Siódmy cud Świata

Opuściliśmy pociąg wprost w łapy spragnionych turystów tuktukarzy. Razem z nami wychodziły setki ludzi, ale to na nasz widok błyszczały im oczy. Każdy z kolei oferował nam very cheap price, lokal price ale to dopiero za murami dworca znaleźliśmy chętnego na our price. Pojechaliśmy szerokimi, niezakorkowanymi ulicami w poszukiwaniu naszego hostelu. Szukaliśmy razem z kierowcą i innymi zapytanymi po drodze lokalsami, aż w końcu znaleźliśmy. Budynek wyglądał jak wszystko inne w Indiach. Ważne, że fasada była zrobiona a wszystko wokół mogło się walić. Miły pan z obsługi przyjął nas jak starych przyjaciół i zaznajomił z funkcjonowaniem restauracji. Wszystko w jego ustach brzmiało cudownie, lecz szybko przyszło nam zderzyć się z prawdziwą hinduską rzeczywistością. Hotel był w trakcie remontu i wszędzie pełno było gruzu i kurzu. Pokój wyglądał całkiem zacnie i w porządku do momentu, aż zmęczeni upałem rzuciliśmy się na łóżko. Naszym oczom ukazały się małe białe robaczki. Chodziły po całej pościeli. Od razu poprosiliśmy o zmianę. Coś tam poprzepraszali a nam zostało przymknąć oko. Dlaczego zostaliśmy tam na całe zarezerwowane 4 noce ? Bo wszystko mieszczące się w naszym skromnym budżecie było już pozajmowane. Pozostało nam się z tego wszystkiego tylko śmiać. Poszliśmy z głodu zobaczyć czy w restauracji też nas czymś zaskoczą. Na szczęście żarcie mieli pyszne i zdołali tym zrekompensować słaby początek, co prawda szybko wszystko psując usilnie zachęcając nas do zostawienia miłej opinii na Trip advisorze . Nie doczekanie.

