Archives

Przystanek w królestwie pand

W końcu przyszła, długo wyczekiwana nasza kolej. Stanęliśmy w kolejce wśród masy głośnych chińczyków. Prócz nas były tylko dwie nie azjatyckie osoby. Chińska urzędniczka sprawdzała nasze dokumenty. Lecieliśmy do Chengdu, miasta w środku Chin i przysługiwała nam 72 godzinna wiza tranzytowa. Musieliśmy jej wytłumaczyć , iż Bangkok nie leży w Chinach i że opuścimy jej kraj w przysługującym nam czasie. Kolejny urzędnik sprawdzający nasze paszporty nawet nie miał pojęcia gdzie leży Polska ani, że taki kraj istnieje. Na szczęście wszystko się zgadzało i mogliśmy spokojnie się odprawić. Wcześniej powyrzucaliśmy wszystkie zapalniczki i po parę razy sprawdziliśmy czy w naszych plecakach nie ma nic niepożądanego. Zajęliśmy swoje miejsca w samolocie, każde z własnym małym telewizorkiem. Wzlecieliśmy w przestworza w których mieliśmy spędzić najbliższe 13 godzin. Wylecieliśmy około 10 nad ranem, a już po 3 godzinach zapadła ciemność. Byliśmy wysoko nad chmurami widząc tylko księżyc. Oglądaliśmy filmy, mogliśmy grać w gry za pomocą małego pada. Dostaliśmy jedzonko, popakowane z osobna w małych paczuszkach. Mogliśmy się poczuć jak burżuje lecąc takim samolotem. Co jakiś czas spoglądaliśmy na mapę GPS i lecąc nad Rosją widzieliśmy na Ziemi kompletną ciemność. Dopiero gdzieś nad Chinami zobaczyliśmy jakieś oświetlone miasteczko. Gdy zbliżaliśmy się do Chengdu na monitorku zaznaczone były najbliższe miasta. Najbliższe to znaczy oddalone o 300 km.

W końcu bezpiecznie dolecieliśmy. Stanęliśmy tylko twarzą w twarz z chińskim urzędnikiem imigracyjnym by po chwili odebrać paszport z wbitą pieczątką. Odbierając bagaże poznaliśmy Fernando. Jednego z „bardzo” licznych obcokrajowców, Urugwajczyka. Postanowiliśmy razem zwiedzić Chengdu. Przechodząc ulicami wśród mieszkańców robiliśmy nie lada furorę. Wszyscy się na nas gapili. Bo co takie białasy jak my robią w nieturystycznym miejscu pośrodku Chin. Metrem i podstawionym busem dotarliśmy do rezerwatu. Za chwilę mieliśmy oglądać prawdziwe pandy wielkie w ich rodzimych Chinach. Miśki zrobiły na nas mega wrażenie. Bawiły się, wygłupiały i zachwycały swoją nieporadnością. Mimo przeszywającego zimna i otaczającej wszystko mgły byliśmy wniebowzięci widząc słodziutki pandy na własne oczy. Po paru godzinach zachwytów pożegnaliśmy, zajadające się wszędzie rosnącym bambusem, pandy i sami ruszyliśmy coś zjeść na miasto.

Chodziliśmy ulicami nie wiedząc za bardzo gdzie patrzeć, bo wszystko było takie oryginalnie chińskie. Wstąpiliśmy do jednej z knajpek. Zamówiliśmy za pomocą zdjęć potraw na telefonie i zabraliśmy się do pałaszowania nie poradnie posługując się pałeczkami. Potrawy były ekstremalnie ostre i ledwo przechodziły przez nasze nieprzygotowane na to gardła. Krzysztof był jeszcze w stanie zjeść, jednak ja czułam na języku tylko żywy ogień. Pozwiedzaliśmy jeszcze razem chińskie targi i rozdzieliliśmy się z Fernando . Pojechaliśmy metrem do centrum miasta. Tam to dopiero zrobiliśmy sensację. W metrze jak i na głównym placu Chińczycy chcieli sobie robić z nami zdjęcia patrząc z zachwytem na nasze białe twarze. Byliśmy dla nich nie lada atrakcją. Po drugiej stronie głównego placu spoglądał na nas Mao Zedong z piedestału, wokół było pełno policjantów miłych i pomocnych dla każdego. Musieliśmy się przestawić z europejskiego trybu stania na czerwonym świetle. Pomimo, iż każdy jeździł tu jak chciał to w tym wszystkim była jakaś ukryta harmonia. Wędrując po ulicach tego komunistycznego miasta widzieliśmy jak żyją tutaj lokalsi. Każdy miał pracę, nie ważne jaką, ale ją miał. Czasem jedną prostą czynność wykonywały na raz nawet 3 osoby. Wszyscy chodzili w maseczkach bo wszystko spowijał gęsty smog, robiąc z tego swego rodzaju modny gadżet. W pewnych momentach nie było widać drugiej strony ulicy.

Wykończeni brakiem snu i ciężkimi plecakami wróciliśmy na lotnisko. Rozłożyliśmy się w strefie dla oczekujących pasażerów i padliśmy jak muchy. Przymknęłam tylko na chwile oczy, a po godzinie poczułam jak Krzysztof szarpie mnie za rękę próbując obudzić. Pojawił się Fernando i przenieśliśmy się pod bramki checkinu. Znów zalało nas morze Chińczyków i Tajów. Czekał nas ostatni bo 3 godzinny lot do Bangkoku. Podaliśmy jedynie swoje paszporty i nieszczęście nie musieliśmy podawać żadnych wydrukowanych rezerwacji czy biletów. Zastanawialiśmy się dlaczego bramki otwierają 3 godziny przed odlotem lecz gdy wlaliśmy się z cała masą pasażerów przez bramki ochrony to zrozumieliśmy. Wokół nas było z 300 ludzi. Już w samolocie dostaliśmy papiery imigracyjne do wypisania. Poczuliśmy lekki strach bo standardowo naczytaliśmy się w internetach różnych mądrości. Nie musieliśmy jednak mieć żadnych dokumentów prócz paszportów. W imigracyjnym formularzu wpisaliśmy jedynie nazwę hostelu, który zabukowaliśmy wcześniej. Chwila prawdy przed tajskim urzędnikiem już na miejscu i dostaliśmy upragnioną pieczątkę wbitą do paszportu. Po tylu dniach w drodze dotarliśmy do Tajlandii. Bangkok here we come !!