Archives

Ewakuacja z „tonącego” statku

Fantastycznie było znów zobaczyć miasto tętniące życiem. W porównaniu z nudnym Arrecife wydawało się nam, aż zatłoczone. Po paru dniach leniuchowania i zwiedzania wyspy wróciliśmy do naprawiania łódki. Dalej walczyliśmy z masztem na zmianę na niego włażąc. Ron w końcu też zaczął myśleć o solarach, generatorze wiatrowym i telefonie satelitarnym. Zamówił wszystko i pozostało nam czekać. Tak jak ostatnie dwa miesiące. W wolne chwile uciekaliśmy na plażę Teresitas, do biblioteki czy też po prostu w miasto. Pogoda przestała być już taka łaskawa. Zaczęło padać i wiać. Całymi dniami siedzieliśmy w oczekiwaniu zabijając czas. Wszyscy byliśmy podirytowani. Zbliżała się data planowanego wypłynięcia, a nic nie było skończone. Ron obwiniał o wszystko Hiszpanów mimo, iż sam nie zrobił nic przez ostatni rok i wszystko odkładał zawsze na później. Dodatkowo nie dał sobie nic powiedzieć, bo wszystko wiedział najlepiej. Przezywał na wszystko i przerodziło się to w jego codzienną mantrę. Nic więcej nie mogliśmy zrobić by mu i sobie pomóc, a nasza wytrzymałość powoli się kończyła. Coś co miało być niezapomnianą przygodą i fantastycznym przeżyciem przerodziło się w istna męczarnię. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Łudziliśmy się długo, że wszystko będzie dobrze. Najpierw okazało się, że jesteśmy bez prądu bo nowo zamontowane przez niby specjalistów solary i wiatrak prądotwórczy tego prądu nie robią. Ron nawet nie chciał iść do nich z reklamacją i myślał, że same się naprawią. Później wyszło na jaw, że kończy mu się paszport za jakiś miesiąc więc do Kolumbii nawet byśmy nie dotarli. Nie było sensu się dalej w to wszystko bawić. Podjęliśmy decyzję o ucieczce ze statku. Było parę dni przed wigilią gdy zebraliśmy swoje rzeczy i opuściliśmy Rona z jego („wszystko jest takie głupie”) problemami i ulokowaliśmy się w bibliotece by wymyślić co dalej. Stanęliśmy przed decyzją wracać do domu czy też jechać dalej. Jak dalej to gdzie? Po długich godzinach szukania połączeń samolotów padło na Tajlandię. Nigdy w życiu w ciągu paru minut nie wydałam tylu pieniędzy. Za jednym właściwie kliknięciem. Ale mimo to cieszyliśmy się jak małe dzieci. Noc spędziliśmy na plaży wśród innych namiotów a nad rankiem podziwialiśmy Gran Canarię, która wydawała się teraz zaskakująco blisko. W naszych głowach dudniło tylko głośne : Lecimy do Bangkoku.

Ulokowaliśmy się w busie jadącym na lotnisko na południu wyspy. Zrobiliśmy rekonesans po czym poszliśmy za lotnisko ugotować sobie wody na zupkę. Wróciliśmy na lotnisko by przepakować swoje plecaki. Przez kompletny przypadek sprawdziliśmy nasze wydrukowane bilety na których okazało się, że nasz samolot odlatuje z lotniska na północy (60 km dalej). Wszystkie loty były z południa tylko nasz akurat był z północy. W trymiga popakowaliśmy porozrzucane na podłodze rzeczy i polecieliśmy na busa. Na północnym lotnisku sprawdziliśmy wszystko jeszcze z dwa razy i poszliśmy szukać miejsca na namiot, gdyż te lotnisko na noc zamykali. Wcisnęliśmy nasz przenośny domek za jakiś baner i poubieraliśmy na siebie wszystkie swoje ciuchy. Niby Teneryfa ale na północy w górach było około 0 stopni. O 5 rano wróciliśmy na cieplutki terminal i rozpoczęliśmy mozolny proces ważenia i pakowania naszego dobytku. Ustawiliśmy się w kolejce do checkinu. Z duszą na ramieniu czekaliśmy na swoją kolej. W końcu oddaliśmy swój plecak (nadaliśmy jeden rejestrowany ale zmieściliśmy się w limicie) wyładowany na maxa. Zajęliśmy swoje miejsca w samolocie i rozpoczęliśmy swoją paro dniową podróż do Tajlandii.

