Romantyczna noc na pustyni

Obudził nas piasek między zębami i przenikliwa cisza. Zeszliśmy ze swoich leżanek i naszym oczom ukazał się czysty, półpustynny krajobraz. Pociąg był prawie pusty, tylko czasem ktoś się zabłąkał. Siedzieliśmy przy oknie, czekając na swoją stację i gapiliśmy się na mijane drzewa i krzaki. Pojawiły się i wielbłądy. Czarne wielbłądy, które beztrosko obgryzały sobie owe drzewka. Nasz pociąg w tumanach kurzu zajechał na stacje w mieście Jaisalmer. Przywitał nas o dziwo jak na standardy indyjskie, czysty i zadbany dworzec, a chwilę później przyjechali po nas mili panowie z hotelu Fotiya. Po szybkim rozładunku w pokoju, swoje kroki skierowaliśmy na dach, gdzie podobno była zachwalana na forach koreańska knajpka. Rozpościerał się stąd fantastyczny widok na pustynne, zbudowane z piaskowca miasteczko. Czuliśmy jakbyśmy przenieśli się w czasy Alladyna. Spacerując po mieście mogliśmy podziwiać pięknie rzeźbione fasady budynków. Oczywiście nadal były to Indie – brudne i gwarne, ale tutaj jakby mniej to się rzucało w oczy. Na pustynie Thar przywiodła nas chęć poskromienia wielbłądów. Niesamowicie podekscytowani poszliśmy załatwić sobie wycieczkę kierując się w doborze agencji turystycznej, rekomendacją jednych z oglądanych przez nas youtuberów – The Budgeteers. Dwa dni później stawiliśmy się z samego rana pod agencją a tam już czekał na nas jeep z kierowcą a zarazem naszym przewodnikiem. Jechaliśmy sami bez innych turystów. Krzysztof z kierowcą przodu a ja z tyłu na pace, mknęliśmy drogą przy rytmach hinduskiej pop muzyki. Kierowca zatrzymał się po jakimś czasie przy antycznym miasteczku, które według legendy jednego dnia zostało opuszczone przez wszystkich mieszkańców z racji rzuconej na nie klątwy. Kierowca dał nam trochę czasu na pozwiedzanie tego miejsca, gdzie spotkaliśmy tylko jednego strażnika i par ę bezdomnych psów. Jadąc dalej, nasz przewodnik pokazał nam jeszcze jeziorko, które było głównym wodopojem dla mieszkańców tej części pustyni, po czym zabrał nas do swojej rodzinnej wioski. Byliśmy zdumieni, w jakich warunkach tu ludzie mieszkają. Kierowca wraz z chyba swoim ojcem, zapakował na dach nasze siodła i pojechaliśmy szukać naszych wielbłądów. Ukazały się w końcu nam nasze wierzchowce. Z bliska wyglądały na o wiele wyższe. Owinęliśmy się chustami w postaci naszych balijskich sarongów, przeszliśmy szybki kurs jazdy i przyszło nam dosiąść tych królów pustyni. Szybki zryw i po chwili byliśmy z dwa metry wyżej. Dostaliśmy nowego przewodnika. Przytroczeni linami, jeden wielbłąd do drugiego cisnęliśmy powoli do przodu.

