Rajskie Tajskie Plaże. Krabi – Railay Beach

Krabi to typowo turystyczne miasteczko ze straganami, drogimi turystycznymi agencjami i zalewającymi to wszystko rzeszami turystów. Główny bazar wieczorem był tak zatłoczony, że poruszanie się od stoiska do stoiska było prawie nie możliwie. Miasteczko, białą świątynię i spacer wzdłuż Pak Nam można było zaliczyć w ciągu jednego dnia. Piękne plaże, krajobrazy i cała magia działy się jednak gdzie indziej. Lokalnym busikiem wybraliśmy się do Ao Nang położonym nad Morzem Adamańskim małym miasteczkiem z czystymi plażami, czystą ciepłą wodą i rajskim krajobrazem. Chcieliśmy jak najszybciej poczuć ciepły piasek pod stopami więc od razu udaliśmy się do hostelu by pozbyć się tobołów. Tajska księżniczka za kontuarem recepcji rzuciła fochem gdy przyszliśmy bez rezerwacji i zaczęliśmy tłumaczyć jej sytuację tak jak wcześniej w Hanoi. Finalnie zrobiliśmy rezerwację na bookingu i wtedy zaprowadziła nas do pokoju. Pokój mieścił z 10 osób i miał balkon z widokiem na ulicę i drogie hotele po drugiej stronie ulicy. Stąd na plażę mieliśmy z 10 minut. Okolica była pełna turystów, małych restauracyjek i kolorowych straganów. Wieczorem na ulice wychodziły poprzebierane w suknie balowe dragqueen zachęcające do oglądania ich egzotycznego show. Wyszła nam na dobre wcześniejsza wizyta w tanim Bangkoku, bo teraz nie rzucaliśmy się na wszystko jak pozostali turyści. Ceny były podobne do polskich więc zostawilibyśmy tu chyba majątek. Nie odmówiliśmy sobie natomiast wycieczki na Railay Beach – podobno jednej z najpiękniejszych tajskich plaż. Można było do niej dostać się jedynie szybką łodzią, więc z rana zasiedliśmy z resztą turystów do wątpliwej konstrukcji jednostki by po jakiś 20 minutach pływać w przeźroczystej wodzie. Musieliśmy jakoś zaplanować by zobaczyć jak najwięcej. Postanowiliśmy najpierw zmęczyć się na kajakach. Gość z obsługi wręczył nam nie przemakającą torbę gdzie wpakowaliśmy aparat i powiosłowaliśmy eksplorować okolicę. Woda była niesamowicie przejrzysta. Idealnie było widać małe ławice żółto czarnych rybek. Dzięki odpływowi mogliśmy wpłynąć do jaskini która normalnie była zalana. Otoczenie było tak zjawiskowe, że chcieliśmy to uwiecznić. Popełniłam jednak kuriozalny błąd i opuściłam kajak rozcinając sobie przy tym rękę o ostre skały. Zaniechaliśmy próby robienia zdjęć i powiosłowaliśmy w stronę kolejnej plaży. Na szczęście rana obmyta słoną wodą zaskakująco szybko się zagoiła. Na plaży piasek był tak biały, że aż raził w oczy. Istny raj na ziemi. Niebiańska plaża. Pozachwycaliśmy się i popłynęliśmy kajakiem, skacząc na falach zostawianych przez szybkie łódki z powrotem do wypożyczalni. Z buta już dostaliśmy się na plażę tuż przy świątyni z penisami. W internecie ludzie rozpisywali się oczywiście, że jest to miejsce „must see” ale na nas większe wrażenie zrobiła grota tuż obok. Ze sklepieniem wiszącym nas przejrzystą wodą. Na zmianę chłodziliśmy się w przyjemnej wodzie i smażyliśmy na bezlitosnym słońcu. Tuż przy plaży po drzewach rosnących na terenie jednego z resortów skakały czarne małpki, które robiły za dodatkową atrakcję. Głód i zmęczenie słońcem pomogło nam opuścić ten cudny raj i wrócić łodzią z powrotem do Ao Nang. Napełniliśmy brzuszki gotowym smażonym ryżem z 7 eleven a nasza skóra jeszcze skwierczała po całym dniu na słońcu gdy kładliśmy się spać.

Jeszcze parę dni nacieszyliśmy się tym rajem lecz w końcu przyszedł czas by wrócić do Krabi. Krzysztof znalazł nam przemiły nie drogi resort z basenem skąd mieliśmy bliżej do Jaskini Tygrysa, która była jako kolejna na naszej liście do zobaczenia. Jednak finalnie to nie jaskinia (która wyglądała sztampowo i zrobiona była jakby na pokaz) a świątynia Wat Tham Sena, położona na wzgórzu do której prowadziło jakieś 1200 schodów, zrobiła na nas o wiele większe wrażenie. Na szczycie lśniły 3 złote posągi Buddy i rozciągała się stąd piękna panorama całej prowincji. Słońce tak grzało, że wytrzymaliśmy tu jedynie z 10 minut i rozpoczęliśmy wędrówkę z powrotem w dół po bezlitosnych schodach.

Opuściliśmy Krabi łapiąc standardowo stopa. Zabrała nas mega pozytywna rodzinka. Nie dość, że poczęstowali nas ananasem to zaprosili na wspólny lunch. Podrzucili nas do miasteczka o nazwie Trang, skąd dalej już z miłym gościem prosto do Mae Khari, gdzie mieliśmy spotkać naszego kolejnego hosta.

Tagi: , , , , ,

About Author

admin

Leave a Reply