Oboje kochamy latać i dużo lat minęło odkąd znów nam to było dane. Uśmiech nie schodził nam praktycznie z twarzy. Po 3 godzinach byliśmy znów na stałym lądzie w stolicy Hiszpanii Madrycie. Była Wigilia. Lotnisko było przepełnione. Wszyscy pędzili z torbami pełnymi prezentów do swoich domów i rodzin. My spędzaliśmy te święta we dwójkę właśnie u na terminalu. Jak to moja mama powiedziała „Na własne życzenie” i miała 100 % rację, więc żadne łzy nie miały racji bytu. Następny lot mieliśmy za dwa dni lecz temperatura na zewnątrz nie sprzyjała zwiedzaniu miasta. Wyszliśmy tylko na zewnątrz, gdzie para buchała nam z ust i poszliśmy za teren lotniska by rozpalić świąteczne ognisko i przy kolędach Michaela Buble zjeść świąteczną chińską zupkę. Na działającej stacji benzynowej udało nam się jeszcze dostać świeże bagietki, które uratowały nas od głodowania. Szwendaliśmy się po terminalach obserwując pustoszejące lotnisko, znajdując zrozumienie w oczach takich jak my, porozkładanych do snu wśród swoich bagaży.

Brazylia… a może jednak do Kolumbii

Pierwszy od dwóch tygodni porządny prysznic zmył z nas cały pył Lanzarote. Ledwo co odsapnęliśmy to już czekało na nas pierwsze wyzwanie. Zabieraliśmy łódkę na pod pokładowy przegląd oraz wymianę jakiegoś wału.Wpłynęliśmy do stoczni, gdzie po długich próbach w końcu udało nam się umiejscowić łódkę na wielkich taśmach, których zadaniem było wyciągnięcie nas na brzeg. Dla takich świeżaków jak my była to całkiem ekscytująca chwila. Całkiem stresująca, gdy nie do końca ogarnia się te wszystkie liny i ich właściwe miejsce. Na szczęście wszystko poszło jak z płatka i nic nie uszkodziliśmy . Robotnicy z dziadkiem zaczęli wymieniać wał, a parę metrów niżej my ze szpachelkami w rękach walczyliśmy z poprzyklejanymi do łódki morskimi stworzeniami. Po wszystkim wrzucili nas z powrotem do wody i wróciliśmy na swoje miejsce w marinie.

Zaczęliśmy rozmyślać nad naszą podróżniczą przyszłością i doszliśmy do wniosku, iż Brazylia może nie do końca być tą wymarzoną. Przeprowadziliśmy poważną rozmowę z naszym kapitanem i ku jego uciesze zmieniliśmy zdanie. Naszym celem stała się Kolumbia. Ochoczo zabraliśmy się do dalszego malowania łajby. Już nie kłóciliśmy się między sobą a nawet zaczęliśmy pracować jak bardzo zgrany team. Dziadek był z nas zadowolony i pozwolił nam zawiesić na maszcie polską flagę, która później dumnie powiewała razem z amerykańską. Codziennie dawał nam do roboty małe zajęcia naprawcze, które na szczęście nie wymagały od nas bycia geniuszem. Największy jednak problem pojawił się z przednim masztem. Kapitan Ron postanowił wybrać się na krótką wycieczkę by zobaczyć co zostanie nam do naprawy. Dzięki temu ujawniła się usterka. Tak zwana genua czyli przedni żagiel nie zwijał i rozwijał się tak jak trzeba. Wezwaliśmy mechanika, jednak hiszpańskim zwyczajem nie spieszno mu było do wizyty. Chcieliśmy już prawie wypływać, więc zależało nam by jak najszybciej wszystko naprawić. Wciągnęliśmy Rona na maszt i zaczęliśmy kombinować by wymienić poskręcane ze sobą kable. Dopiero gdy mechanik zobaczył z oddali wiszącego na maszcie Rona to postanowił nam przyjść pomóc. Oczywiście bez narzędzi. Chciał wrócić następnego dnia. Zmęczony cała tą farsą Krzysztof nie chciał się tak łatwo poddać więc zaczął istną burzę mózgów. Wytłumaczył mi dokładnie co będę musiała zrobić tam na górze. Z racji, iż byłam najlżejsza, zostałam na nie ochotnika wciągnięta 17 metrów wyżej skąd przy okazji miała idealny widok na sąsiednia Fuerteventurę. Po jakichś 15 minutach ściągnęli mnie na dół i było po sprawie. Maszt znowu pięknie się zwijał i rozwijał. Zaoszczędziliśmy dla Rona jakieś 100 euro i mogliśmy w końcu wypływać na kolejną wyspę. Następny przystanek: Teneryfa.

