Author Description

admin

Romantyczna noc na pustyni

Obudził nas piasek między zębami i przenikliwa cisza. Zeszliśmy ze swoich leżanek i naszym oczom ukazał się czysty, półpustynny krajobraz. Pociąg był prawie pusty, tylko czasem ktoś się zabłąkał. Siedzieliśmy przy oknie, czekając na swoją stację i gapiliśmy się na mijane drzewa i krzaki. Pojawiły się i wielbłądy. Czarne wielbłądy, które beztrosko obgryzały sobie owe drzewka. Nasz pociąg w tumanach kurzu zajechał na stacje w mieście Jaisalmer. Przywitał nas o dziwo jak na standardy indyjskie, czysty i zadbany dworzec, a chwilę później przyjechali po nas mili panowie z hotelu Fotiya. Po szybkim rozładunku w pokoju, swoje kroki skierowaliśmy na dach, gdzie podobno była zachwalana na forach koreańska knajpka. Rozpościerał się stąd fantastyczny widok na pustynne, zbudowane z piaskowca miasteczko. Czuliśmy jakbyśmy przenieśli się w czasy Alladyna. Spacerując po mieście mogliśmy podziwiać pięknie rzeźbione fasady budynków. Oczywiście nadal były to Indie – brudne i gwarne, ale tutaj jakby mniej to się rzucało w oczy. Na pustynie Thar przywiodła nas chęć poskromienia wielbłądów. Niesamowicie podekscytowani poszliśmy załatwić sobie wycieczkę kierując się w doborze agencji turystycznej, rekomendacją jednych z oglądanych przez nas youtuberów – The Budgeteers. Dwa dni później stawiliśmy się z samego rana pod agencją a tam już czekał na nas jeep z kierowcą a zarazem naszym przewodnikiem. Jechaliśmy sami bez innych turystów. Krzysztof z kierowcą przodu a ja z tyłu na pace, mknęliśmy drogą przy rytmach hinduskiej pop muzyki. Kierowca zatrzymał się po jakimś czasie przy antycznym miasteczku, które według legendy jednego dnia zostało opuszczone przez wszystkich mieszkańców z racji rzuconej na nie klątwy. Kierowca dał nam trochę czasu na pozwiedzanie tego miejsca, gdzie spotkaliśmy tylko jednego strażnika i par ę bezdomnych psów. Jadąc dalej, nasz przewodnik pokazał nam jeszcze jeziorko, które było głównym wodopojem dla mieszkańców tej części pustyni, po czym zabrał nas do swojej rodzinnej wioski. Byliśmy zdumieni, w jakich warunkach tu ludzie mieszkają. Kierowca wraz z chyba swoim ojcem, zapakował na dach nasze siodła i pojechaliśmy szukać naszych wielbłądów. Ukazały się w końcu nam nasze wierzchowce. Z bliska wyglądały na o wiele wyższe. Owinęliśmy się chustami w postaci naszych balijskich sarongów, przeszliśmy szybki kurs jazdy i przyszło nam dosiąść tych królów pustyni. Szybki zryw i po chwili byliśmy z dwa metry wyżej. Dostaliśmy nowego przewodnika. Przytroczeni linami, jeden wielbłąd do drugiego cisnęliśmy powoli do przodu.

Pustynia nie była typową pustynią, jaką byśmy sobie wyobrażali. Były krzaczki, jakieś drzewka i pędy. Krajobraz podobny do tego, który widzieliśmy na outbacku w Australii. Nasz przewodnik, co jakiś czas do nas zagadywał i pytał czy żyjemy. Mimo, że tyłek po jakimś czasie zaczął boleć to i tak czuliśmy się zajebiście mogąc jeździć na wielbłądach właśnie tu w Indiach. Po jakichś trzech godzinach przyszła pora na przerwę, zresztą z nieba lał się już taki żar, że nie byliśmy w stanie wytrzymać. Nasz przewodnik wziął się za gotowanie i znikąd nagle pojawili się pasterze ze swoimi wielbłądami i zasiedli wokół ogniska. Wcześniej przygotował nam jeszcze wygodne legowisko w cieniu i powiązał nogi wielbłądom by nie uciekły. Relaksując się na kocyku, podziwialiśmy jak przemykają od drzewka do drzewka racząc się liśćmi. Po chwili zaserwowano i nam lunch. Masala chai do picia, czyli hinduska herbatka z przyprawami i mlekiem oraz podsmażony makaron z zupki chińskiej z jakimiś warzywami i jajkiem. Mimo, iż nie wyglądało apetycznie to i tak zajadaliśmy ze smakiem a potem z brzuchami do góry leżeliśmy i korzystaliśmy z ciszy. Przy przyjemnym wiaterku raczyliśmy się dolewką herbaty i dalej podziwialiśmy nasze wierzchowce. W cieniu przesiedzieliśmy najgorszy skwar. Chcieliśmy, co nieco zaczerpnąć wiedzy o kulturze pasterzy pytając naszych współtowarzyszy jednakże bariera językowa była nie do przedarcia i zaniechaliśmy dalszych prób. Nasz przewodnik zaczął zbierać powolutku majdanek, przyprowadził zwierzęta, osiodłał je i pomógł się nam na nie wgramolić. Wszyscy pasterze się gdzieś rozpierzchli a my ruszyliśmy dalej. Kroczyliśmy dłuższą chwilę wzdłuż licznych krzewów i kolczastych drzewek, gdy naszym oczom ukazały się wielkie piaszczyste wydmy. Jakby ktoś nagle zdecydował, że tu właśnie będzie pustynia i wysypał na środku setki ton piasku. Teraz już całkowicie czuliśmy jakbyśmy się przenieśli w czasie. Jak gwiazdy na planie filmu. Jechaliśmy grzbietem wydmy a w oddali zobaczyliśmy inną karawanę zmierzającą w tym samym kierunku. Dotarliśmy do miejsca, gdzie grupka hindusów rozkładała łóżka i polową kuchnię. Mieliśmy tu spędzić noc, pod gołym, gwiaździstym niebem, pośrodku indyjskiej pustyni. Nasze wielbłądy z powiązanymi nogami oddaliły się gdzieś w poszukiwaniu pożywienia a my wraz z innymi uczestnikami wielbłądziego safari rozsiedliśmy się na wydmach i podziwialiśmy piękny zachód słońca. Dla takich chwil się właśnie żyje. Nasi przewodnicy przygotowali nam poczęstunek, gdzie przy wspólnym stole poznaliśmy bliżej naszych współtowarzyszy. Byli tam prawnicy, dziennikarze, lekarze i my bezrobotni nomadzi. Szczęki im opadły jak się dowiedzieli, że my tak już od ponad roku a oni w większości tylko na chwilę Przygotowano nam przepyszną i sytą kolację. Pojawiły się na nieboskłonie gwiazdy i planety a dzięki specjalnej aplikacji jednego z dziennikarzy, wiedzieliśmy, na co patrzymy. Powoli każdy udawał się w kierunku porozstawianych w pewnych odległościach prycz. Ciężka, lniana kołdra wydawała się kompletnie nie potrzebna, lecz w środku nocy, gdy pustynia już oddała ciepło, była jak najbardziej na miejscu. Co jakiś czas było słychać porykiwania wielbłądów i dźwięk trzepoczących skrzydeł, wszędzie latających żuczków. Znikąd pojawił się nawet bezpański pies, który miejsce wytchnienia znalazł akurat pod moim łóżkiem, czym przyprawił mnie prawie o zawał. Wschód słońca był równie cudny, co zachód. Prawie każdy budząc się od razu sięgał po aparat. Nasi przewodnicy już czekali na nas ze śniadaniem. Zajadaliśmy się owocami i potrawami, których nazw nie byliśmy w stanie wymówić a nasze leżanki w tym czasie już były sprzątane. Jeszcze chwila na pozachwycanie się pustynią i znów siedzieliśmy w siodle. Obolałe jeszcze po poprzednim dniu tyłki zostały jeszcze bardziej zmasakrowane, gdyż nasz przewodnik postanowił przyspieszyć. Wielbłądy zaczęły truchtać a my trzymając się z całych sił siodeł by nie zlecieć, podskakiwaliśmy jak pinpongi. Niesamowicie ekscytujące.

