Siódmy cud Świata

Opuściliśmy pociąg wprost w łapy spragnionych turystów tuktukarzy. Razem z nami wychodziły setki ludzi, ale to na nasz widok błyszczały im oczy. Każdy z kolei oferował nam very cheap price, lokal price ale to dopiero za murami dworca znaleźliśmy chętnego na our price. Pojechaliśmy szerokimi, niezakorkowanymi ulicami w poszukiwaniu naszego hostelu. Szukaliśmy razem z kierowcą i innymi zapytanymi po drodze lokalsami, aż w końcu znaleźliśmy. Budynek wyglądał jak wszystko inne w Indiach. Ważne, że fasada była zrobiona a wszystko wokół mogło się walić. Miły pan z obsługi przyjął nas jak starych przyjaciół i zaznajomił z funkcjonowaniem restauracji. Wszystko w jego ustach brzmiało cudownie, lecz szybko przyszło nam zderzyć się z prawdziwą hinduską rzeczywistością. Hotel był w trakcie remontu i wszędzie pełno było gruzu i kurzu. Pokój wyglądał całkiem zacnie i w porządku do momentu, aż zmęczeni upałem rzuciliśmy się na łóżko. Naszym oczom ukazały się małe białe robaczki. Chodziły po całej pościeli. Od razu poprosiliśmy o zmianę. Coś tam poprzepraszali a nam zostało przymknąć oko. Dlaczego zostaliśmy tam na całe zarezerwowane 4 noce ? Bo wszystko mieszczące się w naszym skromnym budżecie było już pozajmowane. Pozostało nam się z tego wszystkiego tylko śmiać. Poszliśmy z głodu zobaczyć czy w restauracji też nas czymś zaskoczą. Na szczęście żarcie mieli pyszne i zdołali tym zrekompensować słaby początek, co prawda szybko wszystko psując usilnie zachęcając nas do zostawienia miłej opinii na Trip advisorze . Nie doczekanie.