Zapakowaliśmy aparaty i poszliśmy na miasto. Mieliśmy z kilometr do przejścia by zobaczyć sławny cud świata – Taj Mahal. Mając 4 dni w zapasie mogliśmy sobie wybrać ten z najlepszą pogodą by po kupieniu mega drogiego jak na Indie biletu, zobaczyć mauzoleum z bliska. Przed wysokimi murami z czerwonego piaskowca Hindusi mieli swoje liczne kramiki i restauracje z nieodzownymi naganiaczami, z którymi nie raz dochodziło do śmiesznych przepychanek słownych. Krzysztof każdemu, który nie chciał dać za wygraną, chciał sprzedać butelkę wody by pokazać im, że tak samo potrzebuje ich produktów jak oni jego wody. Tuż przy samych murach okalających mauzoleum skręciliśmy w prawo w ścieżkę wiodącą ku rzece Jamunie. Sama rzeka była podobno jedną z najbardziej zanieczyszczonych na świecie i oczywiście była święta jak wszystkie rzeki w Indiach. Z nad tej rzeki przyszło nam też po raz pierwszy zobaczyć oblicze Taj Mahal. Piękny, czysty budynek górował majestatycznie nad resztą świata. Narobił nam apetytu na więcej.
Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy na zwiedzanie Agry. Wymyślnymi dróżkami, przeważnie bardzo zatłoczonymi kroczyliśmy w kierunku Czerwonego Fortu. Im bardziej się oddalaliśmy tym mniej mijaliśmy turystów, więc jeszcze bardziej byliśmy oblegani przez rikszarzy i tuktukarzy. Tuż pod samym Fortem tętniło życie wokół straganów. Byli turyści, hindusi, krowy, psy a nawet małpy usiłujące ukraść coś dla siebie ze stoisk z owocami. Istny chaos w indyjskim wydaniu. Zobaczyliśmy Fort z zewnątrz i z zimną pepsi w rękach, czym prędzej znaleźliśmy transport z tej skwierczącej patelni. Pojechaliśmy na drugą stronę rzeki pod park Mehtab Bagh, gdzie można było chodząc po zapewne pięknym ogrodzie podziwiać Taj Mahal. My jednak by uniknąć absurdalnie wysokiej opłaty za wejście do owego ogrodu, poszliśmy wzdłuż płotu w mniej uczęszczaną uliczkę. Od razu przyciągnęliśmy też grupkę młodocianych sprzedawców durno- pierdołek własnej roboty, którzy szli w krok za nami. Do punktu widokowego dotrwał jednak tylko jeden z nich i uparcie nie dał się spławić. Widok na Taj Mahal z tej strony był niesamowity. Kontemplowaliśmy go przy akompaniamencie ciągłego słowotoku małego Hindusa. Usilnie chciał nam coś sprzedać i wmówić, że przecież jak jesteśmy z Ameryki to dla nas to są grosze. My jednak byliśmy nie do zdarcia i w końcu zawiedziony opuścił nasze urocze towarzystwo. Brzeg rzeki był otoczony drutem kolczastym i gdy zbliżyliśmy się do niego za bardzo, by zdobyć lepsze ujęcia aparatem to od razu znikąd wyskoczył policjant by zrobić nam przesłuchanie. Krzysztof z wrażenia nawet się zapomniał i na pytanie o kraj pochodzenia odparł Wietnam, tak jak to wcześniej wmawialiśmy wszystkim Hindusom. Na szczęście pan władza nie należał do oczytanych i tylko patrzał się na nas. W końcu czując, że jesteśmy tu nie mile widziani poszliśmy poszukać kierowcy, który nas stąd zabierze. Przy postoju było ich kilku i od razu rzucili się na nas jak na świeże mięso. Z żadnym z nich nie udało się wynegocjować racjonalnej kwoty, więc zdecydowaliśmy się pójść z buta. Dzielnica nie należała do najweselszych w dodatku zdecydowanie zwracaliśmy na siebie uwagę. Nawet przypałętała się do nas grupka jakiś gówniarzy, którzy nie bardzo chyba mieli pojęcie o prywatności osobistej i za bardzo interesował ich mój plecak. Krzysztof warknął do nich po angielsku i rozpierzchli się na wszystkie możliwe strony. Automatycznie przyspieszyliśmy kroku. Szliśmy między chatkami zbudowanymi z byle czego bez oczywiście zachowania jakichkolwiek zasad fizyki. Całe życie (łącznie z toaletą) tutejszej społeczności toczyło się wzdłuż ulicy. Przykro było na to patrzeć, więc po prostu szliśmy przed siebie starając się nie łapać z nikim kontaktu wzrokowego. Dotarliśmy w końcu do głównej drogi i przeszliśmy przez most, pod którym kąpało się stadko krów. Przedostaliśmy się na drugą stronę miasta i od razu złapaliśmy tuktuka za śmiesznie niską cenę. Wysiedliśmy tuż przy zachodniej bramie prowadzącej do mauzoleum i udaliśmy się do jednej z tych knajpek, które szczyciły się, że, jako jedyne posiadają wyjątkowy widok z góry na ten cud architektoniczny.

Trafiliśmy idealnie z wyborem dnia zwiedzania największego skarbu Agry. Niebo było niebieskie i wyjątkowo przejrzyste, wiał lekki wiaterek a słońce prażyło tylko odrobinę. Ubraliśmy się godziwie, wzięliśmy tylko dozwolone rzeczy i uzbrojeni w bilet wstępu ruszyliśmy na mauzoleum. Taj Mahal był znakiem rozpoznawczym Indii. Nie można było wyjechać z tego kraju i nie zawitać do Agry. Został wzniesiony na polecenie Szahadżahana – muzułmańskiego władcy, dla upamiętnienia swojej ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła podczas wydawania na świat ich 14 dziecka. Taj Mahal był istnym pięknem i niesamowicie wyróżniał się na tle reszty Indii. Przechodziliśmy się po okalających go ogrodach, co chwilę robiąc zdjęcia ze wszystkich możliwych stron. W środku mauzoleum również wyglądało olśniewająco, niestety tego już nam uwiecznić nie pozwolono. Biały marmur mienił się małymi pomarańczowymi kwiatuszkami zrobionymi z kamieni szlachetnych, które podobno nocą świeciły się w ciemności.

