Miasto Śiwy i święty Ganges

Znów znaleźliśmy się w centrum indyjskiego chaosu. Kurz, brud, korki i roztrąbione klaksony. I upał. Niemiłosierny skwar, który sprawiał, że nasze ciała automatycznie zlały się potem. Kierowca jeepa złapał nam od razu tuktuka w lokalnej cenie i pojechaliśmy prosto na dworzec kolejowy. Zajęło nam to trochę, bo głównie staliśmy w korku, ale i tak mieliśmy jeszcze z 3 godziny w zapasie. Przeszliśmy przez zatłoczony dworzec odganiając żebrzące dzieci i zajęliśmy miejsce naprzeciwko wielkiego cyfrowego zegara. Obserwowaliśmy dworcowe życie. Biegające psy i szczury, żebrzące dzieci, przenoszących towar przez tory tragarzy i sprzątaczy dworca. Powoli schodzili się Hindusi i rozkładali swoje szmatki by spokojnie na środku dworca uciąć sobie drzemkę. Nasz pociąg nie przyjechał o czasie. Wpierw spóźnił się 3 godziny, potem 6 w końcu łącznie na dworcu spędziliśmy 12 godzin. W mieście w środku nocy nie było gdzie się podziać, więc został nam jedynie dworzec. Siedzieliśmy patrząc tępo w dal i czekaliśmy na cholerny pociąg. Co jakiś czas robiliśmy sobie spacer pod główny rozkład jazdy by sprawdzić czy nic się nie zmieniło. Po czym znów wracaliśmy na wygodniejsze miejsce. Po godzinach spędzonych przez nas kompletnie bezsensownie w końcu przyjechał nasz transport. W środku nocy. Padliśmy na prycze i od razu zasnęliśmy. Obudził nas piekarnikowy skwar. Byliśmy cali mokrzy. Wiatraki przestały działać, więc w pociągu wręcz powietrze stało. Nawet z Hindusów się lało. Staraliśmy się przyjąć sytuację na klatę i nie wpaść w złość. Leżeliśmy na pryczach starając się nie zemdleć z gorąca i braku tlenu i modliliśmy się, żeby to się już wszystko skończyło. Po 15 godzinach w tej blaszanej saunie w końcu wywaliliśmy się z pociągu w sławnym Waranasi. Był już wieczór, gdy tuktukiem dotarliśmy do hostelu. O dziwo bezsilność i zmęczenie przerodziły się w obojętność. Tuktukarz puścił na cały regulator jakiś hindi dubstep i zaczęliśmy się wygłupiać w najlepsze. Z właścicielem hostelu mieliśmy po tym nawet siłę przejść się nad rzekę Ganges, bo ten usilnie chciał nam pokazać rzekę. Myślał, że znalazł frajerów, którym wciśnie jakąś wycieczkę. Próbował to nam zresztą zrobić przez cały nasz pobyt.

Poszliśmy zwiedzać miasto. Oczywiście wpierw udaliśmy się nad święta rzekę by zobaczyć ją przy świetle dziennym w pełnej krasie. Akurat zawitaliśmy w mieście, gdy poziom rzeki był wysoki, a nurt tak silny, że planowana przez nas przeprawa łódką była niemożliwa. Chcieliśmy zobaczyć słynne ghaty – czyli schody prowadzące do rzeki gdzie wierni dokonują oczyszczających kąpieli, medytacji czy też żegnają się ze zmarłymi bliskimi rozsypując ich prochy do świętej wody. Zostało nam jedynie obserwować te wszystkie ceremonie prosto z na wpół zalanych schodów. My chcieliśmy robić zdjęcia kąpiącym się Hindusom, ale to w zamiar oni podchodzili i chcieli mieć zdjęcia z nami. Nie ukrywam ciężko było pozować czując ściekającą po ramieniu wodę z Gangesu, bo przecież trzeba było się przytulić do białego turysty.

Błądziliśmy po klaustrofobicznych uliczkach Waranasi, co chwilę zachodząc pod rzekę i szukając jak najlepszego widoku. Tam atakowali nas sprzedawcy paszmin i jakiś koralików oraz krowy, których było tu pełno. Myśleliśmy, że bardziej brudnego miejsca na świecie nie ma ale Waranasi bezapelacyjnie zajmowało w tym pierwsze miejsce. Drogi były tak zaminowane przez krowy, że przejście na czysto było niemożliwe, a na widok Niemców chodzących boso robiło nam się niedobrze. Co turyści zachwalający to miejsce w nim widzieli nie byliśmy w stanie pojąć, tym bardziej widząc tu jedynie intratny turystyczny biznes pod przykrywką świętości. No co kto lubi i w co kto wierzy.