Z buta przez Lanzarote

Z racji dużej ilości czasu jaką mieliśmy do zagospodarowania postanowiliśmy północ wyspy zwiedzić z buta. Stworzony do tego szlak miał nam to ułatwić. Zaplanowaliśmy 80 kilometrowa trasę uzależniając ją od mijanych po drodze sklepów i zaczęliśmy sobie dreptać.

Gdy minęliśmy industrialną część miasta i turystyczną wypełnioną Brytyjczykami Costa Teguise wkroczyliśmy na początek szlaku. Droga wiodła wzdłuż wybrzeża, po wysokich klifach o które z wielkim impetem rozbijały się fale. Trasa usiana była kamykami, gruzem i wszędobylskim pyłem. Iście księżycowy krajobraz. Nawet łatwo przychodziło nam znajdywanie miejsca na namiot, gdyż wystarczyło odejść kawałek i za jakąś większą copą gruzu się rozbić. Budziło nas grzejące słońce, którego wschód podziwialiśmy leżąc w otwartym namiocie. Codziennie posuwaliśmy się parę kilometrów do przodu, mijając małe mieścinki po drodze. Wszystkie zbudowane na jedną modłę, białe domki z dużymi kaktusami w ogródkach. W Charco del Palo miasteczku należącym oczywiście do Niemców wszyscy chodzili jak ich Pan Bóg stworzył. Średnia wieku mieszkańców była około 60 więc prawie całe miasteczko przeszliśmy ze wzrokiem wbitym w asfalt. Bezpiecznie udało nam się jedynie ukryć w lokalnym sklepiku, gdzie był zakaz wchodzenia nago. Przeczekaliśmy największą hicę upajając się zimną coca colą i ruszyliśmy dalej szlakiem. Gruz pokrywający drogę nieźle zmasakrował nasze buty, a słońce obolałe karki, ale za to mieliśmy wyjątkowe widoki. Dotarliśmy do Arriety, miasteczka przy którym w końcu była plaża i trochę cieplejszy Atlantyk. Rozbiliśmy się wśród camperów zaraz przy plaży, a rano obudził nas cudowny wschód słońca tuż nad oceanem.

Naszym celem był wulkan La Corona oraz Mirador del Rio punkt widokowy z którego można zobaczyć La Graciosę i sąsiednie wysepki. Lokalnym busikiem dojechaliśmy do oddalonego o jakieś 5 kilometrów Maguez i dalej z buta do Ye skąd już rzut beretem był do głównych atrakcji. Zbliżał się wieczór, więc postanowiliśmy zjeść obiad (w postaci puszki tuńczyka) na jednym z punktów widokowych. Niedaleko Mirador del Rio znajdował się bezpłatny punkt widokowy z którego rozpościerał się widok na cała La Graciose wprawiający wręcz w osłupienie. Staliśmy chyba z 10 minut nic nie mówiąc do siebie tylko gapiąc się do przodu. Pod nami w oddali była plaża, z której wracali turyści, dla nas widoczni jako małe kropeczki. Wpadliśmy na plan by też tam zejść jednak gdy usłyszeliśmy ciężkie sapanie pierwszych, którzy dotarli na szczyt to podarowaliśmy sobie. Noc spędziliśmy już w towarzystwie naszego następnego celu – wulkanu La Corona.

Z samego rana wdrapaliśmy się na sam szczyt, skąd przy okazji mogliśmy zobaczyć ocean po obu stronach wyspy. Wulkan swoje lata świetności już dawno miał za sobą więc nie robił większego wrażenia, a w środku była tylko wielka dziura. Chcieliśmy tą dziurę też zbadać i zaczęliśmy mozolne zejście w dół co właściwie przerodziło się bolesny ślizg po żużlu. Przynajmniej mogliśmy teraz powiedzieć, że byliśmy w środku wulkanu. Wygramoliliśmy się z niego i zaczęliśmy powolną wędrówkę w dół do miasteczka. Tam też pierwszy raz spotkaliśmy backpackersa z Węgier. Po tym utwierdziliśmy się w przekonaniu, iż nasze plecaki wcale takie wielkie nie są. Ostatnie z miejsc, które chcieliśmy zobaczyć czyli Mirador del Rio okazało się tylko kolejną pożywką dla turystów, a widok na La Graciosę był taki sam.