Pustynia nie była typową pustynią, jaką byśmy sobie wyobrażali. Były krzaczki, jakieś drzewka i pędy. Krajobraz podobny do tego, który widzieliśmy na outbacku w Australii. Nasz przewodnik, co jakiś czas do nas zagadywał i pytał czy żyjemy. Mimo, że tyłek po jakimś czasie zaczął boleć to i tak czuliśmy się zajebiście mogąc jeździć na wielbłądach właśnie tu w Indiach. Po jakichś trzech godzinach przyszła pora na przerwę, zresztą z nieba lał się już taki żar, że nie byliśmy w stanie wytrzymać. Nasz przewodnik wziął się za gotowanie i znikąd nagle pojawili się pasterze ze swoimi wielbłądami i zasiedli wokół ogniska. Wcześniej przygotował nam jeszcze wygodne legowisko w cieniu i powiązał nogi wielbłądom by nie uciekły. Relaksując się na kocyku, podziwialiśmy jak przemykają od drzewka do drzewka racząc się liśćmi. Po chwili zaserwowano i nam lunch. Masala chai do picia, czyli hinduska herbatka z przyprawami i mlekiem oraz podsmażony makaron z zupki chińskiej z jakimiś warzywami i jajkiem. Mimo, iż nie wyglądało apetycznie to i tak zajadaliśmy ze smakiem a potem z brzuchami do góry leżeliśmy i korzystaliśmy z ciszy. Przy przyjemnym wiaterku raczyliśmy się dolewką herbaty i dalej podziwialiśmy nasze wierzchowce. W cieniu przesiedzieliśmy najgorszy skwar. Chcieliśmy, co nieco zaczerpnąć wiedzy o kulturze pasterzy pytając naszych współtowarzyszy jednakże bariera językowa była nie do przedarcia i zaniechaliśmy dalszych prób. Nasz przewodnik zaczął zbierać powolutku majdanek, przyprowadził zwierzęta, osiodłał je i pomógł się nam na nie wgramolić. Wszyscy pasterze się gdzieś rozpierzchli a my ruszyliśmy dalej. Kroczyliśmy dłuższą chwilę wzdłuż licznych krzewów i kolczastych drzewek, gdy naszym oczom ukazały się wielkie piaszczyste wydmy. Jakby ktoś nagle zdecydował, że tu właśnie będzie pustynia i wysypał na środku setki ton piasku. Teraz już całkowicie czuliśmy jakbyśmy się przenieśli w czasie. Jak gwiazdy na planie filmu. Jechaliśmy grzbietem wydmy a w oddali zobaczyliśmy inną karawanę zmierzającą w tym samym kierunku. Dotarliśmy do miejsca, gdzie grupka hindusów rozkładała łóżka i polową kuchnię. Mieliśmy tu spędzić noc, pod gołym, gwiaździstym niebem, pośrodku indyjskiej pustyni. Nasze wielbłądy z powiązanymi nogami oddaliły się gdzieś w poszukiwaniu pożywienia a my wraz z innymi uczestnikami wielbłądziego safari rozsiedliśmy się na wydmach i podziwialiśmy piękny zachód słońca. Dla takich chwil się właśnie żyje. Nasi przewodnicy przygotowali nam poczęstunek, gdzie przy wspólnym stole poznaliśmy bliżej naszych współtowarzyszy. Byli tam prawnicy, dziennikarze, lekarze i my bezrobotni nomadzi. Szczęki im opadły jak się dowiedzieli, że my tak już od ponad roku a oni w większości tylko na chwilę Przygotowano nam przepyszną i sytą kolację. Pojawiły się na nieboskłonie gwiazdy i planety a dzięki specjalnej aplikacji jednego z dziennikarzy, wiedzieliśmy, na co patrzymy. Powoli każdy udawał się w kierunku porozstawianych w pewnych odległościach prycz. Ciężka, lniana kołdra wydawała się kompletnie nie potrzebna, lecz w środku nocy, gdy pustynia już oddała ciepło, była jak najbardziej na miejscu. Co jakiś czas było słychać porykiwania wielbłądów i dźwięk trzepoczących skrzydeł, wszędzie latających żuczków. Znikąd pojawił się nawet bezpański pies, który miejsce wytchnienia znalazł akurat pod moim łóżkiem, czym przyprawił mnie prawie o zawał. Wschód słońca był równie cudny, co zachód. Prawie każdy budząc się od razu sięgał po aparat. Nasi przewodnicy już czekali na nas ze śniadaniem. Zajadaliśmy się owocami i potrawami, których nazw nie byliśmy w stanie wymówić a nasze leżanki w tym czasie już były sprzątane. Jeszcze chwila na pozachwycanie się pustynią i znów siedzieliśmy w siodle. Obolałe jeszcze po poprzednim dniu tyłki zostały jeszcze bardziej zmasakrowane, gdyż nasz przewodnik postanowił przyspieszyć. Wielbłądy zaczęły truchtać a my trzymając się z całych sił siodeł by nie zlecieć, podskakiwaliśmy jak pinpongi. Niesamowicie ekscytujące.

Jazda na wielbłądach po indyjskiej pustyni było niesamowitym przeżyciem tak jak i noc w takim miejscu pod gołym niebem. Żałowaliśmy, że to już koniec tej przygody. Podziękowaliśmy naszym wierzchowcom i przewodnikowi i przesiedliśmy się do jeepa, bo po długiej drodze w tumanach kurzu wrócić do Jaisalmer. Po chwili wyciszenia znów wróciliśmy do gwarnego miasta. Usiedliśmy po późnej kolacji w restauracji na dachu naszego hotelu i podziwialiśmy widoki wokół. Nasze myśli jednak nadal były gdzieś na pustyni.

