Złota Świątynia i Wagah Border

Na stację w Jalandhar City wjechaliśmy o planowanym czasie i od razu wystrzeliliśmy z pociągu jak z procy w kierunku głównej hali. Stanęliśmy pod tablicą informacyjną i próbowaliśmy znaleźć nasz pociąg. Jak na złość, nasz, jako jedyny nie był wyświetlony. Może już odjechał? Spytaliśmy kompetentnie wyglądających strażników, a Ci na to pokiwali tylko w charakterystyczny hinduski sposób rękami i powiedzieliby czekać. Po chwili dołączyła do nas parka Niemców, którzy czekali na ten sam pociąg. Kiedy w końcu jakiś podjechał rzuciliśmy się na niego wraz z tubylcami (Hindusi mają zwyczaj wsiadania do pociągu, gdy ten jeszcze jedzie, mimo, że za chwilę i tak zatrzyma się na peronie. Albo czekają do ostatniej chwili i gdy ten odjeżdża to wskakują na schodki.), ale okazało się, że ten również nie był nasz. Właściwy w końcu leniwie wtoczył się na stację a my ledwo wcisnęliśmy się na swoje miejsca pomiędzy grube Hinduski. Siedzieliśmy przy oknie, naprzeciwko siebie i uszy nas paliły od obgadywania przez owe współpasażerki. Przez prawie dwie godziny wspólnej podróży nie potrafiły oderwać od nas oczu. Przed wjazdem na stację powitały nas wielkie hałdy śmieci z bezpańskimi psami i świętymi krowami pomiędzy, a zaraz potem równie optymistycznie irytujący tuktukarze. Wybraliśmy tego bez zęba, bo najlepiej wiedział gdzie chcemy dotrzeć. Tuktuk w takich krajach jak Indie czy Tajlandia, jest najlepszym środkiem transportu do podziwiania przy okazji życia ulicznego. Tym razem na przykład przejeżdżaliśmy tuż obok wielkiego słonia kroczącego po ulicy z małym wychudzonym Hindusem na grzbiecie. Na pewno nie chcielibyśmy stanąć takiemu na drodze. Tuktukarz wysadził nas przy alei, która wyglądem kompletnie nie pasowała do Indii. Wybrukowana była śliską brązową kostką i gdzie się nie spojrzało to stały pięknie wyrzeźbione posągi oblegane przez bogato ubranych Hindusów. Szliśmy alejką, wzdłuż licznych sklepików, aż dotarliśmy do placu z białego marmuru, gdzie przy wejściu do świątyni w wielkim zapale i kontrolowanym chaosie odbywało się mycie naczyń. W świątyni był na ogromną skalę wydawany posiłek dla każdego wygłodniałego pielgrzyma. Jedynie w zamian trzeba było odrobinę pomóc przy późniejszym zmywaniu. Pobłądziliśmy odrobinę w tamtych rejonach, a wszechobecny tłum wprowadzał nas w dodatkową dezorientację, w końcu wypluwając akurat w przyświątynnej dzielnicy hostelowo – hotelowej. Jeszcze tylko pomyliliśmy hostele, no bo przecież obok siebie mogą być dwa o bardzo podobnej nazwie (różnica była dosłownie w dwóch literach) i po szybkim zameldowaniu, oswobadzając się z ciężkich plecaków, padliśmy na wyro. Puste brzuchy nie pozwoliły nam od tak zasnąć, więc zebraliśmy się z powrotem na miasto. Mimo usilnych prób, nie znaleźliśmy nic, na widok czego żołądki nie wywróciłyby nam się na drugą stronę i finalnie wylądowaliśmy w pizzerii Domino’s. Swoją drogą pizze, może nie były mistrzostwem świata, ale za to dzięki przyprawom, które były na każdym stoliku, zmieniały się w niebo w gębie. Domino’s pizza odegrało też kluczową rolę następnego dnia, gdy obudziliśmy się, zastaliśmy miasto pod wodą. Deszcz, który zaczął pokazywać swoją niszczycielską siłę już w nocy, lał nieustannie zamieniając Amritsar w Wenecję. Nie działały przez to żadne bankomaty, a my standardowo byliśmy z resztą gotówki, która starczyła nam jedynie na stołowanie się w owej pizzerii (płatność kartą też nie wchodziła w grę). By gdziekolwiek się dostać musieliśmy brodzić po kolana w wątpliwej jakości wodzie w dodatku mając pod stopami śliską kostkę brukową. Z deszcze nie poradziły sobie nawet nasze super peleryny deszczowe. Musieliśmy również kupić bilety na kolejny dzień by dotrzeć na granice indyjsko-pakistańską, ale bez pieniędzy mogliśmy zrobić jedynie wstępny rekonesans. Poszliśmy do jednej budki, której szyld chwalił się ową wycieczką a potem do drugiej tuż obok, gdzie cena o dziwo była niższa. Chyba wiedzieliśmy już gdzie wrócimy. Skoczyliśmy jeszcze do naszej ukochanej pizzerii gdzie na własne oczy pierwszy raz w życiu widzieliśmy człowieka z dwoma głowami i czterema rękami. Nie chcieliśmy się gapić, ale byliśmy w takim szoku, że było to naprawdę ciężkie. Uzbrojeni w pudełka z pachnącymi pizzami wróciliśmy do naszego pokoju. Internet działał jedynie na klatce schodowej, więc pozostało nam zajadać się fastfoodem do American Ninja Warrior – jedynego anglojęzycznego programu w hinduskiej telewizji.

