NEPAL – dziennik wyprawy

Naszą podróż staraliśmy się zaplanować tak by właśnie o tej porze roku znaleźć się w samolocie do Katmandu. Czekał nas wymarzony trekking w najwyższych górach świata. Nie mieliśmy za grosz doświadczenia, ale nadrabialiśmy determinacją. Podekscytowani wypatrywaliśmy Himalajów, które lada moment miały się pojawić po naszej stronie samolotu. Wyłoniły się w niepełnej krasie znad chmur, majestatycznie ciesząc oko i duszę w tym samym miejscu od tysięcy lat. Wylądowaliśmy bezpiecznie na jedynym pasie lotniska i zabraliśmy się za proces zdobywania nepalskiej wizy. Wypełnianie druczków, opłacenie wizy i spotkanie z urzędnikiem zajęło nam trochę czasu, ale finalnie już z wlepą w paszporcie wyszliśmy do hali przylotów. Dobrze, że wymieniliśmy te cholerne indyjskie rupie, bo oczywiście okazało się, że była to waluta, którą byśmy nie zapłacili. Wyszliśmy z lotniska. Tak jak setki innych wspinaczy przed nami, opuściliśmy lotnisko pełni ekscytacji i podniecenia. Czekało nas jedno z największych wyzwań naszej podróży. Standardowo podziękowaliśmy wszystkim taksówkarzom czekającym zaraz przy wejściu i pojechaliśmy z pierwszym, który stał za bramą. Jechaliśmy zakurzoną drogą, podziwiając nepalską architekturę aż w końcu kierowca wysadził nas niedaleko turystycznej dzielnicy Thamel. Zaczęliśmy błądzić po wąskich, zatłoczonych przez turystów, skutery i przydrożnych sprzedawców, uliczkach. Niesamowicie ciężko było nam znaleźć nasz hostel, ponieważ mapa google praktycznie nie pokrywała się z rzeczywistością i ciężko było zlokalizować samą nazwę ulicy. Poza tym wiele hosteli, hoteli lub guesthousów posiadało podobne lub takie same nazwy ze słowem, Thamel jako głównym członem. Postanowiliśmy zasięgnąć języka w jednym z biur podróży i miły Pan z obsługi wszystko „idealnie” rozrysował nam na kartce i nawet zadzwonił do owego hotelu, ale i tak dopiero przechodzący drogą, pozytywny Australijczyk nam faktycznie pomógł. W hostelu przyjęli nas mega mili ludzie. Dodatkowo na naszą korzyść okazało się, że wystąpił jakiś błąd na bookingu i dostaliśmy prywatny pokój za grosze. Idealnie na odpoczynek i przygotowanie przed trekkingiem. Mieliśmy dwa dni na zorganizowanie i uporządkowanie wszystkich formalności. No i oczywiście zwiedzenie odrobinę Katmandu i rzucenia się w wir zakupów. Zakupiliśmy w naszym hostelu bilety na jeepa, który zabierze nas w góry i poszliśmy do urzędu wyrobić potrzebne papierki. Byliśmy przekonani, że będzie nam potrzebny tzw. TIMES, czyli dokument z danymi i zdjęciem, który podobno musiał posiadać każdy wspinacz. Okazało się, że nas to nie dotyczy a jedynie musimy zakupić pozwolenie na wejście (30$) i później już przy wejściu do parku narodowego, bilet wejścia(18$). Thamel był miejscem naprawdę wciągającym. Niezliczone ilości sklepików i małych knajpek przyciągały swoimi kolorami, niskimi cenami i zapachami. Dodatkowo wiszące wszędzie tradycyjne buddyjskie flagi modlitewne nadawały temu miejscu charakterystyczną podniosłą atmosferę. Thamel był opanowany przez poubieranych od stóp do głów w profesjonalne, poliestrowe ciuchy marki North Face turystów a wieczorem dołączali do nich drobni handlarze narkotyków. Znaleźliśmy fantastyczną knajpkę Yangling z lokalnym jedzeniem, gdzie spróbowaliśmy najbardziej sytej zupy, jaką dotychczas jedliśmy, czyli Thukpy, przepysznych pierożków Momo z warzywami czy też smażonego makaronu, chowmain z bawolim mięsem. Przemierzyliśmy Thamel wzdłuż i wszerz z dziesiątki razy a i tak nadal się w nim gubiliśmy, jakby sklepu i knajpki za każdym razem zmieniały swoje położenie. Udało nam się zakupić potrzebne nam rękawiczki, czapki i długie spodnie i mimo, że niesamowicie korciło nas by nakupić na pamiątkę jeszcze jakiś koszulek postanowiliśmy zostawić to na powrót. Dzień przed wyruszeniem w drogę zostawiliśmy sobie na typowe zwiedzanie. W 2015 roku Nepal nawiedziło potężne trzęsienie ziemi, i kraj bardzo na tym ucierpiał. Tysiące ludzi straciło swoje życie a ślady trzęsienia nadal były widoczne wszędzie dookoła. Charakterystyczny plac Durbar znany z pocztówek zmienił się wtedy w kupę gruzu, a z kompleksu świątynnego Bhaktapur praktycznie nic nie pozostało. Przykro było na to patrzeć, choć po Nepalczykach było widać, że przyjęli to na klatę i z uśmiechem dalej idą przez życie. Zostało nam się popakować i podjąć ciężką decyzję odnośnie rzeczy, które na pewno nam się nie przydadzą podczas trekkingu i zostawimy je w depozycie. Nasz pokój znów wyglądał jak po wybuchu bomby. Gdy, ja standardowo byłam już popakowana i gotowa, Krzysztof postanowił zostawić sobie to na ranek.

