Marzenia spełniają się w Sydney

W dzieciństwie Krzysztof w Sylwestra oglądał transmisję pokazu fajerwerków nad operą w Sydney. Od tego czasu miasto nie dawało mu spokoju i przerodziło się w jego marzenie. I tak w 31 urodziny udało mu się w końcu je spełnić. Dotarliśmy tu nawet dzień przed. Sydney jednak przywitało nas tłumami ludzi, największą ilością bezdomnych jaką kiedykolwiek widzieliśmy oraz wszędzie walającymi się śmieciami. Spodziewaliśmy się jednak z goła czegoś innego. Po godzinnej wędrówce przez miasto dotarliśmy też do najgorszego hostelu w jakim kiedykolwiek byliśmy. Wejście prowadziło przez garaż i gęstą chmurę ziołowego dymu prosto do istnej meliny. Nie było praktycznie trzeźwej osoby, prócz wesołego menadżera, który oprowadził nas po zawalonej garami i resztkami jedzenia kuchni. Dzięki Bogu łóżka były super wygodne oraz w końcu wzięliśmy gorący prysznic. Z samego rana jednak uciekliśmy z tej obory.

Przenieśliśmy się bliżej centrum do totalnie przeciwnego miejsca. Mieliśmy do dyspozycji czystą kuchnię, przestronne szafki oraz salę telewizyjną. Hostel z prawdziwego zdarzenia. Poszliśmy celebrować urodziny Krzysztofa zwiedzając miasto. Obraliśmy oczywisty kierunek na sławną Sydneyowską operę. Tuz przy ogrodach botanicznych z niedowierzaniem zauważyliśmy stado papug kakadu. Podeszliśmy bliżej by porobić im zdjęcia a one bez żadnego strachu zaczęły nas obchodzić i podszczypywać. Cieszyliśmy się jak małe dzieci mogąc obcować tak z dzikimi ptakami. W końcu wystraszone przejeżdżającym samochodem odleciały, a my w końcu przeszliśmy nad zatokę by zobaczyć operę. Pierwsze wrażenie – Dlaczego taka mała? Myśleliśmy, że będzie o wiele większa od tej na Teneryfie. Jedynie most za nią z powiewającą australijską flagą oraz wieżowce po lewej przypominały, że to jednak Sydney. Spacerkiem zwiedziliśmy ogród botaniczny i po krótkim przystanku pod samą operą udaliśmy się w miasto. Kolonialne niskie budynki tworzyły ciekawą kompozycję z nowoczesnymi wieżowcami. Wszędzie przeplatało się stare z nowym. Centrum miasta było zdecydowanie bardziej urodziwe od tego co widzieliśmy na obrzeżach. Krzysztof spełnił swoje marzenie by zobaczyć Sydney, co prawda bez fajerwerków ale miasto przy okazji dało nam czas by zebrać energię na kolejne kilometry autostopowania.

Po 3 dniach wróciliśmy na autostradę. Tym razem kierunek północ. Czas w Sydney spędziliśmy również na produktywnym poszukiwaniu workawaya na resztę pobytu w Australi. Jechaliśmy więc teraz w rejony Gold Coast. Czekały nas cudowne plaże i praca w multikulturalnej ekipie. Mimo,że aktywnie autostopowaliśmy cały dzień nadal brakowało nam sporo kilometrów do celu i wisiało nad nami widmo nocy spędzonej w namiocie. Determinacja jednak była na tyle silna, że złamaliśmy naszą zasadę nie stopowania po zmroku. To nas uratowało, no i kierowca trucka, który dał się namówić by nas zabrać. Rene, nasz nowy host przyjechał odebrać nas ze stacji i zawiózł prosto do super wygodnego łóżeczka.

Tagi: , , , ,

About Author

admin

Leave a Reply