Jak to w każdym indyjskim mieście w Jaisalmer również był fort. Pięknie wyrastał nad miastem a w nocy podświetlony zapierał dech w piersiach. Za dnia poszliśmy zobaczyć jak wygląda od środka. W sieci małych uliczek, przy których były dziesiątki małych sklepików, hotelików i innych biznesów bardzo łatwo było się zgubić. Znaleźliśmy miejsce, gdzie mogliśmy zobaczyć całe miasto z góry. Wyglądało raczej jak po wojnie, ale i tak robiło wrażenie. Pobłądziliśmy jeszcze trochę w mikro uliczkach i z fortu ruszyliśmy zwiedzać dalej w miasto. Wąskie uliczki, gdzieniegdzie krowy i bezpańskie psy, czyli tak jak w całych Indiach tylko klimat zupełnie inny. Udało nam się znaleźć aptekę, dziko okupowaną przez lokalsów. Kulturą się tu nic nie zdziała, więc Krzysztof musiał trochę się porozbijać łokciami byśmy mogli nakupić trochę elektrolitów. Po udanych zakupach poszliśmy w kierunku jeziora Gadisar. Jego brzegi otaczały liczne kapliczki hinduistyczne, niektóre wystające wprost z wody. Ponapawaliśmy się widokiem i nie spiesznym krokiem ruszyliśmy w kierunku hotelu. Następnego dnia opuszczaliśmy już Złote Miasto. Zapakowaliśmy swoje tobołki z samego rana i uliczkami śpiącego jeszcze miasta dotarliśmy na dworzec. Był zadziwiająco czysty i pusty zarazem, lecz wraz ze wstającym słońcem zaczął się zapełniać. Wpakowaliśmy się znów w pociąg by po paru godzinach wysiąść w Niebieskim Mieście Jodhpur. Miasto swój przydomek zawdzięcza wyznawcom Boga Brahmy, który na ten kolor właśnie malowali swoje domostwa.

Opuściliśmy pociąg, a nasze nogi ledwo dotknęły płyty peronu jak zostaliśmy zaatakowani przez jednego z tuktukarzy. Nie dał się spławić w żaden sposób. Dziwił się, że biali w taki ukrop wolą iść z bagażami, niż wziąć taki tani transport. Później wziął nas na litość mówiąco swojej potrzebującej rodzinie. W końcu, gdy już dotarliśmy do miasta powiedzieliśmy mu, że naprawdę marnuje swój czas. Na szczęście dał za wygraną. Weszliśmy na wielki plac targowy. Gwarny i niemożliwie zatłoczony Sardar Market. Jakoś udało nam się z niego wydostać i ruszyć w teoretycznie nam znanym kierunku. Oczywiście błądziliśmy i zdążyliśmy się trzy razy pokłócić. Jednak zmęczenie, głód i skwar stworzyły wybuchową mieszankę. Wkurwiona w końcu podeszłam do jakiś ludzi i pokazałam na telefonie, gdzie chcemy dotrzeć. Standardowo każdy pokazał inny kierunek, ale jeden powiedział, że on wie i pokarze gdzie. Poszliśmy za nim i tuż za rogiem wskazał na wielkie drewniane drzwi, na których widniała biała kartka z nazwą naszego hostelu. Weszliśmy do środka na pusty korytarz. Zaczęliśmy się wspinać po schodach, gdzie na poszczególnych piętrach wyglądało już bardziej hostelowo. Pojawiły się w końcu gość z obsługi, jak się potem dowiedzieliśmy ojciec właściciela. Nasza rezerwacja się zgadzała i ulokował nas w pokoju. Restauracja na dachu, która miała działać jednak nie działała, więc jedzenia musieliśmy iść szukać na miasto. Przed przyjazdem do Jodhpur Krzysztof zrobił w necie research i mniej więcej wiedzieliśmy gdzie owego jedzonka możemy szukać. Znów minęliśmy zatłoczony targ i wyszliśmy na długą aleję zapełnioną po jednej i drugiej stronie sklepami z asortymentem od pięknie zdobionych sari do wielkich orientalnych dywanów. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim znaleźliśmy naszą knajpkę. O dziwo było tu czysto i schludnie i byliśmy jedynymi białasami. Zamówiliśmy posiłek, który po niedługim czasie został nam dostarczony na stół. Krzysztof zjadł smażony ryż z warzywami a ja najpyszniejsze thali (czyli podane na wielkim talerzu danie złożone z ryżu, placków roti lub ciapati otoczone małymi miseczkami z dodatkami sosów, jogurtu, jarzyn i papki z ciecierzycy) jakie dotychczas jadłam. Istne niebo w gębie. Przychodziliśmy tu już na każdy posiłek. Za drugim razem obsługa witała nas już z uśmiechem. Do Jodphur trafiliśmy akurat w czasie jakiegoś hinduskiego święta i przez miasto przechodziły, co chwilę rozśpiewane parady z niesioną na czele figurą bożka. Poszliśmy znaleźć lepsze miejsce do podziwiania tych ekscesów i weszliśmy na dach naszego, hostelu. Miasto było niesamowicie oświetlone a w szczególności wielki fort a właściwie twierdza Mahrangarh, która wyglądała jak wielka skała górująca nad miastem. Czuliśmy się wręcz przytłoczeni jej ogromem i pięknem. Nie mogliśmy przestać się gapić, lecz w końcu zmęczenie i latające w powietrzu paskudztwo wypędziło nas z powrotem do pokoju. Tam jednak nie zaznaliśmy spokoju. Łóżko było na tyle wąskie i krótkie, że żeby się pomieścić musieliśmy spać na odwrót w swoich nogach, a i tak pod naszym oknem, co chwila przechodziła parada tym razem za pickupem świecącym się jak choinka, z wielkimi głośnikami na pace. Dudniło z nich Hare Krishna techno, co przyciągało dziesiątki wyznawców. Muzyka naprawdę była zaraźliwa, gdyż nawet, gdy już wszyscy rozeszli się do domów i dźwięki z głośników ucichły to nasze mózgi dalej były na imprezie do samego rana. Niewyspani zjedliśmy śniadanie, które nam przynieśli do pokoju, po czym poszliśmy znów w miasto. Niedaleko naszego hostelu znajdowała się studnia Teorji Ka Jhalra, która wyglądała jak budynek ze ścianami zbudowanymi ze schodów, które zalała szmaragdowa woda. Podobno studnia była głęboka na 200 metrów. Lokalsi nie zważając na zakazy w najlepsze bawili się wskakując w ubraniach do zwodniczej wody. Robili nawet zawody, kto skoczy do wody z większej wysokości. Czyste szaleństwo.