Pełni zachwytu wróciliśmy na ulice Agry. Podążyliśmy w kierunku wskazanego nam przez mapy gogle centrum handlowego. Chcieliśmy zrobić zapasy na dalszą podróż, więc szliśmy główną drogą, wśród tumanów kurzu, wypatrując neonów. Trafiliśmy. Główny punkt – McDonald był oblegany przez tłumy, lecz gdy weszliśmy do środka centrum handlowego zastaliśmy jedynie puste powybijane witryny, walające się śmieci i przytłaczającą pustkę. W Indiach wszystkie centra handlowe tak wyglądały. Jakby ktoś miał chęci, ale mentalność ludzi wokół sprowadziła go szybko z powrotem na zakurzoną ziemię.

Odeszliśmy z niczym. Jedynie potem w sklepiku na rogu kupiliśmy Tangi by nie pić ciągle tylko wody no i standardowo ciastka. Granaty, które dostaliśmy u przydrożnego sprzedawcy niestety nadawały się tylko do wyrzucenia. Czuliśmy, że już wystarczająco nacieszyliśmy się Agrą. Pozostało nam jedynie uzupełnić zapasy lekarstw, a w szczególności elektrolitów, bo nie chcieliśmy się przy naszej słabo rozwiniętej diecie nabawić jakiegoś choróbska. Spytaliśmy lokalnego sklepikarza gdzie znajdziemy aptekę, a ten w odpowiedzi machnął ręką jedynie gdzieś w bliżej nieokreślonym kierunku. Przeszliśmy wskazaną uliczkę dwa razy tam i z powrotem, lecz nic nam nie wyglądało na cokolwiek, co mogłoby być apteką. W końcu podeszliśmy do jednej z budki, przy której stało więcej ludzi, a na nasze pytanie o aptekę sklepikarz krótko i ochoczo zapytał co podać. Byliśmy w głębokim szoku. Rzekomy aptekarz raz dwa podał nam to, co było nam potrzebne, a stojący obok Hindus podający się za lekarza dodatkowo zatwierdził nam, jakość leków, przy okazji biorąc nas za Rosjan. Indie chyba nigdy nie przestaną nas zaskakiwać.

Z samego rana spakowaliśmy nasz dobytek i jak zwykle poszliśmy szukać tuktuka. Długo nie musieliśmy krążyć jak tuktuk sam nas znalazł, a Krzysztof mistrzowsko z miną pokerzysty zbił cenę za przejazd do tej korzystnej dla nas. Mimo młodej godziny na dworcu już były tłumy. Niektórzy jeszcze spali na porozkładanych matach i kocykach a my lawirowaliśmy między nimi w poszukiwaniu naszego wagonu. Mokre chusteczki wpierw poszły w ruch i zajęliśmy swoje miejsca by spędzić tak parę godzin gapiąc się na krajobraz za oknem.

Kolejne miejsce miało być tylko naszym chwilowym przystankiem. Do Jaipuru – stolicy Radżastanu dotarliśmy po południu i od razu odczuliśmy na sobie palące słońce. Mogliśmy oczywiście pojechać zobaczyć wspaniały Pałac Wiatrów jednak zamiast tego wybraliśmy rozłożenie się na trawie w parku wprost pod wielką łopoczącą na wietrze flagą Indii. Prosto z pociągu poszliśmy wpierw poszukać czegoś do jedzenia. Sławna hinduska kuchnia była dla nas nie uchwytna w tym mieście, więc pozostał nam McDonald i Domino Pizza. Po miłym popołudniu w parku przyszedł mniej przyjemny wieczór. Powoli dreptaliśmy w kierunku dworca, lecz na swojej drodze zaczęliśmy mijać coraz więcej niepewnych szumowin. Intuicja jasno biła na alarm, że trzeba się jak najszybciej ewakuować. Jak na złość żaden tuktuk nie chciał się zatrzymać, dopiero policjant kierujący ruchem musiał zrobić to za nas, dzięki czemu raz dwa dotarliśmy na pociąg. Chwilę przed północą pojechaliśmy dalej. Znów kłótnie o miejscówkę, rozgardiasz i pociągowi sprzedawcy.