Skończyliśmy swoją wędrówkę na północ. Zobaczyliśmy co myśleliśmy iż warto zobaczyć. Teraz zostało nam wrócić tą samą drogą do Arrecife i zabijać czas aż do powrotu na łódkę.

Niestety do stolicy wróciliśmy za szybko i przyszło nam menelować przez parę dni. Były to najbardziej wykańczające psychicznie 4 dni w naszej podróży. Zabijanie czasu. Liczenie godzin i minut. Jedzenie z puszki na ławce i spanie w namiocie gdzieś przy rozpadającym się murze w otoczeniu wszędzie walających się śmieci. Ale wzięliśmy to jako kolejną lekcję pokory i cierpliwości przede wszystkim. By nauczyć się doceniać to co się ma i dziękować za to każdego dnia.

Jachtostopem na Wyspy Kanaryjskie

Nasz kapitan Simon chciał przepłynąć łódką na Teneryfę by tam poczekać na swoją rodzinkę, która miała przylecieć w najbliższym czasie. Był piątek, zapowiedział wypłynięcie na wtorek lecz już po godzinie zmienił zdanie i zaczęliśmy się szykować na niedzielę. Ostatnie pranie, zakupy i wycieczka po Gibraltarze na pożegnanie. W wieczór przed wypłynięciem zostaliśmy jeszcze zaproszeni na pokład bardzo miłej parki Turków i mimo, iż rano wstawaliśmy o 4, nie można było odmówić gościny.

Z podekscytowaniem i tak ciężko było nam zasnąć. Marinę opuściliśmy w prawie totalnej ciemności. Manewrowaliśmy z włączonym silnikiem pomiędzy zacumowanymi wielkimi frachtowcami i coraz bardziej oddalaliśmy się od gibraltarskiej zatoki. Zaczynało widnieć i z niewielkiej odległości widzieliśmy wybrzeże Maroka. Chcieliśmy jak najszybciej minąć ten zatłoczony odcinek by móc spokojnie rozwinąć żagle na pełny ocean. Gdy ekscytacja opadła jej miejsce zajęła choroba morska. O zejściu pod pokład nie było nawet mowy. Człowiek czuł się jakby był na mega kacu i każdy dziwny zapach czy zbyt szybkie poruszenie zwiastowało bełta za burtę. Najpierw walka sama ze sobą by utrzymać zawartość żołądka na miejscu co finalnie i tak kończyło się szybką kapitulacją. Jedyne co byłam w stanie przełknąć to jabłka i marchewki. Krzyś trzymał się bardzo dobrze, więc przejął obowiązki sternika. Ja niestety byłam w stanie coś innego zrobić prócz leżenia, dopiero w trzeci dzień. W końcu nawet doszłam do tego, że ugotowałam sama obiad. Po stoczonej ciężkiej batalii z własnym organizmem zaczęłam dostrzegać jak piękny jest ocean. Szczególnie w nocy, gdy przecinając fale, po naszych bokach rozświetlał się na zielono plankton. Nad nami błyszczały setki gwiazd. Za dnia znów mogliśmy podziwiać bawiące się przy dziobie delfiny, śmigające przed nami jak małe torpedy.

Po 6 dniach zobaczyliśmy w końcu ląd. Najpierw małe wysepki, za nimi La Graciosa, aż w końcu Lanzarote. Nasz pierwszy przystanek. Szczęśliwi, że przeżyliśmy swoją pierwszą oceaniczną przeprawę nie mogliśmy się doczekać by znów poczuć ląd pod stopami. Wpływając do mariny Lanzatrote przywitały nas posągi koni i wojowników zanurzone do połowy w wodzie. Zaczęliśmy szukać swojego miejsca. Tam na szczęście czekali już marinero, którzy zajeli się cumowaniem. Od natłoku wrażeń postanowiłam uciec do kuchnia chłopcy zwieli się za poprawianie lin. Po wszystkim zjedliśmy obiad popijając zasłużonym piwem. Przed snem wzięliśmy jeszcze wyczekiwany prysznic. W końcu dotarliśmy na Wyspy Kanaryjskie.