Z samego rana obudziło nas słońce nachalnie wdzierające się przez okna i od razu przyciągnęło nas na zewnątrz. Prawilnie ubrani poszliśmy poszukać wpierw czegoś na śniadanie. Ulice kompletnie wróciły do normalności, jakby dzień wcześniej nie było żadnej powodzi. Znaleźliśmy bezpieczny, działający bankomat a zaraz potem porządnie wyglądającą restaurację, gdzie najedliśmy się w całkiem dobrej cenie. Razem ze słońcem wstąpił w nas nowy duch. I wiedzieliśmy, że wczorajszy dzień był tylko małym sprawdzianem naszej wytrzymałości. Zakupiliśmy bilety na popołudniową ceremonię na granicy i poszliśmy w końcu zwiedzić świątynię. Przed wejściem do środka musieliśmy nasze buty oddać do szatni, a stopy obmyć w sadzawce podobnej do tych, które są przed wejściem na basen. Grzecznie zasłoniłam włosy swoim sarongiem i już chcieliśmy wchodzić, gdy zawrócili Krzysztofa, który też musiał mieć chustkę na głowie. Wręczyli mu strażnicy jedną z wielkiego wora i mogliśmy w końcu pójść zwiedzać. Wszędzie było pełno wiernych, a najwięcej Sikhów, którzy nosili charakterystyczne kolorowe turbany a dla których było to najważniejsze miejsce kultu. Wokół sztucznie stworzonego jeziora zwanego Jeziorem Nieśmiertelności biegł deptak i mury świątyni wybudowane z białego marmuru. Na środku jeziora na małej wyspie wzniesiona była owa Złota Świątynia, mieniąca się oślepiającym złotym blaskiem. Głównie za sprawą promieni słońca odbijających się od kopuły, ale niezaprzeczalnie dodawało jej to boskości. Do świątyni prowadził most, na którym ustawiali się w kolejce wierni, aby zobaczyć świętą księgę Sikhów – Grant Sahib. Wierni również obmywali swoje ciała w Jeziorze Nieśmiertelności ku uciesze licznych ryb koji, które chętnie podpływały do nich licząc pewnie na jakieś smakołyki. Miejsce było to naprawdę wyjątkowe,, zresztą jak wszystkie świątynie w Indiach miały tę wyczuwalną duchowość. No i było w nich czysto :] Oswobodziliśmy głowy z chust i poszliśmy znów zjeść do naszej nowo odkrytej knajpki. Pyszne thali i makaron z warzywami ugościły nasze wygłodniałe żołądki. Czas tak szybko płynął, że nawet się nie obejrzeliśmy jak musieliśmy się zbierać na naszą kolejną wycieczkę. Poszliśmy się tylko przebrać i polecieliśmy na miejsce zbiórki. Uzbierała się już niezła grupka. Po chwili wyszedł gościu i oznajmił, że autobus już czeka i , że nas tam teraz zaprowadzą. Pojawił się 9 letni dzieciak, jako nasz przewodnik i ruszyliśmy za nim między kręte uliczki Amritsaru. Przy głównej ulicy stał zdezelowany autokar o dziwo z działającą klimatyzacją. Wpakowaliśmy się do środka wraz z resztą wymieszanej kulturowo grupy turystów i po chwili szalony kierowca ruszył w stronę granicy. Pędził, trąbiąc cały czas a drugi gość zaskakująco dobrze balansując w jadącym busie sprawdzał jednocześnie bilety. Z parę kilometrów przed celem zatrzymaliśmy się standardowo przy stojącej w szczerym polu restauracji. Typowe napędzanie klienteli. Trochę ludzi wysiadło, a w między czasie do busa wsiadł malarz oferujący namalowanie indyjskiej flagi na twarzy czy ręce. Parka Żydów siedzących z samego przodu z chęcią przyjęła ofertę, ale po chwili miny im zrzedły, gdy zażyczył sobie po 20 zł za jeden malunek. A mieli ich parę na sobie. Tak to się kończy, gdy się skubańców nie spyta o cenę. Nas, też nachalnie chciał namówić, ale dopiero jak Krzysztof donośnym głosem powiedział nie, to sobie poszedł. W końcu wszyscy wrócili do busa i znów ruszyliśmy by po jakichś 30 minutach dotrzeć na miejsce. Dla obcokrajowców było osobne wejście, gdzie krętymi zawijasami, zaraz po wcześniejszej rewizji osobistej i przechodząc przez wielką bramę z napisem India dotarliśmy na ulicę po obu stornach obstawioną trybunami. Drogę przecinała zamknięta stalowa brama, za którą była pakistańska ziemia strzeżona przez uzbrojonych po zęby pakistańskich Rangersów. Gdy już po indyjskiej stronie zebrały się pokaźne tłumy na drogę wybiegły hinduskie kobiety energicznie tańcząc i wymachując flagami do bollywoodzkich rytmów. Pakistańska strona milczała i w sumie była ich tylko garstka mężczyzn poubieranych w tradycyjne salwar kamiz. U Hindusów impreza rozkręciła się w najlepsze, gdy na drogę weszli żołnierze a kobietki wróciły na swoje miejsca na trybunach. Teraz za pomocą wysokich wymachów nóg, machania bronią i rękami każda ze stron pokazywała swoją siłę. Było to interesujące i unikatowe widowisko. Cała ceremonia odbywała się tutaj na granicy Wagah codziennie od 1959 roku i miała ukazać zarówno rywalizację jak i braterstwo obu państw. Zdecydowanie jednak dla obywateli Indii było to większe widowisko i ściągały na nie dzikie tłumy. Żołnierze skończyli tańczyć i przy otwartej bramie flagi obu krajów zostały opuszczone. Brama znów została zamknięta do wczesnych godzin rannych i owe tłumy pognały do swoich autobusów i tuktuków. W naszym przybyło pasażerów i wybuchła jakaś głośna kłótnia prawdopodobnie o cenę biletu. Później jeszcze zostałam oblana lodowatą wodą z klimatyzacji ale w końcu jakoś dotarliśmy z powrotem do Amritsar. Wieczór przy pełni księżyca był przepiękny, więc nie mogliśmy opuścić okazji i nie zobaczyć świątyni w jego świetle. Pognaliśmy do pokoju by znów prawilnie się ubrać. Świątynia była cudownie oświetlona i panowała tu jeszcze bardziej podniosła atmosfera niż nad ranem. Idealny koniec dnia.