DZIENNIK WYPRAWY
EVEREST BASE CAMP 2018

Dzień 1. 2 Października
Pobudka 4:30. Godzina pobudki była dla nas zabójcza, a musieliśmy się ogarnąć i w miarę przytomnie sprawdzić czy wzięliśmy wszystko ze sobą. Zeszliśmy na dół do recepcji, gdzie już czekał na nas gościu z obsługi by zaprowadzić nas do jeepa, którym dostaniemy się do wioski Salleri. W kompletnej ciemności ruszyliśmy zakurzonymi drogami Katmandu po drodze zatrzymując się by zabrać resztę pasażerów. Zaczęło już świtać, gdy łaskawie się pojawili i zaczęli pakować do jeepa głośno przy tym komentując niewygody przyszłej podróży. W kompletnym ścisku pojechaliśmy dalej przez miasto, kierując się potem, tak zwaną autostradą w kierunku gór. Stan drogi z każda chwilą się pogarszał, aż wjechaliśmy na pełną dziur szutrówkę. W tumanach kurzu dojechaliśmy do jednej z wiosek gdzie zatrzymaliśmy się na przerwę. W jedynej otwartej knajpce zjedliśmy naszego pierwszego nepalskiego dhal bhata i uzupełniliśmy zapasy o zimną wodę, po czym znów wpakowaliśmy się do jeepa by obijać się na ostrych górskich zakrętach. Do Phaplu, wioski, z której mieliśmy zacząć swoją wielodniową wędrówkę dojechaliśmy około 16: 30. Szybki rzut oka na otaczające nas pensjonaty i szybkim krokiem zmierzyliśmy do tego, który najbardziej pasował do naszego portfela. Wzięliśmy pokój i czekaliśmy już na nasz zamówiony posiłek, gdy nasi współpasażerowie z Izraela wpakowali się do środka negocjując przy tym cenę za nocleg. No to mają klasę. New Numbur Guest House okazał się super przytulny i serwowali wyśmienite jedzenie. Z pełnymi brzuchami zakończyliśmy nasz pierwszy dzień w nepalskich Himalajach. Oby duchy gór nam sprzyjały przez cały trekking.
Wysokość: 2413 m n.p.m.
Wydatki : nocleg – 450 rupi jedzenie : 710 rupi Total : 1.160 rupi