Miasto Śiwy i święty Ganges

Znów znaleźliśmy się w centrum indyjskiego chaosu. Kurz, brud, korki i roztrąbione klaksony. I upał. Niemiłosierny skwar, który sprawiał, że nasze ciała automatycznie zlały się potem. Kierowca jeepa złapał nam od razu tuktuka w lokalnej cenie i pojechaliśmy prosto na dworzec kolejowy. Zajęło nam to trochę, bo głównie staliśmy w korku, ale i tak mieliśmy jeszcze z 3 godziny w zapasie. Przeszliśmy przez zatłoczony dworzec odganiając żebrzące dzieci i zajęliśmy miejsce naprzeciwko wielkiego cyfrowego zegara. Obserwowaliśmy dworcowe życie. Biegające psy i szczury, żebrzące dzieci, przenoszących towar przez tory tragarzy i sprzątaczy dworca. Powoli schodzili się Hindusi i rozkładali swoje szmatki by spokojnie na środku dworca uciąć sobie drzemkę. Nasz pociąg nie przyjechał o czasie. Wpierw spóźnił się 3 godziny, potem 6 w końcu łącznie na dworcu spędziliśmy 12 godzin. W mieście w środku nocy nie było gdzie się podziać, więc został nam jedynie dworzec. Siedzieliśmy patrząc tępo w dal i czekaliśmy na cholerny pociąg. Co jakiś czas robiliśmy sobie spacer pod główny rozkład jazdy by sprawdzić czy nic się nie zmieniło. Po czym znów wracaliśmy na wygodniejsze miejsce. Po godzinach spędzonych przez nas kompletnie bezsensownie w końcu przyjechał nasz transport. W środku nocy. Padliśmy na prycze i od razu zasnęliśmy. Obudził nas piekarnikowy skwar. Byliśmy cali mokrzy. Wiatraki przestały działać, więc w pociągu wręcz powietrze stało. Nawet z Hindusów się lało. Staraliśmy się przyjąć sytuację na klatę i nie wpaść w złość. Leżeliśmy na pryczach starając się nie zemdleć z gorąca i braku tlenu i modliliśmy się, żeby to się już wszystko skończyło. Po 15 godzinach w tej blaszanej saunie w końcu wywaliliśmy się z pociągu w sławnym Waranasi. Był już wieczór, gdy tuktukiem dotarliśmy do hostelu. O dziwo bezsilność i zmęczenie przerodziły się w obojętność. Tuktukarz puścił na cały regulator jakiś hindi dubstep i zaczęliśmy się wygłupiać w najlepsze. Z właścicielem hostelu mieliśmy po tym nawet siłę przejść się nad rzekę Ganges, bo ten usilnie chciał nam pokazać rzekę. Myślał, że znalazł frajerów, którym wciśnie jakąś wycieczkę. Próbował to nam zresztą zrobić przez cały nasz pobyt.

Poszliśmy zwiedzać miasto. Oczywiście wpierw udaliśmy się nad święta rzekę by zobaczyć ją przy świetle dziennym w pełnej krasie. Akurat zawitaliśmy w mieście, gdy poziom rzeki był wysoki, a nurt tak silny, że planowana przez nas przeprawa łódką była niemożliwa. Chcieliśmy zobaczyć słynne ghaty – czyli schody prowadzące do rzeki gdzie wierni dokonują oczyszczających kąpieli, medytacji czy też żegnają się ze zmarłymi bliskimi rozsypując ich prochy do świętej wody. Zostało nam jedynie obserwować te wszystkie ceremonie prosto z na wpół zalanych schodów. My chcieliśmy robić zdjęcia kąpiącym się Hindusom, ale to w zamiar oni podchodzili i chcieli mieć zdjęcia z nami. Nie ukrywam ciężko było pozować czując ściekającą po ramieniu wodę z Gangesu, bo przecież trzeba było się przytulić do białego turysty.

Błądziliśmy po klaustrofobicznych uliczkach Waranasi, co chwilę zachodząc pod rzekę i szukając jak najlepszego widoku. Tam atakowali nas sprzedawcy paszmin i jakiś koralików oraz krowy, których było tu pełno. Myśleliśmy, że bardziej brudnego miejsca na świecie nie ma ale Waranasi bezapelacyjnie zajmowało w tym pierwsze miejsce. Drogi były tak zaminowane przez krowy, że przejście na czysto było niemożliwe, a na widok Niemców chodzących boso robiło nam się niedobrze. Co turyści zachwalający to miejsce w nim widzieli nie byliśmy w stanie pojąć, tym bardziej widząc tu jedynie intratny turystyczny biznes pod przykrywką świętości. No co kto lubi i w co kto wierzy.