Nasza podróż po Indiach powolutku dobiegała końca. Zmierzaliśmy teraz do stolicy. Czekając na ten ostatni pociąg, który odjeżdżał wieczorem, rozsiedliśmy się z plecakami na placu przed świątynia i suszyliśmy nasze mokre, jeszcze po ulewie ubrania ku zainteresowaniu hinduskich turystów. Spotkaliśmy nawet nasze znajome z pociągu, które wcześniej nie mogły od nas oderwać wzroku a teraz przyszły się przywitać. Przed podróżą najedliśmy się jeszcze w naszej knajpce i z buta poszliśmy przez szemrane dzielnice na stację. W końcu ostatni pociąg. Ostatni raz czyściliśmy nasze leżanki i zakładaliśmy kłódki na nasze plecaki. Po jakichś 10 godzinach obudziliśmy się w gorącym New Delhi. Wszystkie tuktuki nagle gdzieś zniknęły, więc z buta podeszliśmy na stację metra i podjechaliśmy do dzielnicy, gdzie znajdował się nasz hostel a przy okazji było bardzo blisko do Świątyni Lotosu. Niestety było zbyt wcześnie by ją zobaczyć a z naszymi bagażami i tak byśmy nie weszli. Poczłapaliśmy w niesamowitym ukropie w kierunku naszego hostelu mijając przy okazji jakieś świąteczne obrządki przy autostradowej świątyni oraz chodzącego z małpą na smyczy jakiegoś hinduskiego mnicha. Hostel, do którego trafiliśmy oczywiście miał wiele do zarzucenia, ale przynajmniej spotkaliśmy tam Polaków. Dwóch chłopaków na stopa przyjechało tu prosto z Polski. Wybraliśmy się w czwórkę po browary na miasto i skończyliśmy z nimi na dachowym tarasie hostelu. Później dołączyły jeszcze do nas Polka z Czeszką i w takim doborowym towarzystwie spędziliśmy wieczór. Fajnie było móc porozmawiać z kimś w swoim ojczystym języku, dopiero wtedy poczuliśmy jak bardzo brakuje nam domu.