Dzień 2. 3 Października
Pobudka 7 rano. Zamówiliśmy ryż z warzywami w ramach śniadania by mieć siłę na pierwszy dzień trekkingu. Wyszliśmy przed resztą turystów, choć i tak w połowie trasy nas dogonili idąc z przewodnikami i portierami. Dostosowaliśmy tempo pod siebie by nie dać się górom zajechać i mieć frajdę z samej wędrówki. Dowiedzieliśmy się też, skąd się wzięło słowo „żydzić”. Obserwowaliśmy, przy śniadaniu zachowanie obywateli Izraela i, aż nam było żal przewodnika, który z nimi szedł. Na wszystko mówili głośno, że jest mega drogo i sapali się nawet o 10 rupi czyli jakieś 30 groszy. Prawdziwi Żydzi. Góry przyniosły nam po Indiach upragnioną ciszę. Cieszyliśmy się krajobrazem i swoim towarzystwem. O 12: 24 dotarliśmy do małej wioski z paroma lodgami, które już były trochę zatłoczone przez turystów. Dopiero po chwili udało nam się ustalić, że dotarliśmy do Ringmo. Załatwiliśmy sobie nocleg w Sunrise Lodge and Restaurant i zjedliśmy nasze zapasy bułek, które wieźliśmy jeszcze z Katmandu. Dopadło nas zmęczenie i wychłodzenie, bo temperatura tu diametralnie spadła, więc mimo wczesnej godziny posnęliśmy w swoich śpiworach, poubierani we wszystkie możliwe ubrania. Wstaliśmy koło 17 by zejść na dół na zamówione wcześniej pieczone ziemniaczki z jajkiem i ciepłą herbatę i wróciliśmy z powrotem do łóżek regenerować się na kolejny dzień.
Wysokość: 2720 m n.p.m.
Wydatki: nocleg – 250 rupi jedzenie: 1350 Total: 1600 rupi

Dzień 3. 4 Października
Pobudka 7 rano. Dzień rozpoczęliśmy przepysznym śniadaniem w naszym lodgu. Później jednak nie było już tak kolorowo. W trasę wyszliśmy o 8:10. Droga wiodła cały czas pod górę, po niewygodnych skalnych schodach. O 9: 40 weszliśmy na szczyt góry na wysokości 3072 m n.p.m., czyli najwyżej jak dotychczas w swoim życiu byliśmy. Góra cała spowita była w gęstej chmurze, przez co widoczność była ograniczona do jakichś 3 metrów. Przeszliśmy przez świątynię na szczycie, przy okazji dotykając modlitewnych dzwonków i rozpoczęliśmy żmudne schodzenie w dół po śliskich, kamiennych schodach. O 11: 30 dotarliśmy do Nuntali, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na gorącą herbatę. Przeczekaliśmy deszcz i kolejną przerwę zrobiliśmy tuż za miasteczkiem by przefiltrować wodę przy źródełku i coś przekąsić. Powędrowaliśmy dalej, lecz nie zaszliśmy daleko, gdyż potężne oberwanie chmury najpierw porządnie nas przemoczyło a potem zmusiło do zawrócenia do najbliższego pensjonatu. Wymęczonym i zziębniętym przyszło nam potem jeszcze czekać dwie godziny na posiłek. Góry powoli pokazywały swoje mroczne oblicze, ale my się tak łatwo nie poddawaliśmy.
Wysokość: 2230 m n.p.m.
Wydatki : nocleg – 200 rupi jedzenie – 1670 rupi Total : 1870 rupi

