Kanaryjskie prądy

Wypłynęliśmy z mariny, podnieśliśmy żagle i w końcu popłynęliśmy. Lanzarote wyglądała z pokładu łódki znacznie okazalej. Wiatr wiał idealnie, fale nie były za duże. Płynęło się naprawdę przyjemnie. Tabletki też spełniły swoje zadanie bo o chorobie morskiej u mnie nie było już mowy. Po paru godzinach żeglowania dotarliśmy do Playa Blanca na południu wyspy. Rzuciliśmy kotwicę niedaleko plaży i rozkoszowaliśmy się wspaniałym wieczorem z widokiem na sąsiednią Fuerteventurę. Zapadła czarna noc i tylko światła miasteczek wyznaczały kontury wysp. Nad ranem ostatni raz pomachaliśmy naszej „ukochanej ” Lanzarote i obraliśmy kurs na Las Palmas. Ze stolicy Gran Canarii wypływały regaty pod nazwą ARC, do Sant Luci na Karaibach. Chcieliśmy zdążyć zobaczyć początek, który podobno co roku był dość spektakularny. Po rzuceniu kotwicy rozsiedliśmy się z lornetkami i z piwkiem w dłoniach wyczekiwaliśmy. Wokół nas było z 40 innych łódek. Nawet tuż obok nas byli Duńczycy, których pytaliśmy na Gibraltarze czy nie potrzebują załogi. Podziwialiśmy wypływające z mariny łódki, których było coraz to więcej. Gdzieś z głośników leciała muzyka, słychać było czasem jakieś wiwaty lecz w sumie nic specjalnego. W nocy na kotwicowisku tak nami rzucało, iż nie było mowy o śnie, więc trochę na wariackich papierach ruszyliśmy w kierunku Santa Cruz. Nie sądziliśmy, że łódką może aż tak rzucać dopóki nie wypłynęliśmy dalej na ocean. Prąd był niesamowicie silny do tego krótkie fale z prawej burty. O postawieniu żagla nie było mowy. Maszt latał z prawa na lewo z jakieś 90 stopni. Rzucało nami jak szmatami i myśleliśmy o tym tylko że zaraz zaleją nas fale.Kurczowo się trzymając próbowaliśmy jakoś przetrwać tą noc.

Krzysztof siedział za sterem całe 11 godzin aż do samej Teneryfy. My z dziadkiem usiłowaliśmy znaleźć sobie dogodne miejsce. Niestety Ronowi się nie udało. Przy jednej z większych fal zleciał ze swojego miejsca i rozwalił sobie ucho o krawędź wejścia pod pokład. Krewa się polała a my prawie dostaliśmy zawału. Wszystko co mogło pójść nie tak właśnie się wydarzyło. W końcu dotarliśmy do mariny Santa Cruz w niejednym kawałku. Obolali, wykończeni i niektórzy pokryci krwią padliśmy jak muchy. Wszyscy odsypialiśmy tą tragiczną noc.

Po tym co przeżyliśmy zaczęły nachodzić nas wątpliwości czy nie lepiej jednak samolotem. Szybko jednak nam przeszło. Nie po to pracowaliśmy te parę miesięcy by teraz się poddać.

Tagi: , , , , , , ,

About Author

admin

Leave a Reply