Zapakowaliśmy aparaty i poszliśmy na miasto. Mieliśmy z kilometr do przejścia by zobaczyć sławny cud świata – Taj Mahal. Mając 4 dni w zapasie mogliśmy sobie wybrać ten z najlepszą pogodą by po kupieniu mega drogiego jak na Indie biletu, zobaczyć mauzoleum z bliska. Przed wysokimi murami z czerwonego piaskowca Hindusi mieli swoje liczne kramiki i restauracje z nieodzownymi naganiaczami, z którymi nie raz dochodziło do śmiesznych przepychanek słownych. Krzysztof każdemu, który nie chciał dać za wygraną, chciał sprzedać butelkę wody by pokazać im, że tak samo potrzebuje ich produktów jak oni jego wody. Tuż przy samych murach okalających mauzoleum skręciliśmy w prawo w ścieżkę wiodącą ku rzece Jamunie. Sama rzeka była podobno jedną z najbardziej zanieczyszczonych na świecie i oczywiście była święta jak wszystkie rzeki w Indiach. Z nad tej rzeki przyszło nam też po raz pierwszy zobaczyć oblicze Taj Mahal. Piękny, czysty budynek górował majestatycznie nad resztą świata. Narobił nam apetytu na więcej.
Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy na zwiedzanie Agry. Wymyślnymi dróżkami, przeważnie bardzo zatłoczonymi kroczyliśmy w kierunku Czerwonego Fortu. Im bardziej się oddalaliśmy tym mniej mijaliśmy turystów, więc jeszcze bardziej byliśmy oblegani przez rikszarzy i tuktukarzy. Tuż pod samym Fortem tętniło życie wokół straganów. Byli turyści, hindusi, krowy, psy a nawet małpy usiłujące ukraść coś dla siebie ze stoisk z owocami. Istny chaos w indyjskim wydaniu. Zobaczyliśmy Fort z zewnątrz i z zimną pepsi w rękach, czym prędzej znaleźliśmy transport z tej skwierczącej patelni. Pojechaliśmy na drugą stronę rzeki pod park Mehtab Bagh, gdzie można było chodząc po zapewne pięknym ogrodzie podziwiać Taj Mahal. My jednak by uniknąć absurdalnie wysokiej opłaty za wejście do owego ogrodu, poszliśmy wzdłuż płotu w mniej uczęszczaną uliczkę. Od razu przyciągnęliśmy też grupkę młodocianych sprzedawców durno- pierdołek własnej roboty, którzy szli w krok za nami. Do punktu widokowego dotrwał jednak tylko jeden z nich i uparcie nie dał się spławić. Widok na Taj Mahal z tej strony był niesamowity. Kontemplowaliśmy go przy akompaniamencie ciągłego słowotoku małego Hindusa. Usilnie chciał nam coś sprzedać i wmówić, że przecież jak jesteśmy z Ameryki to dla nas to są grosze. My jednak byliśmy nie do zdarcia i w końcu zawiedziony opuścił nasze urocze towarzystwo. Brzeg rzeki był otoczony drutem kolczastym i gdy zbliżyliśmy się do niego za bardzo, by zdobyć lepsze ujęcia aparatem to od razu znikąd wyskoczył policjant by zrobić nam przesłuchanie. Krzysztof z wrażenia nawet się zapomniał i na pytanie o kraj pochodzenia odparł Wietnam, tak jak to wcześniej wmawialiśmy wszystkim Hindusom. Na szczęście pan władza nie należał do oczytanych i tylko patrzał się na nas. W końcu czując, że jesteśmy tu nie mile widziani poszliśmy poszukać kierowcy, który nas stąd zabierze. Przy postoju było ich kilku i od razu rzucili się na nas jak na świeże mięso. Z żadnym z nich nie udało się wynegocjować racjonalnej kwoty, więc zdecydowaliśmy się pójść z buta. Dzielnica nie należała do najweselszych w dodatku zdecydowanie zwracaliśmy na siebie uwagę. Nawet przypałętała się do nas grupka jakiś gówniarzy, którzy nie bardzo chyba mieli pojęcie o prywatności osobistej i za bardzo interesował ich mój plecak. Krzysztof warknął do nich po angielsku i rozpierzchli się na wszystkie możliwe strony. Automatycznie przyspieszyliśmy kroku. Szliśmy między chatkami zbudowanymi z byle czego bez oczywiście zachowania jakichkolwiek zasad fizyki. Całe życie (łącznie z toaletą) tutejszej społeczności toczyło się wzdłuż ulicy. Przykro było na to patrzeć, więc po prostu szliśmy przed siebie starając się nie łapać z nikim kontaktu wzrokowego. Dotarliśmy w końcu do głównej drogi i przeszliśmy przez most, pod którym kąpało się stadko krów. Przedostaliśmy się na drugą stronę miasta i od razu złapaliśmy tuktuka za śmiesznie niską cenę. Wysiedliśmy tuż przy zachodniej bramie prowadzącej do mauzoleum i udaliśmy się do jednej z tych knajpek, które szczyciły się, że, jako jedyne posiadają wyjątkowy widok z góry na ten cud architektoniczny.

Trafiliśmy idealnie z wyborem dnia zwiedzania największego skarbu Agry. Niebo było niebieskie i wyjątkowo przejrzyste, wiał lekki wiaterek a słońce prażyło tylko odrobinę. Ubraliśmy się godziwie, wzięliśmy tylko dozwolone rzeczy i uzbrojeni w bilet wstępu ruszyliśmy na mauzoleum. Taj Mahal był znakiem rozpoznawczym Indii. Nie można było wyjechać z tego kraju i nie zawitać do Agry. Został wzniesiony na polecenie Szahadżahana – muzułmańskiego władcy, dla upamiętnienia swojej ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła podczas wydawania na świat ich 14 dziecka. Taj Mahal był istnym pięknem i niesamowicie wyróżniał się na tle reszty Indii. Przechodziliśmy się po okalających go ogrodach, co chwilę robiąc zdjęcia ze wszystkich możliwych stron. W środku mauzoleum również wyglądało olśniewająco, niestety tego już nam uwiecznić nie pozwolono. Biały marmur mienił się małymi pomarańczowymi kwiatuszkami zrobionymi z kamieni szlachetnych, które podobno nocą świeciły się w ciemności.