Dzień 4. 5 Października
Pobudka 5:20. Wyszliśmy o 6. Zabraliśmy nasze klamoty i bez śniadania zaczęliśmy wręcz zbiegać w dół góry. Dobrze, że dzień wcześniej wróciliśmy się do tego pensjonatu, bo okazało się, że i tak byśmy poszli złą drogą. Teraz już w dobrym kierunku śmigaliśmy w dół. Pogoda nam dopisywała. Słońce świeciło konkretnie i mogliśmy wysuszyć zmoczone dzień wcześniej ubrania. Zatrzymaliśmy się w Jubing na śniadanie, przy okazji wykorzystując czas na rozwieszenie naszych rzeczy w słońcu by się dokładnie wysuszyły. Przefiltrowaliśmy sobie wodę i ruszyliśmy dalej. Trasa zaczęła znowu wić się w górę i było nam coraz ciężej, ale widok pierwszego ośnieżonego szczytu w oddali dodał nam tylko powera i pruliśmy do przodu. O 1: 30 dotarliśmy do Bhupsy, spowolnieni trochę przez ciągłe przystanki w celu przepuszczenia stad osiołków taszczących towaru do wiosek na szlaku. W Bhupsie wzięliśmy nocleg i pierwszy od 3 dni prysznic. Zjedliśmy też wyśmienite pieczone ziemniaczki z jajkiem na kolacje. Już myśleliśmy, że fantastycznie minął nam ten dzień, gdy okazało się, że brakuje nam pieniędzy. Przeszukaliśmy wszystkie zakamarki plecaków i naszych kieszeni. Całą noc nie spaliśmy myślą, gdzie mogły wyparować te brakujące tysiące. Mieliśmy to na zapas, na specjalne okoliczności. Nie wiedzieliśmy, co dalej robić a nasze morale uderzyły z hukiem o ziemię.
Wysokość: 2345 m n.p.m.
Wydatki : nocleg – 200 rupi jedzenie – 1400 rupi prysznic : 400 rupi Total : 2000 rupi

Dzień 5. 6 Października
Wstaliśmy w tragicznych humorach, a łzy, co chwile napływały do oczu. Ja nie byłam nawet w stanie zjeść śniadania z nerwów. Wzięliśmy jednak dupę w troki i cisnęliśmy dalej. Zobaczymy czy nam się uda. Tego dnia już nawet przemoczone buty nie pogarszały naszych już hujowych humorów. Szliśmy przed siebie, chcąc jak najwięcej przejść. Szlak był strasznie śliski nie dość, że mokry od deszczy i spływających potoków to dodatkowo jeszcze był utytłany oślimi odchodami. Co chwilę mijaliśmy się naprzemiennie z tymi samymi turystami. Najbardziej jednak skoczyła nam energia i zaczęliśmy zapominać o naszych problemach z pieniędzmi, gdy minęliśmy Żydów, którzy już rozkładali się w jednym z lodgy po drodze. Dotarliśmy do Surke, gdzie już postanowiliśmy zostać na noc tym bardziej, że, zbierało się znów na deszcz. Znaleźliśmy swój pierwszy darmowy nocleg z przystępnie tanim, a jak się potem okazało przepysznym jedzeniem. Co prawda nie dysponowali łazienką, ale daliśmy radę obmyć się w lodowatej górskiej rzece. Przeanalizowaliśmy finanse i postanowiliśmy być dobrej myśli. Może jeszcze uda nam się uratować naszą wyprawę.
Wysokość: 2 535 m n.p.m.
Wydatki : nocleg – free jedzenie – 1620 rupi Total : 1620 rupi

Dzień 6. 7 Października
Pobudka 5: 20, właściwie to 4: 20, bo telefon zgłupiał i przestawił się o godzinę. Zastanawiało nas, dlaczego nadal jest ciemno na zewnątrz, ale mimo to zeszliśmy na dół do jadalni i czekaliśmy na śniadanie. Było nam niesamowicie głupio, gdy zaspany właściciel oznajmił nam, która właściwie jest godzina i wziął się za gotowanie. Ruszyliśmy w trasę chcąc znów zajść jak najdalej. Nadal mijaliśmy te same twarze. Przechodziliśmy przez malownicze małe wioski, musowo dotykając każdego napotkanego dzwonka. Minęliśmy Luklę i weszliśmy na szlak, gdzie wszyscy bogacze ze swoimi portierami i sprzętem za dziesiątki tysięcy oraz zorganizowane wycieczki zaczynały swoją przygodę z górami. Szli jeden za drugim, rytmicznie stukocząc profesjonalnymi kijkami o kamienie robiąc przy tym niezłe korki. Przysiedliśmy na kamiennym murku by odsapnąć, gdy usłyszeliśmy nasz ojczysty język i rzuciliśmy grzeczne Dzień Dobry. Małżeństwo z Polski ucieszyło się na nasz widok i po chwili rozmawialiśmy już jak starzy znajomi. Świat jest naprawdę mały, bo okazało się, że są z Katowic i w dodatku mieszkają prawie po sąsiedzku. O 14: 20 doszliśmy do Monjo przechodząc tym samym pierwszy checkpoint. Kupiliśmy bilety na wejście do parku Sagarmatha i poszliśmy do pierwszego lepszego lodgu zaraz na wejściu do miasteczka. Chwilę później lunął deszcz, więc nam się upiekło. Mieliśmy całkiem spoko nocleg z widokiem na góry. Jedynie jedzenie nie było za dobre i całą noc lampa na zewnątrz migała jak jakiś stroboskop, co utrudniało zaśnięcie.
Wysokość: 2820 m n.p.m.
Wydatki : nocleg – 200 rupi jedzenie – 1440 rupi Total : 1640 rupi

