Kangury na wyciągnięcie ręki

Obudziliśmy się w przepięknym domu położonym na skraju lasu. Prócz nas i gospodarzy Rene i Julie było jeszcze pięciu innych workawayów. Jedząc śniadania na wielkim balkonie mieliśmy okazję zobaczyc kolorowe australijskie ptaki metr od nas, a patrząc w dół widzieliśmy małe kangury wallaby, które przyszły na śniadanie.

Głównym naszym zadaniem prócz utrzymywania domu w ładzie było budowanie ścianek z kamieni w celu urządzenia pokaźnego ogrodu. Była to dosyć wymagająca fizycznie praca i przeważnie gdy skończyliśmy szychtę to marzyliśmy tylko by paść z powrotem do łóżka. Ruch w domu był bardzo płynny. Jedni przyjeżdżali inni jechali dalej, ale ciągle była pełna chata, głównie backpackersów z Europy, w przeważającej większości Francuzów. Mieliśmy to szczęście spać w domu, we własnym pokoju bo byli i tacy co spali w namiotach porozstawianych po całym ogrodzie. Po pracy każdy znikał za ekranem swojego smartfona lub laptopa a wieczorem wszyscy razem spotykaliśmy się przy kolacji ugotowanej przez Filipińską żonę Rene, Julie. Przy stołach dokonał się automatyczny podział na Francuzów przy jednym i resztę świata przy drugim. Miłą odmianą było dla nas móc spędzać czas z ludźmi w naszym wieku i przy okazji wymieniać się doświadczeniami.

Do plaży mieliśmy godzinę spacerkiem więc w weekendy wybieraliśmy się tam by korzystać z uroków australijskiej zimy i wskoczyć do super przejrzystego oceanu. Woda była tak czysta, zę gdy fale się załamywały to było dokładnie w nich widać kolorowe rybki. Jedna z najpiękniejszych plaż jaką widzieliśmy. Razem z innymi workawayami wybraliśmy się do lokalnego sanktuarium dla dzikich zwierząt. Dzięki naszemu Chińskiemu koledze Renowi, który kupił nam bilety na chińskiej stronie, kosztowało nasz to jedyne 15$ zamiast 50$, to dlatego tych Chińczyków jest zawsze wszędzie pełno jak mają za pół darmo bilety wstępu. W sanktuarium pierwszy raz w życiu widzieliśmy koale, wombaty i tasmańskie diabły. Mogliśmy w końcu pogłaskać kangura co na outbacku raczej było nie wykonalne. Cała masa unikatowych zwierzaków w jednym miejscu w pełni zadowoliła nasze wymagania. W czasie pobytu u Rene i Julie wybraliśmy się (Julie akurat tam pracowała) do Byron Bay. Mekka surferów z czystą szeroką plażą oraz przepiękną latarnią skąd można obserwować migrujące wieloryby. Pełno było tu typowych hipisowskich surferów i starych emerytów. Miejsce całkiem urokliwe a szczególnie przypadła nam do gustu plaża, na której spaliśmy w kurtkach jak menele przez 2 godziny by odespać pobudkę o 4 rano. Gdy doszliśmy do siebie spacerkiem pozwiedzaliśmy mieścinkę i spotkaliśmy się w umówionym miejscu z Alberto, jednym z workawayów by poczekać razem na Julie.

Spędziliśmy na Złotym Wybrzeżu wygodnie czas przy okazji poznając super ludzi i spęłniliśmy kolejne ze swoich marzeń o pogłaskaniu kangura lecz ciągnęło nas już dalej. Dalej na północ.

Tagi: , , , , ,

About Author

admin

Leave a Reply