Jazda na wielbłądach po indyjskiej pustyni było niesamowitym przeżyciem tak jak i noc w takim miejscu pod gołym niebem. Żałowaliśmy, że to już koniec tej przygody. Podziękowaliśmy naszym wierzchowcom i przewodnikowi i przesiedliśmy się do jeepa, bo po długiej drodze w tumanach kurzu wrócić do Jaisalmer. Po chwili wyciszenia znów wróciliśmy do gwarnego miasta. Usiedliśmy po późnej kolacji w restauracji na dachu naszego hotelu i podziwialiśmy widoki wokół. Nasze myśli jednak nadal były gdzieś na pustyni.

Jak to w każdym indyjskim mieście w Jaisalmer również był fort. Pięknie wyrastał nad miastem a w nocy podświetlony zapierał dech w piersiach. Za dnia poszliśmy zobaczyć jak wygląda od środka. W sieci małych uliczek, przy których były dziesiątki małych sklepików, hotelików i innych biznesów bardzo łatwo było się zgubić. Znaleźliśmy miejsce, gdzie mogliśmy zobaczyć całe miasto z góry. Wyglądało raczej jak po wojnie, ale i tak robiło wrażenie. Pobłądziliśmy jeszcze trochę w mikro uliczkach i z fortu ruszyliśmy zwiedzać dalej w miasto. Wąskie uliczki, gdzieniegdzie krowy i bezpańskie psy, czyli tak jak w całych Indiach tylko klimat zupełnie inny. Udało nam się znaleźć aptekę, dziko okupowaną przez lokalsów. Kulturą się tu nic nie zdziała, więc Krzysztof musiał trochę się porozbijać łokciami byśmy mogli nakupić trochę elektrolitów. Po udanych zakupach poszliśmy w kierunku jeziora Gadisar. Jego brzegi otaczały liczne kapliczki hinduistyczne, niektóre wystające wprost z wody. Ponapawaliśmy się widokiem i nie spiesznym krokiem ruszyliśmy w kierunku hotelu. Następnego dnia opuszczaliśmy już Złote Miasto. Zapakowaliśmy swoje tobołki z samego rana i uliczkami śpiącego jeszcze miasta dotarliśmy na dworzec. Był zadziwiająco czysty i pusty zarazem, lecz wraz ze wstającym słońcem zaczął się zapełniać. Wpakowaliśmy się znów w pociąg by po paru godzinach wysiąść w Niebieskim Mieście Jodhpur. Miasto swój przydomek zawdzięcza wyznawcom Boga Brahmy, który na ten kolor właśnie malowali swoje domostwa.

Opuściliśmy pociąg, a nasze nogi ledwo dotknęły płyty peronu jak zostaliśmy zaatakowani przez jednego z tuktukarzy. Nie dał się spławić w żaden sposób. Dziwił się, że biali w taki ukrop wolą iść z bagażami, niż wziąć taki tani transport. Później wziął nas na litość mówiąco swojej potrzebującej rodzinie. W końcu, gdy już dotarliśmy do miasta powiedzieliśmy mu, że naprawdę marnuje swój czas. Na szczęście dał za wygraną. Weszliśmy na wielki plac targowy. Gwarny i niemożliwie zatłoczony Sardar Market. Jakoś udało nam się z niego wydostać i ruszyć w teoretycznie nam znanym kierunku. Oczywiście błądziliśmy i zdążyliśmy się trzy razy pokłócić. Jednak zmęczenie, głód i skwar stworzyły wybuchową mieszankę. Wkurwiona w końcu podeszłam do jakiś ludzi i pokazałam na telefonie, gdzie chcemy dotrzeć. Standardowo każdy pokazał inny kierunek, ale jeden powiedział, że on wie i pokarze gdzie. Poszliśmy za nim i tuż za rogiem wskazał na wielkie drewniane drzwi, na których widniała biała kartka z nazwą naszego hostelu. Weszliśmy do środka na pusty korytarz. Zaczęliśmy się wspinać po schodach, gdzie na poszczególnych piętrach wyglądało już bardziej hostelowo. Pojawiły się w końcu gość z obsługi, jak się potem dowiedzieliśmy ojciec właściciela. Nasza rezerwacja się zgadzała i ulokował nas w pokoju. Restauracja na dachu, która miała działać jednak nie działała, więc jedzenia musieliśmy iść szukać na miasto. Przed przyjazdem do Jodhpur Krzysztof zrobił w necie research i mniej więcej wiedzieliśmy gdzie owego jedzonka możemy szukać. Znów minęliśmy zatłoczony targ i wyszliśmy na długą aleję zapełnioną po jednej i drugiej stronie sklepami z asortymentem od pięknie zdobionych sari do wielkich orientalnych dywanów. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim znaleźliśmy naszą knajpkę. O dziwo było tu czysto i schludnie i byliśmy jedynymi białasami. Zamówiliśmy posiłek, który po niedługim czasie został nam dostarczony na stół. Krzysztof zjadł smażony ryż z warzywami a ja najpyszniejsze thali (czyli podane na wielkim talerzu danie złożone z ryżu, placków roti lub ciapati otoczone małymi miseczkami z dodatkami sosów, jogurtu, jarzyn i papki z ciecierzycy) jakie dotychczas jadłam. Istne niebo w gębie. Przychodziliśmy tu już na każdy posiłek. Za drugim razem obsługa witała nas już z uśmiechem. Do Jodphur trafiliśmy akurat w czasie jakiegoś hinduskiego święta i przez miasto przechodziły, co chwilę rozśpiewane parady z niesioną na czele figurą bożka. Poszliśmy znaleźć lepsze miejsce do podziwiania tych ekscesów i weszliśmy na dach naszego, hostelu. Miasto było niesamowicie oświetlone a w szczególności wielki fort a właściwie twierdza Mahrangarh, która wyglądała jak wielka skała górująca nad miastem. Czuliśmy się wręcz przytłoczeni jej ogromem i pięknem. Nie mogliśmy przestać się gapić, lecz w końcu zmęczenie i latające w powietrzu paskudztwo wypędziło nas z powrotem do pokoju. Tam jednak nie zaznaliśmy spokoju. Łóżko było na tyle wąskie i krótkie, że żeby się pomieścić musieliśmy spać na odwrót w swoich nogach, a i tak pod naszym oknem, co chwila przechodziła parada tym razem za pickupem świecącym się jak choinka, z wielkimi głośnikami na pace. Dudniło z nich Hare Krishna techno, co przyciągało dziesiątki wyznawców. Muzyka naprawdę była zaraźliwa, gdyż nawet, gdy już wszyscy rozeszli się do domów i dźwięki z głośników ucichły to nasze mózgi dalej były na imprezie do samego rana. Niewyspani zjedliśmy śniadanie, które nam przynieśli do pokoju, po czym poszliśmy znów w miasto. Niedaleko naszego hostelu znajdowała się studnia Teorji Ka Jhalra, która wyglądała jak budynek ze ścianami zbudowanymi ze schodów, które zalała szmaragdowa woda. Podobno studnia była głęboka na 200 metrów. Lokalsi nie zważając na zakazy w najlepsze bawili się wskakując w ubraniach do zwodniczej wody. Robili nawet zawody, kto skoczy do wody z większej wysokości. Czyste szaleństwo.