Wieczorem przy rzece można było zobaczyć wielkie snopy iskier strzelające w górę. Były to paleniska, na których martwi już wierni Hindusi przechodzili swoją ostatnią drogę i przemieniali się w popiół, później przez bliskich rozrzucany w Gangesie. O dziwo nie było czuć zapachu palonego ciała, a na pewno je palili, bo widzieliśmy jak nieśli zapakowane w kolorowe szmatki ciało. Zaczęło się wokół nas zbierać coraz więcej gapiów, więc zwyczajnie się stamtąd ulotniliśmy. Opuszczaliśmy Waranasi z kolejnym pakietem indyjskich doświadczeń. Pożegnaliśmy nachalnego właściciela hostelu i poszliśmy w kierunku dworca. Było sakramencko gorąco, więc podjechaliśmy trochę tuktukiem i podeszliśmy do czegoś, co wyglądało jak centrum handlowe. Mieliśmy nadzieję na lody z McDonalda, ale akurat coś się wydarzyło i zleciało się pełno ludzi, wszędzie była policja i wszystko pozamykali. Nam nikt nie był w stanie powiedzieć co tu się właściwie dzieje. Po chwili daliśmy za wygraną i poczłapaliśmy prosto na dworzec. Obładowani w ciastka i wodę wpakowaliśmy się do pociągu i rozpoczęliśmy nasz rytuał przygotowania pryczy, czyli po prostu nawilżające chusteczki poszły w ruch. Cały tłum (a stacja była niemożliwie przepełniona) też zaczął się ładować do wagonów i przy ogromnym chaosie odbyło się zajmowanie miejsc. Bez kłótni się nie obeszło. Zaraz po tym jak ruszyliśmy pojawiły się hijra – czyli mężczyźni poubierani w kolorowe sari do złudzenia wyglądający jak kobiety. Z powkładanymi już banknotami rupi między palcami u rąk machali nimi w teatralny sposób i chodząc po całym pociągu napastowali mężczyzn charakterystycznie przy tym strzelając palcami. Napastowani mężczyźni rzadko rzucali jakimś groszem, ale za to kobiety chętnie za co dostawały błogosławieństwo. Pojawiły się też kaleki, które czołgając się przez korytarz z miotełką wyciągali do pasażerów rękę po drobne. Przechodzili też obwoźni handlarze z popularną herbatą, samosą i bóg jeden wie czym jeszcze. Obserwowałam to wszystko z górnej pryczy, aż w końcu dopadło mnie znużenie. Po jakichś 15 godzinach dojechaliśmy na miejsce. W Gwaliorze przywitał nas deszcz. Musieliśmy zaniechać wędrówki z buta i wzięliśmy tuktuka. Hostel wyglądał na całkiem w porządku, choć musieliśmy poprosić o włączenie prądu. Chyba byliśmy jedynymi gośćmi. Zatrzymaliśmy się w Gwaliorze głównie po to by odpocząć w drodze do kolejnego miejsca, ale jak się okazało było warto. Mieszkaliśmy tuż obok Fortu, więc gdy tylko się rozpogodziło poszliśmy zwiedzać. Już przy samym wejściu przy bramie Urvai przywitały nas potężne posągi wyryte w skale, patrzące złowrogo pustym wzrokiem. Wyglądały naprawdę imponująco, a największy z nich miał prawie 18 metrów wysokości. Podobno wzdłuż wzgórza Gopachal na którym wznosi się Fort znajduje się około 1500 posągów. Wszystkie, które widzieliśmy wyglądały na wyryte z wielką dokładnością. Z samego Fortu rozpościerał się widok na całe miasto. Poszliśmy się przejść na spacer zwiedzając przy okazji świątynie. Jakoś niechcący ominęliśmy budkę z biletami i nie mogliśmy wejść do środka świątyni Telika Mandir i Sas Bahu ale z zewnątrz kompletnie nam wystarczyły. Skwar lejący się z nieba ułatwił nam decyzję o zakończeniu zwiedzania, więc uciekliśmy do pokoju w poszukiwaniu cienia. W końcu jutro też jest dzień.