Mieliśmy zostać na Lanzarote tylko dwa dni więc szybko obmyśliliśmy plan zwiedzania. Zapakowaliśmy swoje plecaki i stopem ruszyliśmy do parku narodowego Timanfaya. Uprzejmy pan podwiózł nas, aż pod samo wejście. Przy kasie okazało się, że zabrakło nam dosłownie jednego euro do biletu w momencie , gdy za nami pojawili się Polacy. Chcieliśmy wymienić złotówki za potrzebne nam euro, ale oprócz pieniędzy zaproponowali nam jeszcze podwózkę. Na miejscu przesiedliśmy się do autokaru, który obwiózł nas po parku. Przy dźwiękach jakiejś post apokaliptycznej muzyki zwiedzaliśmy marsjański krajobraz. Wszystko wyglądało jak wielkie gruzowisko. Wulkan widzieliśmy jedynie z okien autokaru i to w dodatku z daleka. Po godzinnej przejażdżce zapędzili nas pod jakąś dziurę z której wydobywało się dosłownie diabelskie ciepło. Popalili tam troche sianka i na koniec został gejzer, działający dopiero gdy wlało się do niego wodę. W parku znajdowała się restauracja El Diablo, gdzie serwowali grillowane na ziemskich wyziewach smakołyki. Lekko zniesmaczeni i z nauczką by omijać takie turystyczne atrakcje powoli udaliśmy sie do wyjścia, skąd zgarnęli nas Ci sami Polacy. Razem z nimi pojechaliśmy na klify Los Hervideros. To już zrobiło na nas wrażenie, a na dodatek nikt nie pobierał za to opłat. Dalej na tej samej drodze znajdowało się El Golfo. Zabarwione przez lokalny minerał zielone jeziorko a przy nim czarna plaża. Pożegnaliśmy się z miłą parką i dalej stopem wróciliśmy do Arracife.

Następnego dnia Simon w pośpiechu oznajmił nam, że musi wracać do Londynu , gdyż zmarła matka jego żony i dalje siłą rzeczy nie popłynie. Wcześniej nas przygotował na tę ewentualność. Dał nam dzień by się ogarnąć a sam poleciał na samolot. Nie wiedzieliśmy co mamy robić dalej. Popakowaliśmy nasz dobytek, wydrukowaliśmy ogłoszenia i zaczęliśmy szukać kolejnej łódki.

Życie na granicy

Zadomowiliśmy się na Gibraltarze czyli znaleźliśmy to wszystko co nam zawsze do życia jest potrzebne i zaczęliśmy swoje poszukiwania. Postanowiliśmy zaryzykować z plecakami i wpakowaliśmy je do szafek na zakupy w pobliskim sklepie . Prysznic mogliśmy wsiąść w przytułku dla potrzebujących o wdzięcznej nazwie Nazareth. Odświeżeni podeszliśmy do biblioteki by wydrukować nasze ogłoszenia. Zaczęło się chodzenie od mariny do mariny z nadzieją, że akurat dzisiaj kogoś znajdziemy. Granicę znaliśmy jak własną kieszeń i zmienialiśmy ją czasami nawet po 4 razy dziennie. Nad ranem gdy na Gibraltar cisnęły dzikie tłumy turystów i hiszpańskich pracowników musieliśmy odczekać swoje by pokazać paszport, którego w gruncie rzeczy i tak nikt nie sprawdzał. Wieczorem zaś w punkcie kontroli często nawet nikogo nie było. Na granicy kwitnął również przemyt. Krzysztof był świadkiem gdy tuż przed bramkami obklejali pewną kobietę pasem zrobionym z wagonów fajek. Nocki spędzaliśmy w urokliwych krzaczkach tuż za mariną z widokiem na lotnisko. Śniadanie jedliśmy specjalnie przy wejściu do mariny z naszą niezawodną tablicą i napisem „CREW AVAILABLE”. Chcieliśmy próbować wszystkiego by tylko znaleźć ta pierwszą łódkę. Pewnego wieczoru wracając po dniu spędzonym na Gibraltarze zaczepił nas chłopak Francuz. Nie mógł nam zapewnić transportu na kanary czy Brazylię, ale za to zaoferował nam nocleg swojej łajbie. Był jednym z tych „cyganów” żyjących na łodzi a jednocześnie miał domek z drewna gdzieś w środku lasu. Zabrał nas na nasz pierwszy rejs. Kolejne pierwsze razy. Dopłynęliśmy prawie do wybrzeży Ceuty, jednak kapitan stwierdził iż przy tak słabym wietrze to nawet nie ma co wpływać do przystani. Więc zawróciliśmy. Tak więc cały dzień spędziliśmy na morzu. Krzyś był zadowolony nawet z tego, że żeglowaliśmy bardzo powoli. Ja zaś zmagałam się z chorobą morską. Przeraziło mnie to bo jak tu oferować swoje usługi załoganta jak nie jest się zdatnym do jakiejkolwiek pracy. Najłatwiej to było by po prostu wsiąść na pokład samolotu i za paręnaście godzin postawić stopę na Brazylijskim lądzie. No ale podróż lowcost zobowiązuje. Mieliśmy za to możliwość zobaczyć skaczące w oddali delfiny i wynagrodziło to całodzienna walkę z własnym żołądkiem.