Poszwendaliśmy się jeszcze, odkrywając coraz to ciekawsze zakamarki. Znaleźliśmy nawet kolejne, kompletnie opuszczone centrum handlowe. Chyba się kompletnie nie przebiły w tym kraju. Nazajutrz przy wymeldowywaniu spotkała nas nieprzyjemna niespodzianka. Pomijając fakt, iż przez ciągłe braki w dostawie prądu, w nocy nie działał nam wiatrak, więc znów nie mogliśmy spać to nasi gospodarze próbowali nam wliczyć śniadania do rachunku a wcześniej dokładnie się upewniliśmy, że są w cenie. Cała wymiana zdań nastąpiła z właścicielem hostelu przez telefon i dopiero wizja pozostawienia przez nas negatywnej opinii skłoniła go do przystania na nasza wersję. Pociąg odjeżdżał dopiero o 20tej, a nie mieliśmy już nic do oglądania, więc usadowiliśmy się na dachu jednego z hosteli i przy pysznym posiłku oddaliśmy się paru partyjkom szachów. Odpowiednio przed 20tą zebraliśmy się z knajpki i poczłapaliśmy na dworzec. Myśleliśmy, że kupno biletu na kolejny pociąg zajmie nam chwilę, ale niestety przerodziło się to wręcz w walkę z czasem. Aby kupić bilet na połączenie z innej stacji musieliśmy się udać do zupełnie innego budynku. Byliśmy przekonani, że to jakieś kolejne oszustwo, gdy strażnicy pokierowali nas w jakieś tylnie uliczki. O dziwo udało nam się znaleźć jakiś budynek i właściwe biuro. Musieliśmy wypisać specjalne podanie o bilet i odczekać swoje na aprobatę nie wiadomo, kogo. Papiery, jakieś pieczątki i w końcu wydano nam bilety. Wróciliśmy biegiem na dworzec wiedząc, że jeszcze nas wiele w tych Indiach zaskoczy. Ulokowaliśmy się w kolejnym pociągu z nadzieją, że te 17 godzin drogi się nie wydłuży i kolejny nam nie ucieknie.

Siódmy cud Świata

Opuściliśmy pociąg wprost w łapy spragnionych turystów tuktukarzy. Razem z nami wychodziły setki ludzi, ale to na nasz widok błyszczały im oczy. Każdy z kolei oferował nam very cheap price, lokal price ale to dopiero za murami dworca znaleźliśmy chętnego na our price. Pojechaliśmy szerokimi, niezakorkowanymi ulicami w poszukiwaniu naszego hostelu. Szukaliśmy razem z kierowcą i innymi zapytanymi po drodze lokalsami, aż w końcu znaleźliśmy. Budynek wyglądał jak wszystko inne w Indiach. Ważne, że fasada była zrobiona a wszystko wokół mogło się walić. Miły pan z obsługi przyjął nas jak starych przyjaciół i zaznajomił z funkcjonowaniem restauracji. Wszystko w jego ustach brzmiało cudownie, lecz szybko przyszło nam zderzyć się z prawdziwą hinduską rzeczywistością. Hotel był w trakcie remontu i wszędzie pełno było gruzu i kurzu. Pokój wyglądał całkiem zacnie i w porządku do momentu, aż zmęczeni upałem rzuciliśmy się na łóżko. Naszym oczom ukazały się małe białe robaczki. Chodziły po całej pościeli. Od razu poprosiliśmy o zmianę. Coś tam poprzepraszali a nam zostało przymknąć oko. Dlaczego zostaliśmy tam na całe zarezerwowane 4 noce ? Bo wszystko mieszczące się w naszym skromnym budżecie było już pozajmowane. Pozostało nam się z tego wszystkiego tylko śmiać. Poszliśmy z głodu zobaczyć czy w restauracji też nas czymś zaskoczą. Na szczęście żarcie mieli pyszne i zdołali tym zrekompensować słaby początek, co prawda szybko wszystko psując usilnie zachęcając nas do zostawienia miłej opinii na Trip advisorze . Nie doczekanie.

Zapakowaliśmy aparaty i poszliśmy na miasto. Mieliśmy z kilometr do przejścia by zobaczyć sławny cud świata – Taj Mahal. Mając 4 dni w zapasie mogliśmy sobie wybrać ten z najlepszą pogodą by po kupieniu mega drogiego jak na Indie biletu, zobaczyć mauzoleum z bliska. Przed wysokimi murami z czerwonego piaskowca Hindusi mieli swoje liczne kramiki i restauracje z nieodzownymi naganiaczami, z którymi nie raz dochodziło do śmiesznych przepychanek słownych. Krzysztof każdemu, który nie chciał dać za wygraną, chciał sprzedać butelkę wody by pokazać im, że tak samo potrzebuje ich produktów jak oni jego wody. Tuż przy samych murach okalających mauzoleum skręciliśmy w prawo w ścieżkę wiodącą ku rzece Jamunie. Sama rzeka była podobno jedną z najbardziej zanieczyszczonych na świecie i oczywiście była święta jak wszystkie rzeki w Indiach. Z nad tej rzeki przyszło nam też po raz pierwszy zobaczyć oblicze Taj Mahal. Piękny, czysty budynek górował majestatycznie nad resztą świata. Narobił nam apetytu na więcej.
Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy na zwiedzanie Agry. Wymyślnymi dróżkami, przeważnie bardzo zatłoczonymi kroczyliśmy w kierunku Czerwonego Fortu. Im bardziej się oddalaliśmy tym mniej mijaliśmy turystów, więc jeszcze bardziej byliśmy oblegani przez rikszarzy i tuktukarzy. Tuż pod samym Fortem tętniło życie wokół straganów. Byli turyści, hindusi, krowy, psy a nawet małpy usiłujące ukraść coś dla siebie ze stoisk z owocami. Istny chaos w indyjskim wydaniu. Zobaczyliśmy Fort z zewnątrz i z zimną pepsi w rękach, czym prędzej znaleźliśmy transport z tej skwierczącej patelni. Pojechaliśmy na drugą stronę rzeki pod park Mehtab Bagh, gdzie można było chodząc po zapewne pięknym ogrodzie podziwiać Taj Mahal. My jednak by uniknąć absurdalnie wysokiej opłaty za wejście do owego ogrodu, poszliśmy wzdłuż płotu w mniej uczęszczaną uliczkę. Od razu przyciągnęliśmy też grupkę młodocianych sprzedawców durno- pierdołek własnej roboty, którzy szli w krok za nami. Do punktu widokowego dotrwał jednak tylko jeden z nich i uparcie nie dał się spławić. Widok na Taj Mahal z tej strony był niesamowity. Kontemplowaliśmy go przy akompaniamencie ciągłego słowotoku małego Hindusa. Usilnie chciał nam coś sprzedać i wmówić, że przecież jak jesteśmy z Ameryki to dla nas to są grosze. My jednak byliśmy nie do zdarcia i w końcu zawiedziony opuścił nasze urocze towarzystwo. Brzeg rzeki był otoczony drutem kolczastym i gdy zbliżyliśmy się do niego za bardzo, by zdobyć lepsze ujęcia aparatem to od razu znikąd wyskoczył policjant by zrobić nam przesłuchanie. Krzysztof z wrażenia nawet się zapomniał i na pytanie o kraj pochodzenia odparł Wietnam, tak jak to wcześniej wmawialiśmy wszystkim Hindusom. Na szczęście pan władza nie należał do oczytanych i tylko patrzał się na nas. W końcu czując, że jesteśmy tu nie mile widziani poszliśmy poszukać kierowcy, który nas stąd zabierze. Przy postoju było ich kilku i od razu rzucili się na nas jak na świeże mięso. Z żadnym z nich nie udało się wynegocjować racjonalnej kwoty, więc zdecydowaliśmy się pójść z buta. Dzielnica nie należała do najweselszych w dodatku zdecydowanie zwracaliśmy na siebie uwagę. Nawet przypałętała się do nas grupka jakiś gówniarzy, którzy nie bardzo chyba mieli pojęcie o prywatności osobistej i za bardzo interesował ich mój plecak. Krzysztof warknął do nich po angielsku i rozpierzchli się na wszystkie możliwe strony. Automatycznie przyspieszyliśmy kroku. Szliśmy między chatkami zbudowanymi z byle czego bez oczywiście zachowania jakichkolwiek zasad fizyki. Całe życie (łącznie z toaletą) tutejszej społeczności toczyło się wzdłuż ulicy. Przykro było na to patrzeć, więc po prostu szliśmy przed siebie starając się nie łapać z nikim kontaktu wzrokowego. Dotarliśmy w końcu do głównej drogi i przeszliśmy przez most, pod którym kąpało się stadko krów. Przedostaliśmy się na drugą stronę miasta i od razu złapaliśmy tuktuka za śmiesznie niską cenę. Wysiedliśmy tuż przy zachodniej bramie prowadzącej do mauzoleum i udaliśmy się do jednej z tych knajpek, które szczyciły się, że, jako jedyne posiadają wyjątkowy widok z góry na ten cud architektoniczny.