Kolejny jednak rozpoczął się nieco dżdżyście. Mimo to nie chcieliśmy dawać za wygraną i zwiedzaliśmy dalej. Przeszliśmy się wzdłuż Fortu przez niemożliwie zabłocone uliczki Gwalioru. Drogi asfaltowej praktycznie tu nie było. Skończyliśmy oglądać grobowiec Mohammada Ghaus’a gdy z nieba lunęło srogim deszczem. Przeczekaliśmy chwilkę pod jakąś świątynią, po czym zaczęliśmy dalej brodzić w błotku w stronę hostelu. Brudna woda z ulicy pryskała w każdą stronę, więc gdy doszliśmy do centrum handlowego wyglądaliśmy jakbyśmy tarzali się w gównie. Dzięki bogu, że tu w toaletach mają sikawki, więc mogliśmy się przed pójściem zjeść doprowadzić do względnego porządku. Z pełnymi brzuchami poszliśmy obejrzeć jeszcze jedną świątynię. Początkowo chcieliśmy tego zaniechać wykończeni deszczem, ale ostatecznie okazało się, ze byśmy tego żałowali. Świątynia znajdowała się na wschodniej ścianie fortu i tez składała się z wyrytych w skale posągów. O wiele bardziej imponujących i lepiej zachowanych niż te, które widzieliśmy przy bramie Urvai. Przyciągała tez o wiele więcej turystów, którzy standardowo chcieli sobie robić z nami zdjęcia.

Gwalior był ciekawym przystankiem w naszej podróży przez Indie. Po wypiciu kolejnej masala chai na śniadanie przyszło nam jednak wsiąść do tuktuka by nim prosto pojechać na dworzec. Kolejny pociąg, setki kilometrów i droga w nieznane.

Podróż życia i trzeci największy szczyt świata. Darjeeling.

Znaliśmy już to lotnisko. 4 miesiące temu wylatywaliśmy stąd do Australii. Tym razem też czekała nas przygoda, kto wie może nawet bardziej ekstremalna, bo lecieliśmy do Indii. Na lotnisku wiedzieliśmy już gdzie będziemy spać i jeść. Musieliśmy tylko jakoś zapełnić ten czas.

W końcu wybiła nasza godzina i poszliśmy się odprawić. Bagaże, paszporty i kontrola, czyli standard. Jedynie miny ludzi (a byli tam sami Hindusi), z którymi wchodziliśmy przez bramki już do samolotu były bezcenne. No, bo, po co Ci biali lecą do tak nie turystycznego miejsca jak Visakhpatnam. Odpowiedź: Tanie bilety. Ten lot, po krótce zobrazował nam, czego mogliśmy się spodziewać po Indiach. Gapiący się ludzie, kłócący pasażerowie, płaczące dzieci i dziwny zapach w powietrzu.

Lotnisko było stosunkowo małe, ale i tak pędziliśmy przez nie by jak najszybciej przejść przez odprawę i znaleźć jakiś transport na dworzec kolejowy. Na wszystko mieliśmy tylko albo aż 2 i pół godziny. Po wypisaniu na szybko dokumentów i odczekaniu w kolejce w końcu odebraliśmy paszporty z wbitą wizą. Jeszcze szybka wymiana pieniędzy po super niekorzystnym kursie i wypad na miasto. Tylko przekroczyliśmy drzwi to uderzyła w nas porównywalna do basenu wilgotność. Było już ciemno i musieliśmy znaleźć tuktukarza, który nas nie oszwabi. Odganialiśmy wszystkich stojących zaraz przy lotnisku i pocisnęliśmy w kierunku głównej drogi. Tam w tumanach kurzu udało nam się zagaić gościa, który załatwił nam lokalną kwotę za przejazd. Jechaliśmy w kierunku dworca wśród tego całego chaosu na ulicy. Naczytaliśmy się wcześniej różnych ciekawych rzeczy, więc mieliśmy oczy wokół głowy. Mieliśmy jeszcze trochę czasu w zapasie, więc poszliśmy do wskazanego przez lokalsów miejsca by kupić wodę. Nie kłamali. Nasz pociąg przyjechał o czasie. Zajęliśmy swoje prycze i próbowaliśmy przespać pierwszą noc w indyjskim pociągu. Obudziliśmy się cali i nie okradzeni. Przetrwaliśmy nasz pierwszy indyjski pociąg i dotarliśmy do mieściny o wdzięcznej nazwie Bhubaneswar.