Wieczorem przy rzece można było zobaczyć wielkie snopy iskier strzelające w górę. Były to paleniska, na których martwi już wierni Hindusi przechodzili swoją ostatnią drogę i przemieniali się w popiół, później przez bliskich rozrzucany w Gangesie. O dziwo nie było czuć zapachu palonego ciała, a na pewno je palili, bo widzieliśmy jak nieśli zapakowane w kolorowe szmatki ciało. Zaczęło się wokół nas zbierać coraz więcej gapiów, więc zwyczajnie się stamtąd ulotniliśmy. Opuszczaliśmy Waranasi z kolejnym pakietem indyjskich doświadczeń. Pożegnaliśmy nachalnego właściciela hostelu i poszliśmy w kierunku dworca. Było sakramencko gorąco, więc podjechaliśmy trochę tuktukiem i podeszliśmy do czegoś, co wyglądało jak centrum handlowe. Mieliśmy nadzieję na lody z McDonalda, ale akurat coś się wydarzyło i zleciało się pełno ludzi, wszędzie była policja i wszystko pozamykali. Nam nikt nie był w stanie powiedzieć co tu się właściwie dzieje. Po chwili daliśmy za wygraną i poczłapaliśmy prosto na dworzec. Obładowani w ciastka i wodę wpakowaliśmy się do pociągu i rozpoczęliśmy nasz rytuał przygotowania pryczy, czyli po prostu nawilżające chusteczki poszły w ruch. Cały tłum (a stacja była niemożliwie przepełniona) też zaczął się ładować do wagonów i przy ogromnym chaosie odbyło się zajmowanie miejsc. Bez kłótni się nie obeszło. Zaraz po tym jak ruszyliśmy pojawiły się hijra – czyli mężczyźni poubierani w kolorowe sari do złudzenia wyglądający jak kobiety. Z powkładanymi już banknotami rupi między palcami u rąk machali nimi w teatralny sposób i chodząc po całym pociągu napastowali mężczyzn charakterystycznie przy tym strzelając palcami. Napastowani mężczyźni rzadko rzucali jakimś groszem, ale za to kobiety chętnie za co dostawały błogosławieństwo. Pojawiły się też kaleki, które czołgając się przez korytarz z miotełką wyciągali do pasażerów rękę po drobne. Przechodzili też obwoźni handlarze z popularną herbatą, samosą i bóg jeden wie czym jeszcze. Obserwowałam to wszystko z górnej pryczy, aż w końcu dopadło mnie znużenie. Po jakichś 15 godzinach dojechaliśmy na miejsce. W Gwaliorze przywitał nas deszcz. Musieliśmy zaniechać wędrówki z buta i wzięliśmy tuktuka. Hostel wyglądał na całkiem w porządku, choć musieliśmy poprosić o włączenie prądu. Chyba byliśmy jedynymi gośćmi. Zatrzymaliśmy się w Gwaliorze głównie po to by odpocząć w drodze do kolejnego miejsca, ale jak się okazało było warto. Mieszkaliśmy tuż obok Fortu, więc gdy tylko się rozpogodziło poszliśmy zwiedzać. Już przy samym wejściu przy bramie Urvai przywitały nas potężne posągi wyryte w skale, patrzące złowrogo pustym wzrokiem. Wyglądały naprawdę imponująco, a największy z nich miał prawie 18 metrów wysokości. Podobno wzdłuż wzgórza Gopachal na którym wznosi się Fort znajduje się około 1500 posągów. Wszystkie, które widzieliśmy wyglądały na wyryte z wielką dokładnością. Z samego Fortu rozpościerał się widok na całe miasto. Poszliśmy się przejść na spacer zwiedzając przy okazji świątynie. Jakoś niechcący ominęliśmy budkę z biletami i nie mogliśmy wejść do środka świątyni Telika Mandir i Sas Bahu ale z zewnątrz kompletnie nam wystarczyły. Skwar lejący się z nieba ułatwił nam decyzję o zakończeniu zwiedzania, więc uciekliśmy do pokoju w poszukiwaniu cienia. W końcu jutro też jest dzień.

Kolejny jednak rozpoczął się nieco dżdżyście. Mimo to nie chcieliśmy dawać za wygraną i zwiedzaliśmy dalej. Przeszliśmy się wzdłuż Fortu przez niemożliwie zabłocone uliczki Gwalioru. Drogi asfaltowej praktycznie tu nie było. Skończyliśmy oglądać grobowiec Mohammada Ghaus’a gdy z nieba lunęło srogim deszczem. Przeczekaliśmy chwilkę pod jakąś świątynią, po czym zaczęliśmy dalej brodzić w błotku w stronę hostelu. Brudna woda z ulicy pryskała w każdą stronę, więc gdy doszliśmy do centrum handlowego wyglądaliśmy jakbyśmy tarzali się w gównie. Dzięki bogu, że tu w toaletach mają sikawki, więc mogliśmy się przed pójściem zjeść doprowadzić do względnego porządku. Z pełnymi brzuchami poszliśmy obejrzeć jeszcze jedną świątynię. Początkowo chcieliśmy tego zaniechać wykończeni deszczem, ale ostatecznie okazało się, ze byśmy tego żałowali. Świątynia znajdowała się na wschodniej ścianie fortu i tez składała się z wyrytych w skale posągów. O wiele bardziej imponujących i lepiej zachowanych niż te, które widzieliśmy przy bramie Urvai. Przyciągała tez o wiele więcej turystów, którzy standardowo chcieli sobie robić z nami zdjęcia.

Gwalior był ciekawym przystankiem w naszej podróży przez Indie. Po wypiciu kolejnej masala chai na śniadanie przyszło nam jednak wsiąść do tuktuka by nim prosto pojechać na dworzec. Kolejny pociąg, setki kilometrów i droga w nieznane.

About Author

admin

Leave a Reply