Trafiliśmy idealnie z wyborem dnia zwiedzania największego skarbu Agry. Niebo było niebieskie i wyjątkowo przejrzyste, wiał lekki wiaterek a słońce prażyło tylko odrobinę. Ubraliśmy się godziwie, wzięliśmy tylko dozwolone rzeczy i uzbrojeni w bilet wstępu ruszyliśmy na mauzoleum. Taj Mahal był znakiem rozpoznawczym Indii. Nie można było wyjechać z tego kraju i nie zawitać do Agry. Został wzniesiony na polecenie Szahadżahana – muzułmańskiego władcy, dla upamiętnienia swojej ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła podczas wydawania na świat ich 14 dziecka. Taj Mahal był istnym pięknem i niesamowicie wyróżniał się na tle reszty Indii. Przechodziliśmy się po okalających go ogrodach, co chwilę robiąc zdjęcia ze wszystkich możliwych stron. W środku mauzoleum również wyglądało olśniewająco, niestety tego już nam uwiecznić nie pozwolono. Biały marmur mienił się małymi pomarańczowymi kwiatuszkami zrobionymi z kamieni szlachetnych, które podobno nocą świeciły się w ciemności.

Pełni zachwytu wróciliśmy na ulice Agry. Podążyliśmy w kierunku wskazanego nam przez mapy gogle centrum handlowego. Chcieliśmy zrobić zapasy na dalszą podróż, więc szliśmy główną drogą, wśród tumanów kurzu, wypatrując neonów. Trafiliśmy. Główny punkt – McDonald był oblegany przez tłumy, lecz gdy weszliśmy do środka centrum handlowego zastaliśmy jedynie puste powybijane witryny, walające się śmieci i przytłaczającą pustkę. W Indiach wszystkie centra handlowe tak wyglądały. Jakby ktoś miał chęci, ale mentalność ludzi wokół sprowadziła go szybko z powrotem na zakurzoną ziemię.

Odeszliśmy z niczym. Jedynie potem w sklepiku na rogu kupiliśmy Tangi by nie pić ciągle tylko wody no i standardowo ciastka. Granaty, które dostaliśmy u przydrożnego sprzedawcy niestety nadawały się tylko do wyrzucenia. Czuliśmy, że już wystarczająco nacieszyliśmy się Agrą. Pozostało nam jedynie uzupełnić zapasy lekarstw, a w szczególności elektrolitów, bo nie chcieliśmy się przy naszej słabo rozwiniętej diecie nabawić jakiegoś choróbska. Spytaliśmy lokalnego sklepikarza gdzie znajdziemy aptekę, a ten w odpowiedzi machnął ręką jedynie gdzieś w bliżej nieokreślonym kierunku. Przeszliśmy wskazaną uliczkę dwa razy tam i z powrotem, lecz nic nam nie wyglądało na cokolwiek, co mogłoby być apteką. W końcu podeszliśmy do jednej z budki, przy której stało więcej ludzi, a na nasze pytanie o aptekę sklepikarz krótko i ochoczo zapytał co podać. Byliśmy w głębokim szoku. Rzekomy aptekarz raz dwa podał nam to, co było nam potrzebne, a stojący obok Hindus podający się za lekarza dodatkowo zatwierdził nam, jakość leków, przy okazji biorąc nas za Rosjan. Indie chyba nigdy nie przestaną nas zaskakiwać.

Z samego rana spakowaliśmy nasz dobytek i jak zwykle poszliśmy szukać tuktuka. Długo nie musieliśmy krążyć jak tuktuk sam nas znalazł, a Krzysztof mistrzowsko z miną pokerzysty zbił cenę za przejazd do tej korzystnej dla nas. Mimo młodej godziny na dworcu już były tłumy. Niektórzy jeszcze spali na porozkładanych matach i kocykach a my lawirowaliśmy między nimi w poszukiwaniu naszego wagonu. Mokre chusteczki wpierw poszły w ruch i zajęliśmy swoje miejsca by spędzić tak parę godzin gapiąc się na krajobraz za oknem.

Kolejne miejsce miało być tylko naszym chwilowym przystankiem. Do Jaipuru – stolicy Radżastanu dotarliśmy po południu i od razu odczuliśmy na sobie palące słońce. Mogliśmy oczywiście pojechać zobaczyć wspaniały Pałac Wiatrów jednak zamiast tego wybraliśmy rozłożenie się na trawie w parku wprost pod wielką łopoczącą na wietrze flagą Indii. Prosto z pociągu poszliśmy wpierw poszukać czegoś do jedzenia. Sławna hinduska kuchnia była dla nas nie uchwytna w tym mieście, więc pozostał nam McDonald i Domino Pizza. Po miłym popołudniu w parku przyszedł mniej przyjemny wieczór. Powoli dreptaliśmy w kierunku dworca, lecz na swojej drodze zaczęliśmy mijać coraz więcej niepewnych szumowin. Intuicja jasno biła na alarm, że trzeba się jak najszybciej ewakuować. Jak na złość żaden tuktuk nie chciał się zatrzymać, dopiero policjant kierujący ruchem musiał zrobić to za nas, dzięki czemu raz dwa dotarliśmy na pociąg. Chwilę przed północą pojechaliśmy dalej. Znów kłótnie o miejscówkę, rozgardiasz i pociągowi sprzedawcy.

