Archives

Marina Lanzarote – Mamy Łódkę do Brazylii

Ron okazał się bardzo rozmownym i zabawnym staruszkiem. Po każdym skończonym dniu pracy oprócz gorącego prysznica musowo było piwko. Łajba nie należała do najnowszych, ba miała z jakieś 40 lat, była zaniedbana i wymagała trochę pracy więc oprócz malowania staraliśmy się doprowadzić ją do ładu. Mimo, że praca nie należała do lekkich to wygodnie było nam na jego łódce. Tym bardziej, że raz na jakiś czas zabierał nas do przy marinowych knajpek co przy naszym niskim budżecie było miłą odskocznią. Na Lanzarote zaczęli docierać również poznani przez nas wcześniej żeglarze z Turcji oraz Simon z rodzinką, więc mieliśmy z kim jeszcze pogadać.

Wstępnie mieliśmy zostać do przybycia jego brata czyli jakieś 2 tygodnie. Uwijaliśmy się więc z malowaniem i sprzątaniem, gdyż Ronowi zależało by ją jak najszybciej odświeżyć. Wolne chwile spędzaliśmy na zwiedzaniu miasta. Stolica wyspy, Arrecife przy którym znajdowała się marina, nie należało do najurodziwszych. Wystarczyło wyjść jedną uliczkę dalej od głównej i oczom ukazywały się sterty śmieci, opuszczone ruiny i wszędzie odpadające tynki. Alejki były miejscem wiecznego bytowania meneli, a niektóre ławeczki były nawet przekształcone na małe kartonowe fortece. Miasto starało się jednak dbać o mieszkańców i turystów i organizowało rożne happeningi i festiwale muzyczne. Jeden z festiwali odbywał się co piątek, a sceny były rozsiane po mieście. Między jedną a kolejną sceną zespół grajków prowadził całe miasteczko w głośnej, wesołej paradzie.

Wygląd plaży zależał w większości od przypływów i odpływów a woda była dosyć lodowata przez co nie zachęcała nas do kolejnych wizyt. Miejsce szybko przestało być dla nas atrakcyjne, dodatkowo spinaliśmy się o to co robić dalej. Musieliśmy szukać kolejnej łajby, jednak po pracy byliśmy wykończeni co jeszcze bardziej wyniszczało atmosferę między nami.

Mogliśmy nie zdążyć z pomalowaniem łajby, więc Ron zaproponował nam płatny weekend pracy. Rozważaliśmy przedostanie się na Gran Canarie promem i tam spróbowanie swoich sił dlatego za cenę biletów mieliśmy dokończyć co zaczęliśmy. Dzień przed naszym wyruszeniem zaczęliśmy rozmawiać o szukaniu łajby przy czym staruszek przypomniał nam, że i tak będzie przepływał w grudniu Atlantyk i nie musimy jej szukać. Po szybkiej naradzie stwierdziliśmy, że płyniemy z dziadkiem. On zadowolony powiedział, iż do Brazylii nas „podrzuci”. Musieliśmy tylko znaleźć sobie zajęcie na najbliższe dwa tygodnie i wrócić rześcy z powrotem. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy eksplorować z buta resztę wyspy. Trzęśliśmy się aż ze szczęścia, że mamy łajbę do Brazylii.

Grenoble

W Grenoble gościła nas Johanna z przesłodkim kotkiem Mirabel. Peruwiańska dziewczyna adoptowana przez niemiecką rodzinę. W naszym towarzystwie lekko nieśmiała, ale po wypiciu paru piwek robiła się duszą towarzystwa. Wybraliśmy się razem na koncert, który odbywał się w miasteczku. Pierwsze nasze takie zetknięcie z totalną mieszanką kulturową. Dla mnie dodatkowym zaskoczeniem byli dorośli ludzie niżsi nawet ode mnie. W końcu mogłam patrzeć na kogoś z góry:P. Pierwszy raz w życiu czułam się taka wysoka.