Dzień 7. 8 Października
Wstaliśmy standardowo o 5: 20 i zaczęliśmy się pakować. Ze śniadaniem, które zamówiliśmy na 6: 00 nie za bardzo się spieszyli, co też opóźniło nasze wyjście. Chcieli nas dodatkowo ocyganić na rachunku, przez co na pewno już tutaj nie wrócimy. Szliśmy powolutku swoim tempem. Przeszliśmy przez drugi checkpoint, gdzie dogonili nas Rosjanie, z którymi mijaliśmy się, co chwilę już drugi dzień. Wyszliśmy z wioski i trasa zaczęła wieść wzdłuż rzeki a potem przez liczne wiszące nad nią mosty, z których widok dosłownie zapierał dech w piersiach. Następnie weszliśmy w las a szlak piął się stromo w górę. Niesamowicie wyczerpujący fragment trasy. Z podziwem, mijaliśmy ludzi z dwa razy starszych od nas. Dotarliśmy do kolejnego punktu kontrolnego gdzie oprócz okazania dokumentów musieliśmy podać orientacyjną datę powrotu. Spotkaliśmy też kolejną Polkę z Katowic, która należała do grupy Polskie Himalaje. Przeszliśmy ostatnie metry i w końcu dotarliśmy do Namche Bazar. Znaleźliśmy się na prawdziwych himalajskich Krupówkach. Wszędzie pełno budek z różnym sprzętem i ubraniami. Wszystko dwa a nawet trzy razy droższe niż w Katmandu. Zaczynaliśmy się obawiać czy znajdziemy cokolwiek na nasza kieszeń, zważając na to ile ludzi mijaliśmy po drodze, ale na szczęście raz dwa znaleźliśmy przytulny pensjonat Namche Bazar Guest House z najnormalniejszymi cenami za jedzenie. Po wcześniejszej wizycie w bankomacie i kantorze (mieliśmy ze sobą jeszcze, eurasy które zarobiliśmy przy sprzedaży motoru w Wietnamie) pozwoliliśmy sobie nawet na spróbowanie mięsa, z jaka. Pychota. Grzejąc się na słońcu i ładując przy okazji powerbanka naszym mini panelem słonecznym poznaliśmy kolejnych Polaków z Katowic tym razem z Paderewy. Zatrzymali się w tym samym pensjonacie i też wybierali się na Everest Base Camp. Czy tylko ludzie z Katowic jeżdżą w Himalaje!? Po naszych opowieściach i zwiedzaniu świata musieli nas naprawdę wziąć za jakichś bogaczy, bo spytali się czy przylecieliśmy helikopterem. Ha Ha Ha. Chcielibyśmy : P
Wysokość: 3440 m n.p.m.
Wydatki : nocleg – 200 rupi jedzenie 1680 extrasy : stek z jaka – 750 rupi Total: 2630 rupi