Miasto Śiwy i święty Ganges

Znów znaleźliśmy się w centrum indyjskiego chaosu. Kurz, brud, korki i roztrąbione klaksony. I upał. Niemiłosierny skwar, który sprawiał, że nasze ciała automatycznie zlały się potem. Kierowca jeepa złapał nam od razu tuktuka w lokalnej cenie i pojechaliśmy prosto na dworzec kolejowy. Zajęło nam to trochę, bo głównie staliśmy w korku, ale i tak mieliśmy jeszcze z 3 godziny w zapasie. Przeszliśmy przez zatłoczony dworzec odganiając żebrzące dzieci i zajęliśmy miejsce naprzeciwko wielkiego cyfrowego zegara. Obserwowaliśmy dworcowe życie. Biegające psy i szczury, żebrzące dzieci, przenoszących towar przez tory tragarzy i sprzątaczy dworca. Powoli schodzili się Hindusi i rozkładali swoje szmatki by spokojnie na środku dworca uciąć sobie drzemkę. Nasz pociąg nie przyjechał o czasie. Wpierw spóźnił się 3 godziny, potem 6 w końcu łącznie na dworcu spędziliśmy 12 godzin. W mieście w środku nocy nie było gdzie się podziać, więc został nam jedynie dworzec. Siedzieliśmy patrząc tępo w dal i czekaliśmy na cholerny pociąg. Co jakiś czas robiliśmy sobie spacer pod główny rozkład jazdy by sprawdzić czy nic się nie zmieniło. Po czym znów wracaliśmy na wygodniejsze miejsce. Po godzinach spędzonych przez nas kompletnie bezsensownie w końcu przyjechał nasz transport. W środku nocy. Padliśmy na prycze i od razu zasnęliśmy. Obudził nas piekarnikowy skwar. Byliśmy cali mokrzy. Wiatraki przestały działać, więc w pociągu wręcz powietrze stało. Nawet z Hindusów się lało. Staraliśmy się przyjąć sytuację na klatę i nie wpaść w złość. Leżeliśmy na pryczach starając się nie zemdleć z gorąca i braku tlenu i modliliśmy się, żeby to się już wszystko skończyło. Po 15 godzinach w tej blaszanej saunie w końcu wywaliliśmy się z pociągu w sławnym Waranasi. Był już wieczór, gdy tuktukiem dotarliśmy do hostelu. O dziwo bezsilność i zmęczenie przerodziły się w obojętność. Tuktukarz puścił na cały regulator jakiś hindi dubstep i zaczęliśmy się wygłupiać w najlepsze. Z właścicielem hostelu mieliśmy po tym nawet siłę przejść się nad rzekę Ganges, bo ten usilnie chciał nam pokazać rzekę. Myślał, że znalazł frajerów, którym wciśnie jakąś wycieczkę. Próbował to nam zresztą zrobić przez cały nasz pobyt.

Poszliśmy zwiedzać miasto. Oczywiście wpierw udaliśmy się nad święta rzekę by zobaczyć ją przy świetle dziennym w pełnej krasie. Akurat zawitaliśmy w mieście, gdy poziom rzeki był wysoki, a nurt tak silny, że planowana przez nas przeprawa łódką była niemożliwa. Chcieliśmy zobaczyć słynne ghaty – czyli schody prowadzące do rzeki gdzie wierni dokonują oczyszczających kąpieli, medytacji czy też żegnają się ze zmarłymi bliskimi rozsypując ich prochy do świętej wody. Zostało nam jedynie obserwować te wszystkie ceremonie prosto z na wpół zalanych schodów. My chcieliśmy robić zdjęcia kąpiącym się Hindusom, ale to w zamiar oni podchodzili i chcieli mieć zdjęcia z nami. Nie ukrywam ciężko było pozować czując ściekającą po ramieniu wodę z Gangesu, bo przecież trzeba było się przytulić do białego turysty.

Błądziliśmy po klaustrofobicznych uliczkach Waranasi, co chwilę zachodząc pod rzekę i szukając jak najlepszego widoku. Tam atakowali nas sprzedawcy paszmin i jakiś koralików oraz krowy, których było tu pełno. Myśleliśmy, że bardziej brudnego miejsca na świecie nie ma ale Waranasi bezapelacyjnie zajmowało w tym pierwsze miejsce. Drogi były tak zaminowane przez krowy, że przejście na czysto było niemożliwe, a na widok Niemców chodzących boso robiło nam się niedobrze. Co turyści zachwalający to miejsce w nim widzieli nie byliśmy w stanie pojąć, tym bardziej widząc tu jedynie intratny turystyczny biznes pod przykrywką świętości. No co kto lubi i w co kto wierzy.

Wieczorem przy rzece można było zobaczyć wielkie snopy iskier strzelające w górę. Były to paleniska, na których martwi już wierni Hindusi przechodzili swoją ostatnią drogę i przemieniali się w popiół, później przez bliskich rozrzucany w Gangesie. O dziwo nie było czuć zapachu palonego ciała, a na pewno je palili, bo widzieliśmy jak nieśli zapakowane w kolorowe szmatki ciało. Zaczęło się wokół nas zbierać coraz więcej gapiów, więc zwyczajnie się stamtąd ulotniliśmy. Opuszczaliśmy Waranasi z kolejnym pakietem indyjskich doświadczeń. Pożegnaliśmy nachalnego właściciela hostelu i poszliśmy w kierunku dworca. Było sakramencko gorąco, więc podjechaliśmy trochę tuktukiem i podeszliśmy do czegoś, co wyglądało jak centrum handlowe. Mieliśmy nadzieję na lody z McDonalda, ale akurat coś się wydarzyło i zleciało się pełno ludzi, wszędzie była policja i wszystko pozamykali. Nam nikt nie był w stanie powiedzieć co tu się właściwie dzieje. Po chwili daliśmy za wygraną i poczłapaliśmy prosto na dworzec. Obładowani w ciastka i wodę wpakowaliśmy się do pociągu i rozpoczęliśmy nasz rytuał przygotowania pryczy, czyli po prostu nawilżające chusteczki poszły w ruch. Cały tłum (a stacja była niemożliwie przepełniona) też zaczął się ładować do wagonów i przy ogromnym chaosie odbyło się zajmowanie miejsc. Bez kłótni się nie obeszło. Zaraz po tym jak ruszyliśmy pojawiły się hijra – czyli mężczyźni poubierani w kolorowe sari do złudzenia wyglądający jak kobiety. Z powkładanymi już banknotami rupi między palcami u rąk machali nimi w teatralny sposób i chodząc po całym pociągu napastowali mężczyzn charakterystycznie przy tym strzelając palcami. Napastowani mężczyźni rzadko rzucali jakimś groszem, ale za to kobiety chętnie za co dostawały błogosławieństwo. Pojawiły się też kaleki, które czołgając się przez korytarz z miotełką wyciągali do pasażerów rękę po drobne. Przechodzili też obwoźni handlarze z popularną herbatą, samosą i bóg jeden wie czym jeszcze. Obserwowałam to wszystko z górnej pryczy, aż w końcu dopadło mnie znużenie. Po jakichś 15 godzinach dojechaliśmy na miejsce. W Gwaliorze przywitał nas deszcz. Musieliśmy zaniechać wędrówki z buta i wzięliśmy tuktuka. Hostel wyglądał na całkiem w porządku, choć musieliśmy poprosić o włączenie prądu. Chyba byliśmy jedynymi gośćmi. Zatrzymaliśmy się w Gwaliorze głównie po to by odpocząć w drodze do kolejnego miejsca, ale jak się okazało było warto. Mieszkaliśmy tuż obok Fortu, więc gdy tylko się rozpogodziło poszliśmy zwiedzać. Już przy samym wejściu przy bramie Urvai przywitały nas potężne posągi wyryte w skale, patrzące złowrogo pustym wzrokiem. Wyglądały naprawdę imponująco, a największy z nich miał prawie 18 metrów wysokości. Podobno wzdłuż wzgórza Gopachal na którym wznosi się Fort znajduje się około 1500 posągów. Wszystkie, które widzieliśmy wyglądały na wyryte z wielką dokładnością. Z samego Fortu rozpościerał się widok na całe miasto. Poszliśmy się przejść na spacer zwiedzając przy okazji świątynie. Jakoś niechcący ominęliśmy budkę z biletami i nie mogliśmy wejść do środka świątyni Telika Mandir i Sas Bahu ale z zewnątrz kompletnie nam wystarczyły. Skwar lejący się z nieba ułatwił nam decyzję o zakończeniu zwiedzania, więc uciekliśmy do pokoju w poszukiwaniu cienia. W końcu jutro też jest dzień.