Noc spędziliśmy na kotwicowisku przy plaży w La Linei, gdzie bujało nami prawie jak na hamaku. Do naszego kapitana miał przyjechać przyjaciel z którym chciał udać się do Maroka i nam też taką ofertę przedstawił. Najpierw zachwyceni powiedzieliśmy tak, jednak po dłuższym namyśle i fakcie, że wrócić chcieli do Malagi to podziękowaliśmy ładnie i zeszliśmy z łajby. Ledwo zacumowaliśmy jego łódź w marinie, naszym uszom doszły polskie słowa. Przy tym samym pomoście własnie cumowała para Polaków na pięknym wielkim 17 metrowym jachcie jeszcze pachnącym świeżą farbą. Państwo Iwona i Jacek z Gdyni ucieszeni, że słyszą polski język zaprosili nas na kawę. Z kawy zrobiły się dwa dni. Z małej łupinki przeskoczyliśmy do luksusowego jachtu. Zaprosili nas również do restauracji, gdzie zajadaliśmy się tym razem znacznie smaczniejszą paellą. Był to dzień święta narodowego na część referendum sprzed 50 lat. Wszyscy chodzili poubierani w barwach Gibraltaru czyli biało czerwonych. Sama flaga wyglądała jak polska z tym, że dodatkowo na środku jest zameczek. Ulice były pełne świętujących ludzi. Dla naszych polskich gospodarzy byliśmy przewodnikami i tłumaczami w miejscu, które w sumie parę dni wcześniej dopiero sami poznawaliśmy. Na koniec święta nad Gibraltarem rozbłysły fajerwerki, a w całym mieście muzyka grała jeszcze do samego rana.

Iwona i Jacek planowali podróżować dalej wzdłuż wybrzeża Hiszpanii , proponując nam byśmy popłynęli z nimi. Ze smutkiem jednak machaliśmy im jak odpływali. Podróż to niestety ciągłe powitania i pożegnania. Zostawili nam po sobie książkę Laury Dekker, która samotnie przepłynęła świat, w ramach motywacji. Znowu zostaliśmy sami. Zabraliśmy swoje tobołki i podreptaliśmy znów do biblioteki wydrukować kolejne ogłoszenia. Odezwali się do nas kolejni jachtostopowicze po naszym poście na facebooku więc wieczorem mieliśmy ich poznać. Nasza konkurencja była bardzo skupiona na swoim celu co zmotywowało nas by wsiąść się do roboty. Późnym już wieczorem, gdy poszliśmy na Alcaideze, marinę w La Linei, zagadał do nas gościu pokazując na swoim telefonie post od znanej większości jachtostopowiczom Klaudii o parce, która szuka załogi na Lanzarote. Zaczęliśmy szukać łodzi ze zdjęcia i w między czasie zagadał do nas właściciel jednej z łódek ruder, próbując nam pomóc, jednakże bezskutecznie. Zagadał do dwóch mężczyzn wchodzących na pobliski ponton i widząc zainteresowanie w oczach jednego z nich szybko przejęliśmy pałeczkę . Z rozmowy wyszło, iż faktycznie planuje wypłynąć i potrzebuje załogi ale na Teneryfę. Wymieniliśmy się numerami i umówiliśmy na następny dzień. Podekscytowani popędziliśmy rozkładać namiot. Nazajutrz szybko przygotowaliśmy paczkę kolejnych pierdółek i pocztówek by wysłać do Polski i stawiliśmy się o umówionej godzinie w marinie. Czas mijał a kapitan się nie pojawiał. Zostaliśmy nawet poczęstowani w miedzy czasie kawą przez właściciela łódki rudery. W końcu kapitan się pojawił i zaprosił by pokazać łódkę. Szybkie omówienie detali i ustaliliśmy, że wypływamy. Zadomowiliśmy się na jachcie, urządziliśmy swoje koje i spokojni o jutro zasnęliśmy na naszej kolejnej łodzi.