Dzień 8. 9 Października
W Namche Bazar mieliśmy swój dzień aklimatyzacji. Po przespaniu chyba z 13 godzin wstaliśmy na śniadanie. Piękne przejrzyste niebo wygoniło nas szybko na dwór. Wszystkie himalajskie szczyty wokół nas pokazały się w całej swojej ośnieżonej okazałości. Ubraliśmy się i ruszyliśmy razem z innymi turystami w górę na wysokość 3800 m n.p.m. Szliśmy w dzikim tłumie prącym ostro do przodu, robiąc, co jakiś czas przystanek by złapać trochę rozrzedzonego powietrza i rozejrzeć się dookoła. Na samej górze mogliśmy w końcu zobaczyć na własne oczy daleki szczyt najwyższej góry świata. Everest wraz ze swoją bliską siostrą Lhotse, na której zginął sławny Kukuczka, odebrali nam mowę. Staliśmy wryci nie dowierzając do końca temu, co właśnie widzimy. Tak jak wtedy, gdy ukazała nam się góra Kanczendzonga, łzy ze szczęścia napływały nam do oczu. Razem z nami dotarli na szczyt Rosjanie, z którymi przez ostatnie dni ciągle się mijaliśmy i w ramach naszej nazwijmy to przyjaźni podzielili się z nami snickersem i porobiliśmy sobie nawzajem zdjęcia na tle gór, w które potem siedzieliśmy wpatrzeni. Po jakimś czasie zaczęło nawiewać chmury, więc postanowiliśmy wracać. Przechodząc tuż obok lądowiska dla helikopterów mieliśmy okazję zobaczyć start a właściwie ostre pikowanie w dół jednej z maszyn. Wyglądało to jak w jakimś filmie akcji, istni mistrzowie przestworzy. Po powrocie do miasteczka, odsapnęliśmy trochę w pensjonacie i poszliśmy dokładnie zwiedzić Namche. Zostało nam jeszcze zrobić małe zakupy no i odpowiednio odpocząć przed dalszą wędrówką.
Wysokość: 3440 m n.p.m
Wydatki : nocleg – 200 rupi jedzenie – 1940 rupi extrasy : ser z jaka, snickersy i leki – 1700 rupi
Prysznic – 400 rupi Total : 4240 rupi

Dzień 9. 10 Października
Pobudka 5:20. Zjedliśmy śniadanie (ja tylko połowę a resztę wzięłam sobie na drogę w reklamówce) i opuściliśmy Namche. Musieliśmy się przyzwyczaić do niskiej temperatury, choć nie na długo, gdyż słońce przebijające się przez chmury szybko przyniosło ciepło i stopniowo zaczęliśmy się rozbierać. Szlak był niesamowicie zatłoczony, co utrudniało marsz, a w powietrzu była wyczuwalna woń rywalizacji. W końcu, kto pierwszy ten lepszy nocleg. Było to niesamowicie stresujące i odbierało całkowicie radość z samego trekkingu. Gdy doszliśmy do Tengboche już wszystkie pokoje były zajęte, więc czym prędzej poszliśmy szukać w pobliskich wioskach. Nawet nie mieliśmy czasu by zwiedzić podobno pięknego buddyjskiego monastyru, z którego Tengboche słynęło. Chodziliśmy od jednego miejsca do drugiego, aż w końcu w Milingo, w jakimś Sherpa lodge mieli ostatni wolny pokój. Odsapnęliśmy z ulgą i zamówiliśmy jedzenie wraz z dzbankiem wrzątku. Okazało się, że w tym samym miejscu zatrzymała się ekipa zmierzająca na Everest. W ogródku porozkładali namioty i cały sprzęt. Z dziewięciu białych wspinaczy i z trzy razy tyle Sherpów i portierów. Z jednym z Sherpów zamieniłam parę zdań i pokazał mi zdjęcia ze szczytu. Teraz to był jego trzeci atak. Niesamowite było patrzeć na ten cały majdan z myślą, że właśnie idą najwyższy szczyt świata. Uścisnęłam sobie rękę na pożegnanie z sherpą i wróciłam do lodgy dopić herbatkę.
Wysokość: 3937 m n.p.m.
Wydatki : nocleg – 200 rupi jedzenie – 2030 rupi extrasy: dzbanek wrzątku – 250 rupi
Total : 2480 rupi