New Delhi było naszym ostatnim przystankiem przed wylotem do Nepalu, więc przy okazji zwiedzania miasta zaopatrywaliśmy się w elektrolity i całą siatę mentosów, cukierków i innych uzupełniaczy cukru, niezwykle potrzebnych na trekkingu. Metrem dotarliśmy do backpackerskiej dzielnicy w poszukiwaniu kantorów, które nas nie oskubią i aptek, które nas nie otrują. Bez wymienionych pieniędzy, ale z lekami w plecaku pojechaliśmy zwiedzić hinduską świątynię Akshardham znajdującą się na wschodnim brzegu rzeki Jamuny. Ściany całego kompleksu świątyń pokrywały przepiękne rzeźby fauny, flory, tancerzy i wszelakich bóstw. Pod względem detali i skrupulatność wykonania była to najbardziej wyjątkowa świątynia, jaką przyszło nam dotychczas zwiedzać. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, ale mimo bolących nóg chcieliśmy zobaczyć jeszcze jedno miejsce. Położona w centrum miasta Brama Indii ściągnęła tłumy. Było już ciemno, gdy pod nią dotarliśmy, ale to nawet lepiej, bo na pewno lepiej wyglądała z oświetleniem w barwach Indyjskiej flagi. By dostać się z powrotem na stację metra musieliśmy wziąć tuktuka, gdyż nasze stopy były już kompletnie zdewastowane.

