Australijski outback

Wylądowaliśmy w Perth. Był to nasz dotychczas najgorszy lot. Klimatyzacja na maxa i w dodatku całą drogę mieliśmy niesamowite turbulencje. Czy to zwiastowało co nas czeka na miejscu? Przeszliśmy bez problemu przez odprawę, niestety bez pieczątki z kangurem w paszporcie na którą liczyliśmy. Chwilę nam zajęło z oswojeniem się z faktem, iż jesteśmy na Australijskiej ziemi. Ruszyliśmy pieszo w kierunku najbliższego sklepu by zrobić zapasy przed wyruszeniem na outback.

Szliśmy i powtarzaliśmy na głos, gdzie dotarliśmy, gdy nagle zatrzymał się samochód i wyskoczył z niego mężczyzna pytając czy nas gdzieś nie podwieźć. Jadąc z nim pierwszy raz usłyszeliśmy historię o mordercy autostopowiczów i że, musimy uważać bo pełno tu szaleńców. Cóż, był to nasz prawie jedyny sposób poruszania się w tym kraju więc zostało nam zaryzykować. Zrobiliśmy porządne zakupy i ruszyliśmy w kierunku autostrady. Trochę podjechaliśmy busem, ale i tak niezły kawałek musieliśmy przejść obładowani. W końcu stanęliśmy z napisem EAST i czekaliśmy. Po jakiś 5 minutach zatrzymała się kobieta w pickupie i podrzuciła nas z 10 km. Wysadziła nas naprzeciwko posterunku policji, gdzie też próbowaliśmy dalej swojego szczęścia. Staliśmy tak chyba z dwie godziny, gdzy w końcu wyszedł do nas policjant i oznajmił z uśmiechem na twarzy, że autostopowanie w Australi jest nielegalne i stąd nikt nas nie zabierze i zasugerował nam przeniesienie się nieco dalej to na pewno nas ktoś zabierze. Dziękujemy za przyzwolenie na łamanie prawa panie oficerze 🙂 Powoli i tak robiło się już późno, więc poszliśmy przed siebie, by poszukać w lesie miejsca na namiot i w końcu coś zjeść. Pierwsza noc w australijskim lesie pełnym jadowitych węży i wielkich pająków. Ku naszemu zdziwieniu nic nas nie zjadło a za to wyśmienicie się wyspaliśmy.

Pełni energii liczyliśmy na to, że zrobimy dziś więcej kilometrów niż poprzedniego dnia. Z pobliskiej stacji znów zabrała nas kobieta i wyrzuciła na kolejnej z 10 kilometrów dalej. Staliśmy z napisem gdy kierowca ciężarówki sam podszedł do nas i zaproponował podwózkę. Rozmowa świetnie się kleiła i gościu tak bardzo chciał nam pomóc, że gdy obok nas przejeżdżał jego kolega jadący w naszym kierunku, to załatwił nam dalszą podwózkę. I tak przeskoczyliśmy z trucka do trucka i jechaliśmy dalej. Steve swoją 80 tonową ciężarówką podwiózł nas do małej mieścinki Coolgadie czyli naszego początku przygody z outbackiem. Mieścinka wyglądała jakby była opuszczona, a wszystkie budynki nie były młodsze niż 50 lat. W jedynym sklepie udało nam się jeszcze kupić chleb i poszliśmy za miasteczko się rozbić. Idąc wzdłuż drogi zobaczyliśmy nasze pierwsze dzikie kangury, które stały w osłupieniu również się na nas gapiąc.
Ruszyliśmy dalej, gdy podjechał do nas w zdezelowanym samochodzie hipis który wyglądał jakby ćpał całą noc. Mimo, iż samochód miał cały zawalony usilnie chciał nas zabrać ze sobą. Wymieniliśmy się porozumiewawczym spojrzeniem z Krzysiem i słowem dziwak oznajmiłam mu, że nie mam ochoty jechać z hipisem więc grzecznie mu podziękowaliśmy i poczekaliśmy aż odjedzie by nie widział w którym kierunku poszliśmy. Faktycznie pełno tu wariatów…