Kolejny jednak rozpoczął się nieco dżdżyście. Mimo to nie chcieliśmy dawać za wygraną i zwiedzaliśmy dalej. Przeszliśmy się wzdłuż Fortu przez niemożliwie zabłocone uliczki Gwalioru. Drogi asfaltowej praktycznie tu nie było. Skończyliśmy oglądać grobowiec Mohammada Ghaus’a gdy z nieba lunęło srogim deszczem. Przeczekaliśmy chwilkę pod jakąś świątynią, po czym zaczęliśmy dalej brodzić w błotku w stronę hostelu. Brudna woda z ulicy pryskała w każdą stronę, więc gdy doszliśmy do centrum handlowego wyglądaliśmy jakbyśmy tarzali się w gównie. Dzięki bogu, że tu w toaletach mają sikawki, więc mogliśmy się przed pójściem zjeść doprowadzić do względnego porządku. Z pełnymi brzuchami poszliśmy obejrzeć jeszcze jedną świątynię. Początkowo chcieliśmy tego zaniechać wykończeni deszczem, ale ostatecznie okazało się, ze byśmy tego żałowali. Świątynia znajdowała się na wschodniej ścianie fortu i tez składała się z wyrytych w skale posągów. O wiele bardziej imponujących i lepiej zachowanych niż te, które widzieliśmy przy bramie Urvai. Przyciągała tez o wiele więcej turystów, którzy standardowo chcieli sobie robić z nami zdjęcia.

Gwalior był ciekawym przystankiem w naszej podróży przez Indie. Po wypiciu kolejnej masala chai na śniadanie przyszło nam jednak wsiąść do tuktuka by nim prosto pojechać na dworzec. Kolejny pociąg, setki kilometrów i droga w nieznane.

Podróż życia i trzeci największy szczyt świata. Darjeeling.

Znaliśmy już to lotnisko. 4 miesiące temu wylatywaliśmy stąd do Australii. Tym razem też czekała nas przygoda, kto wie może nawet bardziej ekstremalna, bo lecieliśmy do Indii. Na lotnisku wiedzieliśmy już gdzie będziemy spać i jeść. Musieliśmy tylko jakoś zapełnić ten czas.

W końcu wybiła nasza godzina i poszliśmy się odprawić. Bagaże, paszporty i kontrola, czyli standard. Jedynie miny ludzi (a byli tam sami Hindusi), z którymi wchodziliśmy przez bramki już do samolotu były bezcenne. No, bo, po co Ci biali lecą do tak nie turystycznego miejsca jak Visakhpatnam. Odpowiedź: Tanie bilety. Ten lot, po krótce zobrazował nam, czego mogliśmy się spodziewać po Indiach. Gapiący się ludzie, kłócący pasażerowie, płaczące dzieci i dziwny zapach w powietrzu.

Lotnisko było stosunkowo małe, ale i tak pędziliśmy przez nie by jak najszybciej przejść przez odprawę i znaleźć jakiś transport na dworzec kolejowy. Na wszystko mieliśmy tylko albo aż 2 i pół godziny. Po wypisaniu na szybko dokumentów i odczekaniu w kolejce w końcu odebraliśmy paszporty z wbitą wizą. Jeszcze szybka wymiana pieniędzy po super niekorzystnym kursie i wypad na miasto. Tylko przekroczyliśmy drzwi to uderzyła w nas porównywalna do basenu wilgotność. Było już ciemno i musieliśmy znaleźć tuktukarza, który nas nie oszwabi. Odganialiśmy wszystkich stojących zaraz przy lotnisku i pocisnęliśmy w kierunku głównej drogi. Tam w tumanach kurzu udało nam się zagaić gościa, który załatwił nam lokalną kwotę za przejazd. Jechaliśmy w kierunku dworca wśród tego całego chaosu na ulicy. Naczytaliśmy się wcześniej różnych ciekawych rzeczy, więc mieliśmy oczy wokół głowy. Mieliśmy jeszcze trochę czasu w zapasie, więc poszliśmy do wskazanego przez lokalsów miejsca by kupić wodę. Nie kłamali. Nasz pociąg przyjechał o czasie. Zajęliśmy swoje prycze i próbowaliśmy przespać pierwszą noc w indyjskim pociągu. Obudziliśmy się cali i nie okradzeni. Przetrwaliśmy nasz pierwszy indyjski pociąg i dotarliśmy do mieściny o wdzięcznej nazwie Bhubaneswar.

Jednodniowy przystanek w dalszej drodze na północ. W planach było zwiedzanie świątyń, lecz Bhubaneswar zgotował nam szokujące doznania. Nie odpuszczały nas ani na chwilę wianuszki babuszek i matek z dziećmi błagające o parę drobnych. Wśród tumanów kurzu z coraz bardziej skwaszoną miną staraliśmy się nie dać rozjechać szalonym kierowcom. Mijaliśmy zdechłe zwierzęta, bez jakiegokolwiek zainteresowania przechodniów leżące z pustymi oczodołami i wnętrznościami już nie wewnątrz. Przy licznych wysypiskach wzdłuż głównej drogi masa krów umiejętnie rozprawiała się z foliowymi torebkami by dotrzeć do pożywienia a tuż obok Hindusi prowadzili swoje knajpki, sklepy i inne biznesy. Gdy w końcu dotarliśmy zdewastowani do hostelu musieliśmy dwa razy wziąć prysznic, bo brud był wręcz niemożliwy do zmycia. Z niepocieszeniem wróciliśmy znów na ulicę by dostać się do (o dziwo) centrum handlowego by coś zjeść.

