Podróż życia i trzeci największy szczyt świata. Darjeeling.

Znaliśmy już to lotnisko. 4 miesiące temu wylatywaliśmy stąd do Australii. Tym razem też czekała nas przygoda, kto wie może nawet bardziej ekstremalna, bo lecieliśmy do Indii. Na lotnisku wiedzieliśmy już gdzie będziemy spać i jeść. Musieliśmy tylko jakoś zapełnić ten czas.

W końcu wybiła nasza godzina i poszliśmy się odprawić. Bagaże, paszporty i kontrola, czyli standard. Jedynie miny ludzi (a byli tam sami Hindusi), z którymi wchodziliśmy przez bramki już do samolotu były bezcenne. No, bo, po co Ci biali lecą do tak nie turystycznego miejsca jak Visakhpatnam. Odpowiedź: Tanie bilety. Ten lot, po krótce zobrazował nam, czego mogliśmy się spodziewać po Indiach. Gapiący się ludzie, kłócący pasażerowie, płaczące dzieci i dziwny zapach w powietrzu.

Lotnisko było stosunkowo małe, ale i tak pędziliśmy przez nie by jak najszybciej przejść przez odprawę i znaleźć jakiś transport na dworzec kolejowy. Na wszystko mieliśmy tylko albo aż 2 i pół godziny. Po wypisaniu na szybko dokumentów i odczekaniu w kolejce w końcu odebraliśmy paszporty z wbitą wizą. Jeszcze szybka wymiana pieniędzy po super niekorzystnym kursie i wypad na miasto. Tylko przekroczyliśmy drzwi to uderzyła w nas porównywalna do basenu wilgotność. Było już ciemno i musieliśmy znaleźć tuktukarza, który nas nie oszwabi. Odganialiśmy wszystkich stojących zaraz przy lotnisku i pocisnęliśmy w kierunku głównej drogi. Tam w tumanach kurzu udało nam się zagaić gościa, który załatwił nam lokalną kwotę za przejazd. Jechaliśmy w kierunku dworca wśród tego całego chaosu na ulicy. Naczytaliśmy się wcześniej różnych ciekawych rzeczy, więc mieliśmy oczy wokół głowy. Mieliśmy jeszcze trochę czasu w zapasie, więc poszliśmy do wskazanego przez lokalsów miejsca by kupić wodę. Nie kłamali. Nasz pociąg przyjechał o czasie. Zajęliśmy swoje prycze i próbowaliśmy przespać pierwszą noc w indyjskim pociągu. Obudziliśmy się cali i nie okradzeni. Przetrwaliśmy nasz pierwszy indyjski pociąg i dotarliśmy do mieściny o wdzięcznej nazwie Bhubaneswar.

Jednodniowy przystanek w dalszej drodze na północ. W planach było zwiedzanie świątyń, lecz Bhubaneswar zgotował nam szokujące doznania. Nie odpuszczały nas ani na chwilę wianuszki babuszek i matek z dziećmi błagające o parę drobnych. Wśród tumanów kurzu z coraz bardziej skwaszoną miną staraliśmy się nie dać rozjechać szalonym kierowcom. Mijaliśmy zdechłe zwierzęta, bez jakiegokolwiek zainteresowania przechodniów leżące z pustymi oczodołami i wnętrznościami już nie wewnątrz. Przy licznych wysypiskach wzdłuż głównej drogi masa krów umiejętnie rozprawiała się z foliowymi torebkami by dotrzeć do pożywienia a tuż obok Hindusi prowadzili swoje knajpki, sklepy i inne biznesy. Gdy w końcu dotarliśmy zdewastowani do hostelu musieliśmy dwa razy wziąć prysznic, bo brud był wręcz niemożliwy do zmycia. Z niepocieszeniem wróciliśmy znów na ulicę by dostać się do (o dziwo) centrum handlowego by coś zjeść.

Wyspaliśmy się wyśmienicie. Przeszliśmy pustymi ulicami na dworzec. Nakupowaliśmy słodkości i wskoczyliśmy w nasz dwudziesto paro godzinny pociąg do New Jalpaiguri. W Indiach standardem jest nad programowa ilość pasażerów, przez co było głośno jak na stadionie, a nie liczni posiadacze biletów musieli wykłócać się o swoje miejsca. My byliśmy twardzi i z groźnymi minami zawsze zajmowaliśmy swoje miejsca. Nie jedni próbowali cwaniakować i pokazać białym turystów gdzie ich miejsce, ale Krzysztof walczył jak lew. To znaczy powiedział raz a Hindusi dawali od razu za wygraną. W New Jalpaiguri dopadł nas deszcz, w którym przez jakąś godzinę przyszło nam chodzić i szukać kierowcy, który nas za ludzkie pieniądze przewiezie jeepem. Obeszliśmy cały parking. Wszyscy kierowcy mieli za mało pasażerów, a ruszali dopiero jak mieli pełny wóz. W końcu zahaczył nas ten, któremu brakowało tylko dwóch do kompletu. Przejechaliśmy przez miasteczko równie urokliwe co poprzednie, później przez teren wojskowy i krętą drogą pod górę. Liczne zawijasy, dziurawa droga i szybkie manewry kierowcy wywróciły nam żołądki na lewą stronę. Widoki za oknem jednak rekompensowały trudy podróży. Wjechaliśmy ponad chmury i ukazał nam się himalajski krajobraz. Na wąskiej drodze mijały się liczne jeepy, dzieci w mundurkach wracające ze szkoły i roztrąbione skutery. Całą drogę towarzyszyło nam słońce, ale już na samej górze miasteczko było spowite gęstą mgłą. Kierowca zrzucił nam z dachu jeepa nasze tobołki i ruszyliśmy w poszukiwaniu naszego hostelu. Minęliśmy wieżę zegarową w starym kolonialnym stylu i weszliśmy w wąską dróżkę, miedzy dwoma budynkami, prowadzącą po schodach w górę. Trochę pobłądziliśmy, lecz w końcu jakoś trafiliśmy. Hostel górował nad miastem, a z wielkiego okna mieliśmy piękny widok na Darjeeling i okoliczne wzgórza.