Pełni zachwytu wróciliśmy na ulice Agry. Podążyliśmy w kierunku wskazanego nam przez mapy gogle centrum handlowego. Chcieliśmy zrobić zapasy na dalszą podróż, więc szliśmy główną drogą, wśród tumanów kurzu, wypatrując neonów. Trafiliśmy. Główny punkt – McDonald był oblegany przez tłumy, lecz gdy weszliśmy do środka centrum handlowego zastaliśmy jedynie puste powybijane witryny, walające się śmieci i przytłaczającą pustkę. W Indiach wszystkie centra handlowe tak wyglądały. Jakby ktoś miał chęci, ale mentalność ludzi wokół sprowadziła go szybko z powrotem na zakurzoną ziemię.

Odeszliśmy z niczym. Jedynie potem w sklepiku na rogu kupiliśmy Tangi by nie pić ciągle tylko wody no i standardowo ciastka. Granaty, które dostaliśmy u przydrożnego sprzedawcy niestety nadawały się tylko do wyrzucenia. Czuliśmy, że już wystarczająco nacieszyliśmy się Agrą. Pozostało nam jedynie uzupełnić zapasy lekarstw, a w szczególności elektrolitów, bo nie chcieliśmy się przy naszej słabo rozwiniętej diecie nabawić jakiegoś choróbska. Spytaliśmy lokalnego sklepikarza gdzie znajdziemy aptekę, a ten w odpowiedzi machnął ręką jedynie gdzieś w bliżej nieokreślonym kierunku. Przeszliśmy wskazaną uliczkę dwa razy tam i z powrotem, lecz nic nam nie wyglądało na cokolwiek, co mogłoby być apteką. W końcu podeszliśmy do jednej z budki, przy której stało więcej ludzi, a na nasze pytanie o aptekę sklepikarz krótko i ochoczo zapytał co podać. Byliśmy w głębokim szoku. Rzekomy aptekarz raz dwa podał nam to, co było nam potrzebne, a stojący obok Hindus podający się za lekarza dodatkowo zatwierdził nam, jakość leków, przy okazji biorąc nas za Rosjan. Indie chyba nigdy nie przestaną nas zaskakiwać.

Z samego rana spakowaliśmy nasz dobytek i jak zwykle poszliśmy szukać tuktuka. Długo nie musieliśmy krążyć jak tuktuk sam nas znalazł, a Krzysztof mistrzowsko z miną pokerzysty zbił cenę za przejazd do tej korzystnej dla nas. Mimo młodej godziny na dworcu już były tłumy. Niektórzy jeszcze spali na porozkładanych matach i kocykach a my lawirowaliśmy między nimi w poszukiwaniu naszego wagonu. Mokre chusteczki wpierw poszły w ruch i zajęliśmy swoje miejsca by spędzić tak parę godzin gapiąc się na krajobraz za oknem.

Kolejne miejsce miało być tylko naszym chwilowym przystankiem. Do Jaipuru – stolicy Radżastanu dotarliśmy po południu i od razu odczuliśmy na sobie palące słońce. Mogliśmy oczywiście pojechać zobaczyć wspaniały Pałac Wiatrów jednak zamiast tego wybraliśmy rozłożenie się na trawie w parku wprost pod wielką łopoczącą na wietrze flagą Indii. Prosto z pociągu poszliśmy wpierw poszukać czegoś do jedzenia. Sławna hinduska kuchnia była dla nas nie uchwytna w tym mieście, więc pozostał nam McDonald i Domino Pizza. Po miłym popołudniu w parku przyszedł mniej przyjemny wieczór. Powoli dreptaliśmy w kierunku dworca, lecz na swojej drodze zaczęliśmy mijać coraz więcej niepewnych szumowin. Intuicja jasno biła na alarm, że trzeba się jak najszybciej ewakuować. Jak na złość żaden tuktuk nie chciał się zatrzymać, dopiero policjant kierujący ruchem musiał zrobić to za nas, dzięki czemu raz dwa dotarliśmy na pociąg. Chwilę przed północą pojechaliśmy dalej. Znów kłótnie o miejscówkę, rozgardiasz i pociągowi sprzedawcy.

About Author

admin

Leave a Reply