”

Zdecydowaliśmy się jak najszybciej dojechać do Norwegii, więc Danię i Szwecję przejechaliśmy prawie tranzytem. W Szweckim miasteczku Stromstad znajdował się port skąd promem za jedyne 4 euro można było dostać się do Norwegii. Rozbiliśmy więc swój namiot praktycznie zaraz obok portu i kupiliśmy bilety przez internet na następny dzień. Z naszego miejsca idealnie było widać zachodzące słońce, tuż nad szwedzką zatoką.

Płynąc promem do Norwegii mogliśmy zobaczyć przepiękną linię brzegową, a również pełne morze. Na brzegu widniały białe domki, co jakiś czas mijaliśmy żaglówki i motorówki. Gdy zaś spojrzało się na drugą burtę, w kierunku morza, dostrzec można było małe wysepki, na których mieściło się zaledwie parę domków z latarnią pośrodku. Czas na promie minął leniwie, powoli też zbliżaliśmy się do portu w Sandefjord. Na miejscu przywitała nas przepiękna słoneczna pogoda. Po „małych” zakupach wgramoliliśmy się na górkę zaraz przy porcie gdzie mieliśmy niesamowity widok na zatokę i okalające ją miasteczko. Tam też robiliśmy swój pierwszy norweski biwak.

Po dwóch dniach leniuchowania postanowiliśmy ruszyć dalej, więc musieliśmy przedreptać na drugi koniec miasteczka. Jacyś chłopcy zabrali nas i wyrzucili na zjeździe na autostradę. Wylądowaliśmy gdzieś w jakimś rowie. Wszędzie pełno samochodów a jeszcze na dodatek musieliśmy się jak najszybciej stamtąd wydostać, więc jak tylko nic nie jechało przebiegliśmy przez most do ronda po drugiej stronie. Po czym jakby nic znów zaczęliśmy łapać stopa. Następny też nie był bardzo fartowny, bo by dostać się na najbliższą stację musieliśmy pokonać 5 km piechotą. Droga się dłużyła strasznie ale przynajmniej było na co popatrzeć. Norwegi można pozazdrościć widoków i nie tylko…

Przy jednym z jezior zrobiliśmy sobie przerwę. Spotkaliśmy także na tym kompletnym zadupiu dwóch backpakersów z Niemiec, którzy idąc drogą próbowali przy okazji coś złapać. Gdy już poszli podjechała do nas dziewczyna która wcześniej kąpała psy w pobliskim jeziorze. Poczęstowała nas lodami które specjalnie dla nas jechała kopić. Już byliśmy w kompletnym szoku a ona na dodatek zaproponowała nam podwózkę. Mimo że mieszkała niedaleko to podrzuciła nas prawie 50 km dalej. Tego samego dnia spotkaliśmy tez Stolena, sprzedawcę alarmów, wielbiciela rocka i ojca trójki dzieci. Był kolejnym gadułą mega pozytywnym ale też jak się potem przekonaliśmy dość samotnym. Zaproponował nam nocleg i spędziliśmy z nim dwa dni. Dwa bardzo intensywne dni bo pokazał nam wszystko co warto było zobaczyć w Kristansand. Na koniec dał nam nawet Norweską flagę i żegnał jak dobrych przyjaciół. Mamy nadzieję, że takie właśnie znajomości przetrwają nam nawet po podróży.

Kolejną noc spędziliśmy na plaży przy lotnisku w Soli, niedaleko Stavanger. Niesamowity widok na zimne morze północne, małe wysepki wyrastające pośrodku i piasek pod stopami. Czego chcieć więcej. W Stavangerze mieliśmy się spotkać z Jemesem, naszym kolejnym hostem, jednak cały czas spędzaliśmy z jego dziewczyną Sonią. Sonia był z Czech więc mogliśmy się powymieniać naszymi spostrzeżeniami co do kraju. James całe dnie spędzał na swojej łodzi, więć prawie go nie widywaliśmy. Pożegnaliśmy tą zaganianą parkę i udaliśmy się na prom do Tau.