Pogoda jak to w górach zmieniała się parę razy na dzień a szczególnie tutaj na 2140 m n.p.m. Po chwili na ogarnięcie ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka a w konkretnie jego kulinarnych możliwości. Zawitaliśmy do ładnie wyglądającej, drewnianej knajpki gdzie spróbowaliśmy wyśmienitego chowmaina i chińskich pierożków momo. Praktycznie w każdej knajpce można było dostać indyjskie i chińskie potrawy. Zwiedzając miasteczko człowiek czuł jakby przeniósł się w czasie. Większość budynków pamiętało czasy kolonialne a mieszkańcy nosili wymieszane współczesno – tradycyjne ubrania. Sama sławna kolejka wąskotorowa wyglądała jak istne wehikuł czasu. Miejsce to wyglądało zupełnie inaczej niż reszta Indii. Ludzie nie byli nachalni, nikt nie żebrał i wokół panował porządek. Panowała tu przyjazna górska atmosfera a jedyny chaos istniał na głównym targu tuż obok postoju dla jeepów i busików. Po spróbowaniu lokalnej herbaty, z której słynie region przeszliśmy przez zamglone miasteczko do Zoo Padmaja Naidu Himalayan Park, gdzie w jednym miejscu mogliśmy podziwiać rezydentów lokalnych wzgórz i lasów. Pierwszy raz widzieliśmy, jaka i tygrysa bengalskiego. Mimo, że park dobrze pamiętał lata 60 to był zaprojektowany tak by odwiedzający mogli spojrzeć na zwierzęta z góry nie mącąc im spokoju w ich obszernych wybiegach.

Do Darjeeling przyjechaliśmy jednak z zupełnie innego powodu. Naszym celem było zobaczyć Himalaje i trzeci, co do wielkości szczyt świata. Prognoza pogody niestety nie zwiastowała, że uda nam się spełnić to małe marzenie. Z nadzieją też, co jakiś czas spoglądaliśmy przez okno naszego pokoju w kierunku szczytu. Okazało się, że Himalaje nagradzają ranne ptaszki. O 5 rano wybudziłam się ze snu i z automatu spojrzałam przez okno. Miało lać, a ukazało mi się niebiesko różowe niebo. Jedną ręką przecierałam oczy z niedowierzania a drugą już szarpałam Krzysztofa krzycząc by się obudził. Po chwili siedzieliśmy w osłupieniu z twarzą przy szybie patrząc na Kanchendzongę. Ubraliśmy się w sekundę, zabraliśmy aparaty i wręcz wybiegliśmy z hostelu wpierw brutalnie budząc właścicieli by otwarli nam bramę. Nie mogliśmy stracić tak wyjątkowego momentu. Pobiegliśmy na punkt obserwacyjny niedaleko monastyru. Górę jeszcze pochłaniały małe obłoczki, ale szybko przeganiały je ciepłe promienie słońca. W pełnej okazałości widzieliśmy Kanchendzongę wraz z otaczającymi ją szczytami. Niby gdzieś w oddali był też Everest, ale nam laikom ciężko było określić, który to. Łaskawa pogoda pozwoliła nam na parę godzin podziwiania ośnieżonych szczytów. Czasem jedynie obraz tracił ostrość przez łzę wzruszenia. Zjedliśmy na śniadanie słodkie bułeczki, kupione dzień wcześniej, nie spuszczając z oka pięknych Himalajów. W końcu przyszły chmury, które na resztę dnia przyniosły deszcz. Z czystym sumieniem jednak mogliśmy spędzić resztę dnia w pokoju oglądając indyjska telewizję.

Dzień przed wyjazdem przez miasteczko znów płynęła gęsta mgła. Poszliśmy, więc zwiedzić buddyjska świątynię. Wszędzie pełno było porozwieszanych tradycyjnych tybetańskich flag modlitewnych, które nadawały miejscu mistyczny klimat. Zakręciliśmy modlitewnymi młynkami i ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z jednym z mnichów. Resztę czasu szwendaliśmy się uliczkami Darjeeling. Z samego rana znów przyszło nam szukać jeepa. Raz dwa zgarnął nas kierowca jadący do Silliguri z powrotem na niziny. Z powrotem do normalnych Indii.

About Author

admin

Leave a Reply