Dzień 10. 11 Października
Kolejny dzień wyścigu. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy 20 minut po 6. Byliśmy poubierani na rześki poranek i pruliśmy do przodu. Na ziemi radośnie błyszczał szron odbijając pierwsze promienie słońca a w płucach czuliśmy mroźne powietrze. Otaczały nas piękne ośnieżone szczyty. Człowiek miałby ochotę, co chwilę się zatrzymać by po prostu podziwiać cudowną naturę. Po jakiejś godzinie turyści zaczęli wychodzić na szlak. Dotarliśmy do punktu sprzedaży biletów noclegowych i przy okazji spotkaliśmy naszego znajomego Żyda, który jak zwykle robił wiele szumu wokół siebie. Nawet Nepalczycy byli zdziwieni jego zachowaniem, gdy odmówił płacenia za bilet noclegowy i żwawo ruszył dalej w górę. My szliśmy swoim tempem. Szlak w końcu zmienił swoją postać i wiódł przez otwartą przestrzeń. Wyglądało to, jak bardzo szerokie koryto rzeki, więc wydedukowaliśmy, że kiedyś tędy musiał iść lodowiec, tym bardziej, że co chwile mijaliśmy po środku pustkowia z 3 metrowe głazy. Nie było tu też praktycznie żadnych drzew. Dotarliśmy do Dingboche ku naszemu zdziwieniu o 11 rano i w ośrodku Himalayan Culture Home Lodge do którego weszliśmy, byliśmy jako pierwsi z turystów. Czuliśmy się zajebiście, że nie musimy się przejmować noclegiem na kolejne dwie noce, bo mieliśmy tu przejść naszą kolejną aklimatyzację. Padliśmy jak muchy wpakowani w śpiwory i ciepłe pierzyny. Wyszliśmy z pokoju zjeść obiad i pogrzać się w ciepłej jadalni. Jedzenie przepyszne, jedynie atmosferę psuła grupka Żydów (serio znowu, to nie jest tak, że jesteśmy rasistami, ale oni po prostu nie potrafią się zachować), którzy robili sobie jaja z właściciela. Szybko zmyliśmy się na dwór by zrobić pranie i przy okazji pogrzać się w słońcu podziwiając pobliski szczyt Ama Dablam i Island Peak. Jutro aklimatyzacyjny atak pod Lhotse, więc trzeba odpoczywać ile się da.
Wysokość: 4380 m n.p.m.
Wydatki: nocleg – 500 rupi jedzenie – 1980 rupi Total : 2480 rupi

Dzień 11. 12 Października
Pobudka 7 rano. Poszliśmy zjeść śniadanie i zobaczyliśmy jednego z Żydów leżącego w formie niemalże agonalnej w jadalni. Dopadła go zmora wszystkich himalaistów, czyli choroba wysokościowa. Już mu nie było tak do śmiechu. Mieliśmy dziś dzień aklimatyzacyjny, więc zaraz po śniadaniu poszliśmy w kierunku wsi Chukhung. Od paru dni zmagałam się z poważnymi obtarciami na udach i każde przemieszczanie się przysparzało mi niemożliwy dyskomfort. W takich warunkach o lekarzu nie było mowy, więc jedynie musiał mi pomóc, sudocream i luźniejsze spodnie a iść dalej trzeba było. Trekking z tego powodu do najłatwiejszych nie należał, a zmniejszająca się ilość tlenu tego tym bardziej nie ułatwiała. Poszliśmy złożyć hołd poległym Polakom, którzy z wielkimi ambicjami chcieli wspiąć się na Lhotse, a tuż przed wsią Chukhung stał poświęcony im czorten z widokiem właśnie na Lhotse. Nie mieliśmy znicza ze sobą, ale za to zjedliśmy snickersa z myślą o nich. Pogoda, jak to zwykle bywa w górach znów się zmieniła. Przyszły chmury i zaczęło wiać mroźnym wiatrem prosto w twarz. Wróciliśmy zziębnięci i poszliśmy od razu zjeść coś ciepłego w jadalni. Chłopak z Izraela leżący pod kołdrą wyglądał coraz gorzej. Zaczynaliśmy się martwić by i nas to nie spotkało, a za oknem widzieliśmy jak na osiołku kolejna ofiara choroby wysokościowej z aparatem tlenowym zjeżdżała w dół. Ta noc minęła nam bardzo mroźnie, ale nie mieliśmy już takich problemów z oddychaniem jak noc wcześniej. Chyba nasze organizmy się powoli przyzwyczajają.
Wysokość: 4380 m n.p.m.
Wydatki: nocleg – 500 rupi jedzenie : 3700 rupi Total : 4200 rupi

About Author

admin

Leave a Reply