Sen z powiek spędzała nam jeszcze jedna kwestia. W Internecie wyczytaliśmy, że jako obcokrajowcy przebywający w New Delhi musimy się zameldować, bo inaczej mogą nam potem robić problemu przy wyjeździe. By rozwiać nasze wątpliwości udaliśmy się do naszej ambasady. Przed wejściem tłumy Hindusów ubiegających się o wizę do naszego kraju i my dobijający się do środka. Hinduski strażnik zażądał naszych paszportów do weryfikacji, ale my z obawy nie chcieliśmy mu ich wręczyć. Uparcie nalegaliśmy na przysłanie jakiegoś naszego rodaka i w końcu przyszła do nas pani żołnierz. Zerknęła na nasze paszporty, po czym weszliśmy za nią do środka. Zostawiła nas na tarasie i po chwili wyszedł do nas uśmiechnięty urzędnik. Szybko rozwiał nasze obawy związane z meldunkiem, a nasza rozmowa od razu zeszła na temat Nepalu, do którego się wybieraliśmy. Gościu dostał zaproszenie na jakieś dni polskie organizowane przez Polskie Himalaje w Katmandu. My również z uśmiechami na twarzy wyszliśmy z ambasady przy okazji życząc naszym Hinduskim kolegom powodzenia.

Postanowiliśmy podjąć jeszcze jedną próbę zobaczenia Świątyni Lotosu. Wokół świątyni rozpościerały się ogromne połacie ogrodów z równo przystrzyżonymi trawnikami, wyczyszczonymi z wszelakich śmieci. By wejść do środka musieliśmy zdjąć buty i wsadzić do rozdawanych każdemu wielkich toreb. Strażnicy z wielką powagą nawigowali kolejką wpuszczając do środka odliczoną ilość zainteresowanych. Weszliśmy do środka i zastaliśmy tam nic. Znaczy się nie do końca. Sala była wypełniona ławkami ustawionymi w kierunku zwykłej drewnianej ambony. Świątynia była bahaistyczna to znaczy, że mógł tu przyjść wyznawca każdej religii nie oburzając się symbolami jakiejkolwiek innej. W środku było też bardzo cicho, więc idealnie można było oddać się samorefleksji bez zagłuszeń. Zobaczyliśmy w New Delhi wszystko, co było według nas ciekawe i z nieukrywaną radością spakowaliśmy swoje rzeczy. Razem z poznaną wcześniej Polka i Czeszką z samego rana zamówiliśmy Ubera i przez jeszcze niezatłoczone miasto dojechaliśmy na lotnisko. Nawet przed wejściem do środka trzeba było okazać ważny bilet i paszport. Hindusi jednak nie mogliby nas wypuścić ze swojego kraju nie robiąc nam na sam koniec pod górkę. Musieliśmy wymienić niepotrzebne indyjskie rupie na dolary by mieć na nepalską wizę. Myśleliśmy, że bez problemu wymienimy je na lotnisku, lecz nic bardziej mylnego. Podeszliśmy do pierwszego kantoru i na widok naszej karty pokładowej urzędnicy jedynie pokiwali głowami oznajmiając, że nam nie wymienią pieniędzy. Gdy tylko podchodziliśmy do każdego kolejnego kantoru to od razu mówili, że jak do Nepalu to nam nie wymienią. Jakby wszystkie kantory się ze sobą komunikowały i były w jednej wielkiej zmowie. Pieprzone Indie. Byliśmy niesamowicie wkurwieni. Ale nie daliśmy się tym cwaniaczkom. Z uśmiechem wygadali się wcześniej, że jakbyśmy lecieli do Europy to jak najbardziej by nam wymienili pieniądze, Więc upolowaliśmy miłą Niemkę i na szybko wyjaśniliśmy sytuację. Jej mąż nie był zadowolony, ale po szybkiej wymianie pieniędzy (miny Hindusów były bezcenne!) uśmiechy zagościły na ich twarzach, a my odwdzięczyliśmy się za pomoc robiąc im zdjęcia na tle lotniskowych słoni z metalu. I tym optymistycznym akcentem opuściliśmy ten wspaniały kraj pełen absurdów, ale i pięknych miejsc. Tak jak wszędzie dotychczas ludzie nas zachwycali, to tutaj możemy im jedynie energicznie pomachać na nie do widzenia.

About Author

admin

Leave a Reply