Rozbiliśmy namiot, gdy już było kompletnie ciemno, więc gdy gotowaliśmy zupki, nad głowami mieliśmy drogę mleczną i miliony gwiazd w pełnej okazałości. Zasypialiśmy w praktycznie kompletnej ciszy, co jakiś czas przerywanej ujadaniem dingo gdzieś w oddali. Gdy wyszliśmy nad rankiem z namiotu wszystko było spowite w gęstej mgle. Spakowaliśmy mokry namiot i poszliśmy pustą drogą na skrzyżowanie skąd idealnie każdy mógł nas zobaczyć. Słońce powoli wschodziło ogrzewając zimne powietrze a my staliśmy, potem już leżeliśmy czekając na jakiekolwiek auto. Nagle podjechał nie wiadomo skąd. Zerwaliśmy się na równe nogi i po chwili jechaliśmy z nim na południe. po drodze mijaliśmy tylko drzewa, kangury, więcej martwych kangurów oraz wielkie słone, już teraz wyschnięte jezioro. Wyrzucił nas na stacji w Norseman i pognał dalej na południe. Przed nami była nasza najdłuższa prosta w podróży. Przez całą Australię. Z zachodu na wschód. Próbowaliśmy łapać stopa na wszystkie sposoby. Stać z napisem przy stacji, za stacją, pół kilometra dalej i w końcu zmusić się do pytania bezpośrednio kierowców. To ostatnie było najgorsze do przełamania. Nie dość, że było to dla mnie bardzo krępujące to jeszcze wszędobylskie muchy wchodzące do oczu i nosa nie ułatwiały zadania. Po jakiejś godzinie nagabywania kierowców podeszła do Krzysztofa, który siedział przy plecakach, pasażerka kampera i zaoferowała podwózkę. Dzięki Sarze i jej mężowi wyrwaliśmy się z zadupia by pojechać w jeszcze większe. Za oknem jednostajny krajobraz w postaci płaskiej ziemi porośniętej małymi krzaczkami i charakterystycznymi drzewami z szarą korą. Co jakiś czas mijaliśmy kangury, emu i orły zajadające padlinę na poboczu. Jechaliśmy razem cały dzień z jakieś 700 km i następnego dnia mieliśmy jechać dalej razem. Już mielismy wysiadać by rozbić namiot obok ich kampera, gdy zdecydowali, że możemy spać z nimi w środku. Poczęstowali nas jeszcze kanapkami i wpakowaliśmy się do ciepłych łóżek. Wyruszyliśmy dalej gdy było jeszcze ciemno. Kierowca tak zapieprzał, że gdy uderzył w kangura to usłyszeliśmy tylko huk i dźwięk rozbijanej lampy. Na najbliższym postoju szacowaliśmy straty i przy okazji pooglądaliśmy piękne klify. Przejechaliśmy przez granicę zachodniej Australi z Południową, gdzie normalnie sprawdzają czy nie przewozisz żadnych owoców i warzyw i dalej jechaliśmy przez outback. W końcu dojechaliśmy do Nullarbor (po łacinie – brak drzew), stacji tzw. roadhouse’u z motelem dla podróżnych. Miejsca po środku Australi, gdzie stojąc na środku drogi i patrząc w prawo czy lewo, nie ma nic. Istne pustkowie. Małżeństwo zostawiło nas w tym osobliwym miejscu. Wzieliśmy gorący prysznic, zjedliśmy i próbowaliśmy łapać dalej. Ruch był powalający a dodatkowo wiało i zachodzące słońce zabierało ze sobą jakiekolwiek ciepło. Praktycznie daliśmy za wygraną, gdy podeszła do nas filigranowa starsza pani i zaoferowała nam gorącą herbatę. Pogadaliśmy chwilę i zaoferowała nam jeszcze nocleg w jej motelowym pokoju, gdzie i tak miała dodatkowe łóżko. Nie mieliśmy się co namyślać, w danej sytuacji spadła nam jak z nieba. W pokoju było super przytulnie i ciepło. Robin okazała się aktywną 60 latką przemierzającą samotnie Australię na motocyklu w odwrotnym kierunku niż my. Super pozytywna babka nie dość, że nas ugościła to jeszcze ofiarowała nam trochę smakołyków na drogę. Wygrzani i wyspani podziękowaliśmy jej za pomoc i poszliśmy nagabywać kierowców. Po jakimś czasie przydreptał do nas kierowca ciężarówki i zaczął opowiadać swoją historię życia. Opowiadał o wszystkim i o niczym, Jak poznaliśmy już cały jego życiorys to dopiero dowiedzieliśmy się gdzie jedzie. Transportował dwa karawany i po chwili rozmowy na ten temat, nas też zdecydował się zabrać. Spędziliśmy z nim 3 dni. Jadaczka mu się nie zamykała i ciągle o czymś nawijał. Jedynie wieczorem trzeba było ciągnąć temat, gdy ten prawie przysypiał za kierownicą. My z Krzysiem noc spędzaliśmy w nowiuśkim kamperze, w którym było minimalnie cieplej niż w namiocie. Powoli dojeżdżaliśmy do cywilizacji, bo stacje z restauracjami zaczęły się przeradzać w małe mieścinki. Po drodze i tak przejechaliśmy z dwa kangury. Gdy minęliśmy pierwsze z większych miast Port Augusta, teren z płaskiego zmienił się w lekko górzysty i do kangurów i emu dołączyły kozy i owce. W końcu po 3 dniach rozstaliśmy się z Larrym w małej mieścince Dubbo. Znów stanęliśmy przy drodze , tym razem z napisem Sydney. Ostatni strzał i zrealizujemy założony wcześniej plan dotarcia do Sydney na Krzysztofowe urodziny. Staliśmy zajadając kanapki, gdy po jakiejś pół godzinie zatrzymał się ciemnoskóry mężczyzna z córką. Akurat jechali do Sydney. Przez co raz to większe miasteczka i przez Niebieskie góry w ciągu 3 godzin dojechaliśmy do jednej z dzielnic Sydney, Black Town. Do centrum dotarliśmy pociągiem. Udało nam się Coś co wcześniej wydawało nam się debilnie nierealne, właśnie się ziściło i to w 6 dni. Z Perth do Sydney przez outback. Kolejna niezapomniana przygoda.

Tagi: , , , ,

About Author

admin

Leave a Reply