Miasteczko , zwane stolicą francuskich Alp było idealnym miejscem wypadowym na podbicie dachu Europy czyli Mont Blanc. Nam było dane zobaczyć jedynie zarys wierzchołka góry pokryty masami śniegu ale i tak zrobiło to na nas wrażenie. By podziwiać te piękne widoki musieliśmy się dostać na wzgórze Bastylii otoczoną ,wręcz lazurowego koloru, rzeką Isere. Na samą górę można było dotrzeć kolejką Telepherique lub by nie płacić około 8 euro , wspiąć się krętymi dróżkami i niezliczonymi schodami. Druga opcja zdecydowanie bardziej zapierała dech w piersiach.

Dobiegał końca nasz pobyt w Grenoble, a my dalej nie mieliśmy planu co dalej ze sobą zrobić. Gdzie jechać. Couchsurfing w słonecznej Hiszpanii w środku lata oczywiście nie miał prawa bytu, więc postanowiliśmy spróbować szczęścia na stronie workaway. Siedzieliśmy i odpowiadaliśmy na setki ogłoszeń z nadzieją ,iż ktoś się odezwie. Zapakowaliśmy swoje plecaki, pożegnaliśmy się i pojechaliśmy dalej przed siebie. Nigdzie się nie spiesząc, każdego dnia o paręset kilometrów dalej.

Śmiemy stwierdzić iż Francja jest najlepszym państwem dla autostopowiczów. Darmowe prysznice z muzyczką w środku, zero problemów z internetem oraz (co prawda nie tanie) ale sklepy przy stacji. Przy temperaturze bliskiej 30 stopni celsjusza zimny prysznic był dla nas jak zmartwychwstanie. Szczególnie, gdy pewnego dnia wpadliśmy na arcy inteligentny pomysł. Byliśmy teoretycznie blisko wybrzeża i nie chcieliśmy zmarnować okazji, więc postanowiliśmy pokonać (jak się potem doliczyło) 9 km z plecakami tylko po to by zjeść zupkę chińską z widokiem na morze śródziemne. Uradowana pobiegłam by zanurzyć zmęczone stopy w morzu,które niestety nie okazało się takie ciepłe jak się spodziewałam. Następnego dnia tą samą droga trzeba było wrócić. Szliśmy między winnicami, mijając kaktusy przy dźwięku cykad wielkości dłoni. Prysznic był w tym momencie tym o czym najbardziej marzyliśmy.

Po zbawiennym prysznicu i odżywczej bagietce mieliśmy siłę by robić kolejne kilometry. Złapaliśmy kurdyjską rodzinkę (znowu) i mimo iż, po francusku potrafiliśmy powiedzieć tylko że, w tym języku nie mówimy to prowadziliśmy przez cała drogę całkiem interesującą konwersacje 😛 Naszym oczom ukazały się Pireneje i suchy jak pieprz krajobraz. Wjechaliśmy do Hiszpanii, a właściwie Katalonii. Wszędzie góry, pola pomarańczy, arbuzów i limonek. Kurdyjska rodzinka podrzuciła nas na stacje przed Barceloną , gdzie po wstępnym rozeznaniu postanowiliśmy zostać na noc. Na workaway dalej nikt się nie odezwał więc, spieszyć się nigdzie nie musieliśmy. W oddalonym o pół godzinny drogi od stacji sklepie Mercadona Krzyś kupił nam soczystego arbuza, którego przy naszej pieczywowej diecie byliśmy niesamowicie spragnieni. Doświadczyliśmy tutaj prawdziwego upału , gdzie 28 stopni to dla lokalsów było chłodno. Ostatni raz przed pójściem spać sprawdziliśmy skrzynkę mailową i ku naszej uciesze w końcu ktoś do nas odpisał. Po szybkiej wymianie maili wiedzieliśmy już gdzie spędzimy kolejny miesiąc. Następny przystanek : Huercal Overa w Andaluzji.