Wyspaliśmy się wyśmienicie. Przeszliśmy pustymi ulicami na dworzec. Nakupowaliśmy słodkości i wskoczyliśmy w nasz dwudziesto paro godzinny pociąg do New Jalpaiguri. W Indiach standardem jest nad programowa ilość pasażerów, przez co było głośno jak na stadionie, a nie liczni posiadacze biletów musieli wykłócać się o swoje miejsca. My byliśmy twardzi i z groźnymi minami zawsze zajmowaliśmy swoje miejsca. Nie jedni próbowali cwaniakować i pokazać białym turystów gdzie ich miejsce, ale Krzysztof walczył jak lew. To znaczy powiedział raz a Hindusi dawali od razu za wygraną. W New Jalpaiguri dopadł nas deszcz, w którym przez jakąś godzinę przyszło nam chodzić i szukać kierowcy, który nas za ludzkie pieniądze przewiezie jeepem. Obeszliśmy cały parking. Wszyscy kierowcy mieli za mało pasażerów, a ruszali dopiero jak mieli pełny wóz. W końcu zahaczył nas ten, któremu brakowało tylko dwóch do kompletu. Przejechaliśmy przez miasteczko równie urokliwe co poprzednie, później przez teren wojskowy i krętą drogą pod górę. Liczne zawijasy, dziurawa droga i szybkie manewry kierowcy wywróciły nam żołądki na lewą stronę. Widoki za oknem jednak rekompensowały trudy podróży. Wjechaliśmy ponad chmury i ukazał nam się himalajski krajobraz. Na wąskiej drodze mijały się liczne jeepy, dzieci w mundurkach wracające ze szkoły i roztrąbione skutery. Całą drogę towarzyszyło nam słońce, ale już na samej górze miasteczko było spowite gęstą mgłą. Kierowca zrzucił nam z dachu jeepa nasze tobołki i ruszyliśmy w poszukiwaniu naszego hostelu. Minęliśmy wieżę zegarową w starym kolonialnym stylu i weszliśmy w wąską dróżkę, miedzy dwoma budynkami, prowadzącą po schodach w górę. Trochę pobłądziliśmy, lecz w końcu jakoś trafiliśmy. Hostel górował nad miastem, a z wielkiego okna mieliśmy piękny widok na Darjeeling i okoliczne wzgórza.

Pogoda jak to w górach zmieniała się parę razy na dzień a szczególnie tutaj na 2140 m n.p.m. Po chwili na ogarnięcie ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka a w konkretnie jego kulinarnych możliwości. Zawitaliśmy do ładnie wyglądającej, drewnianej knajpki gdzie spróbowaliśmy wyśmienitego chowmaina i chińskich pierożków momo. Praktycznie w każdej knajpce można było dostać indyjskie i chińskie potrawy. Zwiedzając miasteczko człowiek czuł jakby przeniósł się w czasie. Większość budynków pamiętało czasy kolonialne a mieszkańcy nosili wymieszane współczesno – tradycyjne ubrania. Sama sławna kolejka wąskotorowa wyglądała jak istne wehikuł czasu. Miejsce to wyglądało zupełnie inaczej niż reszta Indii. Ludzie nie byli nachalni, nikt nie żebrał i wokół panował porządek. Panowała tu przyjazna górska atmosfera a jedyny chaos istniał na głównym targu tuż obok postoju dla jeepów i busików. Po spróbowaniu lokalnej herbaty, z której słynie region przeszliśmy przez zamglone miasteczko do Zoo Padmaja Naidu Himalayan Park, gdzie w jednym miejscu mogliśmy podziwiać rezydentów lokalnych wzgórz i lasów. Pierwszy raz widzieliśmy, jaka i tygrysa bengalskiego. Mimo, że park dobrze pamiętał lata 60 to był zaprojektowany tak by odwiedzający mogli spojrzeć na zwierzęta z góry nie mącąc im spokoju w ich obszernych wybiegach.

Do Darjeeling przyjechaliśmy jednak z zupełnie innego powodu. Naszym celem było zobaczyć Himalaje i trzeci, co do wielkości szczyt świata. Prognoza pogody niestety nie zwiastowała, że uda nam się spełnić to małe marzenie. Z nadzieją też, co jakiś czas spoglądaliśmy przez okno naszego pokoju w kierunku szczytu. Okazało się, że Himalaje nagradzają ranne ptaszki. O 5 rano wybudziłam się ze snu i z automatu spojrzałam przez okno. Miało lać, a ukazało mi się niebiesko różowe niebo. Jedną ręką przecierałam oczy z niedowierzania a drugą już szarpałam Krzysztofa krzycząc by się obudził. Po chwili siedzieliśmy w osłupieniu z twarzą przy szybie patrząc na Kanchendzongę. Ubraliśmy się w sekundę, zabraliśmy aparaty i wręcz wybiegliśmy z hostelu wpierw brutalnie budząc właścicieli by otwarli nam bramę. Nie mogliśmy stracić tak wyjątkowego momentu. Pobiegliśmy na punkt obserwacyjny niedaleko monastyru. Górę jeszcze pochłaniały małe obłoczki, ale szybko przeganiały je ciepłe promienie słońca. W pełnej okazałości widzieliśmy Kanchendzongę wraz z otaczającymi ją szczytami. Niby gdzieś w oddali był też Everest, ale nam laikom ciężko było określić, który to. Łaskawa pogoda pozwoliła nam na parę godzin podziwiania ośnieżonych szczytów. Czasem jedynie obraz tracił ostrość przez łzę wzruszenia. Zjedliśmy na śniadanie słodkie bułeczki, kupione dzień wcześniej, nie spuszczając z oka pięknych Himalajów. W końcu przyszły chmury, które na resztę dnia przyniosły deszcz. Z czystym sumieniem jednak mogliśmy spędzić resztę dnia w pokoju oglądając indyjska telewizję.

Dzień przed wyjazdem przez miasteczko znów płynęła gęsta mgła. Poszliśmy, więc zwiedzić buddyjska świątynię. Wszędzie pełno było porozwieszanych tradycyjnych tybetańskich flag modlitewnych, które nadawały miejscu mistyczny klimat. Zakręciliśmy modlitewnymi młynkami i ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z jednym z mnichów. Resztę czasu szwendaliśmy się uliczkami Darjeeling. Z samego rana znów przyszło nam szukać jeepa. Raz dwa zgarnął nas kierowca jadący do Silliguri z powrotem na niziny. Z powrotem do normalnych Indii.

Pierwsze wejście w mroku

Dobiliśmy brzegu wyspy Jawa. Szybkim krokiem przeszliśmy przez grupkę naganiaczy, aż dotarliśmy do głównej drogi. Ponownie musieliśmy znaleźć tanie bemo do miasta Banyuwangi, bo oczywiście fakt, że port jest w Banyuwangi to nie znaczy, że jest on w mieście. Po jakimś czasie znaleźliśmy kierowcę który nas nie oszwabi i dotarliśmy do miasta. Powolutku dreptaliśmy sobie w kierunku naszego hostelu przy okazji zatrzymując się w jednej z niewielu rozsądnie wyglądających knajpek by w końcu zjeść nasz pierwszy posiłek tego dnia (a była już 15). Nasz hostel był dość oddalony od ścisłego centrum, więc już pierwszego dnia zdążyliśmy miasto zwiedzić.