Poszwendaliśmy się jeszcze, odkrywając coraz to ciekawsze zakamarki. Znaleźliśmy nawet kolejne, kompletnie opuszczone centrum handlowe. Chyba się kompletnie nie przebiły w tym kraju. Nazajutrz przy wymeldowywaniu spotkała nas nieprzyjemna niespodzianka. Pomijając fakt, iż przez ciągłe braki w dostawie prądu, w nocy nie działał nam wiatrak, więc znów nie mogliśmy spać to nasi gospodarze próbowali nam wliczyć śniadania do rachunku a wcześniej dokładnie się upewniliśmy, że są w cenie. Cała wymiana zdań nastąpiła z właścicielem hostelu przez telefon i dopiero wizja pozostawienia przez nas negatywnej opinii skłoniła go do przystania na nasza wersję. Pociąg odjeżdżał dopiero o 20tej, a nie mieliśmy już nic do oglądania, więc usadowiliśmy się na dachu jednego z hosteli i przy pysznym posiłku oddaliśmy się paru partyjkom szachów. Odpowiednio przed 20tą zebraliśmy się z knajpki i poczłapaliśmy na dworzec. Myśleliśmy, że kupno biletu na kolejny pociąg zajmie nam chwilę, ale niestety przerodziło się to wręcz w walkę z czasem. Aby kupić bilet na połączenie z innej stacji musieliśmy się udać do zupełnie innego budynku. Byliśmy przekonani, że to jakieś kolejne oszustwo, gdy strażnicy pokierowali nas w jakieś tylnie uliczki. O dziwo udało nam się znaleźć jakiś budynek i właściwe biuro. Musieliśmy wypisać specjalne podanie o bilet i odczekać swoje na aprobatę nie wiadomo, kogo. Papiery, jakieś pieczątki i w końcu wydano nam bilety. Wróciliśmy biegiem na dworzec wiedząc, że jeszcze nas wiele w tych Indiach zaskoczy. Ulokowaliśmy się w kolejnym pociągu z nadzieją, że te 17 godzin drogi się nie wydłuży i kolejny nam nie ucieknie.

About Author

admin

Leave a Reply