Naszym główny celem był jednak wulkan Ijen. Wulkan wznoszący się na wysokość 2799 m n.p.m. z najwyżej położonym kwasowym jeziorem na świecie. W internecie znaleźliśmy korzystną ofertę transportu pod wulkan w jednym z hosteli i od razu wybraliśmy się do nich by dobić targu. Podekscytowani próbowaliśmy się jeszcze przespać przed trekkingiem. Kierowca mini vanem podjechał po nas około północy już z inną parką w środku. Jechaliśmy przez prawie puste miasto. Później trasa zaczęła prowadzić pod górę i krętymi drogami wjeżdżaliśmy pod wejście do parku narodowego. Tak jak wcześniej nam powiedziano na górze było dość zimno, więc poubieraliśmy się, wręczone zostały nam maski przeciwgazowe i latarki i ruszyliśmy za przewodnikiem w górę. Szaleniec pędził na złamanie karku a wszyscy pobiegli za nim zostawiając nas w tyle. Nie przyjechaliśmy tutaj na jakieś wyścigi tylko żeby cieszyć się chwilą, więc szliśmy pasującym dla nas tempem. Turystów wchodzących w tym samym czasie co my było dziesiątki. Wchodząc w górę, za sobą i przed widzieliśmy tylko świecące lampy latarek, jedna za drugą jak na choince. Nadawało to całej wspinaczce pewną magiczną atmosferę. W końcu zbliżyliśmy się do krateru i samodzielne oddychanie bez maski stało się niemożliwe. Wielkie kłęby siarkowego pyłu otuliły nas i pokryły nasze ubrania i skórę. Dotarliśmy do skraju krateru skąd czekała nas mozolna wędrówka w dół. Było ślisko i bez dobrej widoczności dość niepewnie. Dym wydobywał się z jednego punktu w kraterze, gdzie też skupiał się cały żółty kryształ siarki, a tuż obok nad malutkim kraterem unosił się niebieski ogień. Wyglądał jak płomień z gazowej zapalniczki i w tak dużej ilości robił wrażenie. W głębi krateru podobno rozpościerało się dość sporej wielkości jezioro, lecz po ciemku byliśmy w stanie zobaczyć tylko brzeg czarnej otchłani z siarką leżącą wzdłuż i oparami unoszącymi się nad jeziorem. Czytaliśmy wcześniej o robotnikach którzy pracują tu w tych piekielnych warunkach wydobywając siarkę, ale jedynie widzieliśmy paru, którzy sprzedawali figurki z siarki i pozowali do zdjęć. Był to dzień świąteczny więc może reszta miała po prostu wolne? Zbliżał się świt i musieliśmy zdążyć na wschód słońca, a idąc z maską na twarzy wspinaczka z powrotem na górę do najłatwiejszych nie należała. Gdy dotarliśmy na szczyt już było jasno. W końcu mogliśmy zobaczyć jak wygląda wnętrze w całej swojej okazałości. Jezioro miało przepiękny turkusowy kolor a wstające słońce pomalowało szczyty sąsiednich wulkanów na różowo i fioletowo. Widok ze szczytu Ijena zapierał dech w piersiach. Po chwili siarkowy dym zgęstniał i przysłonił wszystkie widoki co dało nam też znak, że trzeba wracać. Teraz mogliśmy zobaczyć naszą nocną trasę za dnia i spokojnie zejść bez użycia maski. Na parkingu czekał nasz kierowca i o dziwo nasza grupa przyszła długo po nas. Wycieczka miała w planie jeszcze wodospad, ale zgodnie z drugą parą zdecydowaliśmy, iż jesteśmy tak śpiący i zmęczeni, że jedyne o czym marzymy to łóżko. No i oczywiście prysznic by zmyć z siebie cuchnącą siarkę. Byliśmy zmęczeni lecz było to zmęczenie najlepsze z możliwych. Nocne wejście na wulkan było kolejnym z niesamowitych doświadczeń w naszej podróży i zobaczyliśmy tym samym najlepsze co wyspa Jawa ma do zaoferowania.

Z samego rana panowie z hostelu podrzucili nas wraz z innymi turystami do portu. W przeciwieństwie do reszty my skierowaliśmy swoje kroki w stronę dworca kolejowego. Wydrukowaliśmy wcześniej zakupiony bilet i czekaliśmy na swój pociąg w klimatyzowanej hali indonezyjskich kolei. Przyjechała nasza maszyna i zaskoczyła nas swoją czystością. Co chwilę chodzili sprzątacze oraz stewardzi (tak! jak w samolocie) którzy sprzedawali napoje i przekąski. Można było nawet dostać ciepły posiłek. Wszystko było by pięknie, gdyby nie klima włączona na fula. Po 7 godzinach już z bolącymi od siedzenia tyłkami wkulaliśmy się na stacji w Surabaya. Mieliśmy tutaj zarezerwowany najdroższy w naszej podróży hostel ale zarazem dość unikatowy. Łóżka znajdowały się w drewnianych boksach z zasuwaną kotarą, poustawianych jeden na drugim. Były tez boksy gdzie mieściły się po dwie osoby. Nietypowo ale o dziwo bardzo wygodnie. Po wypoczętej nocy mieliśmy siłę by chodzić po mieście i zabijać czas w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Przy okazji szukania sklepu widzieliśmy przejeżdżający pociąg przez centrum handlowe. Normalnie w wielkim molochu, pomiędzy oknami był tunel dla pociągów. Wieczorem wsiedliśmy w nasz nocny pociąg do Dżakarty. Na miejscu, dojeżdżając do miasta widzieliśmy prawdziwe slumsy. Ciągły się kilometrami i wyglądały jakby ludzie mieszkali wśród wysypisk śmieci. Szliśmy z buta przez miasto, wychodząc z dzielnic nędzy w stronę wielkich parków i skwerów. Akurat w Dżakarcie odbywały się Azjatyckie Igrzyska Olimpijskie i wszędzie pełno było plakatów prezentujących maskotki imprezy oraz odbywały się związane z tym pokazy. Na jeden z takich natrafiliśmy przypadkiem szukając wieczorem, czegoś do jedzenia. W parku, którego głównym punktem był Monas czyli wysoka wieża tuż przy Muzeum Narodowym, była masa ludzi, pełno żarciowni i znowu masa ludzi. Napełniliśmy brzuszki i poszliśmy się przejść po parku, gdzy zaczęła się jedna z projekcji właśnie wyświetlana na owej wieży. Po odpoczywaliśmy na trawie i zwinęliśmy się do hostelu by następnego dnia ruszyć na zwiedzanie Muzeum. Poszliśmy kupić bilety. Gdy już udało nam się dotrzeć do wejścia po za pozowaniu do jakiś 10 selfie okazało się, że teraz jest przerwa ale bilety możemy kupić i wrócić później. Zaprzyjaźniliśmy się z gościem, który zawiadywał kolejką i upewniliśmy się, że mamy właściwe bilety. Po 19 wróciliśmy i weszliśmy do środka. Po odstaniu w kolejce by wjechać na szczyt Monasu okazało się, że nasze bilety się nie zgadzają. Klasyczny scam, ale o dziwo gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski to nas przepuścili dalej. Holendrzy za nami już takiego szczęścia nie mieli i odesłali ich z kwitkiem. Wjechaliśmy windą na górę skąd rozpościerał się widok na miasto. Najbardziej w oczy rzucał się Wielki Meczet Istiqlal, podobno największy meczet w Południowo-Wschodniej Azji. Obeszliśmy iglicę dookoła i po obejrzeniu modelarskiej dioramy i historii Indonezji już wiedzieliśmy dlaczego Holendrów nie puścili dalej. Trzeba ich było nie najeżdżać w przeszłości. Została nam do zobaczenia jeszcze Dżakarcka plaża, więc z rana wsiedliśmy w lokalny busik i dotarliśmy do plaży tuż przy parku rozrywki Ancol. Trochę pobłądziliśmy bo aplikacja maps me nie do końca działa w Azji, ale w końcu dotarliśmy. Plaża była wyjątkowo czysta a woda ciepła. Ludzie się kąpali a nawet uprawiali windsurfing. My jedynie pobrodziliśmy nogami w wodzie zwiedzając całą plażę. Stąd z daleka widać było jak chmura zanieczyszczeń połyka wieżowce w dalszej części miasta. Słońce mimo, że też było za tą chmurą to i tak paliło skórę. Znaleźliśmy kolejny lokalny rozklekotany busik i wróciliśmy do siebie. Znów trzeba było się pakować i jechać dlaej. Przez gęsto zanieczyszczoną Dżakartę przejechaliśmy specjalnym busem na lotnisko i pożegnaliśmy się z Indonezją. Jeszcze parę godzin i witaj ponownie Kuala Lumpur.