Jednodniowy przystanek w dalszej drodze na północ. W planach było zwiedzanie świątyń, lecz Bhubaneswar zgotował nam szokujące doznania. Nie odpuszczały nas ani na chwilę wianuszki babuszek i matek z dziećmi błagające o parę drobnych. Wśród tumanów kurzu z coraz bardziej skwaszoną miną staraliśmy się nie dać rozjechać szalonym kierowcom. Mijaliśmy zdechłe zwierzęta, bez jakiegokolwiek zainteresowania przechodniów leżące z pustymi oczodołami i wnętrznościami już nie wewnątrz. Przy licznych wysypiskach wzdłuż głównej drogi masa krów umiejętnie rozprawiała się z foliowymi torebkami by dotrzeć do pożywienia a tuż obok Hindusi prowadzili swoje knajpki, sklepy i inne biznesy. Gdy w końcu dotarliśmy zdewastowani do hostelu musieliśmy dwa razy wziąć prysznic, bo brud był wręcz niemożliwy do zmycia. Z niepocieszeniem wróciliśmy znów na ulicę by dostać się do (o dziwo) centrum handlowego by coś zjeść.

Wyspaliśmy się wyśmienicie. Przeszliśmy pustymi ulicami na dworzec. Nakupowaliśmy słodkości i wskoczyliśmy w nasz dwudziesto paro godzinny pociąg do New Jalpaiguri. W Indiach standardem jest nad programowa ilość pasażerów, przez co było głośno jak na stadionie, a nie liczni posiadacze biletów musieli wykłócać się o swoje miejsca. My byliśmy twardzi i z groźnymi minami zawsze zajmowaliśmy swoje miejsca. Nie jedni próbowali cwaniakować i pokazać białym turystów gdzie ich miejsce, ale Krzysztof walczył jak lew. To znaczy powiedział raz a Hindusi dawali od razu za wygraną. W New Jalpaiguri dopadł nas deszcz, w którym przez jakąś godzinę przyszło nam chodzić i szukać kierowcy, który nas za ludzkie pieniądze przewiezie jeepem. Obeszliśmy cały parking. Wszyscy kierowcy mieli za mało pasażerów, a ruszali dopiero jak mieli pełny wóz. W końcu zahaczył nas ten, któremu brakowało tylko dwóch do kompletu. Przejechaliśmy przez miasteczko równie urokliwe co poprzednie, później przez teren wojskowy i krętą drogą pod górę. Liczne zawijasy, dziurawa droga i szybkie manewry kierowcy wywróciły nam żołądki na lewą stronę. Widoki za oknem jednak rekompensowały trudy podróży. Wjechaliśmy ponad chmury i ukazał nam się himalajski krajobraz. Na wąskiej drodze mijały się liczne jeepy, dzieci w mundurkach wracające ze szkoły i roztrąbione skutery. Całą drogę towarzyszyło nam słońce, ale już na samej górze miasteczko było spowite gęstą mgłą. Kierowca zrzucił nam z dachu jeepa nasze tobołki i ruszyliśmy w poszukiwaniu naszego hostelu. Minęliśmy wieżę zegarową w starym kolonialnym stylu i weszliśmy w wąską dróżkę, miedzy dwoma budynkami, prowadzącą po schodach w górę. Trochę pobłądziliśmy, lecz w końcu jakoś trafiliśmy. Hostel górował nad miastem, a z wielkiego okna mieliśmy piękny widok na Darjeeling i okoliczne wzgórza.

Pogoda jak to w górach zmieniała się parę razy na dzień a szczególnie tutaj na 2140 m n.p.m. Po chwili na ogarnięcie ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka a w konkretnie jego kulinarnych możliwości. Zawitaliśmy do ładnie wyglądającej, drewnianej knajpki gdzie spróbowaliśmy wyśmienitego chowmaina i chińskich pierożków momo. Praktycznie w każdej knajpce można było dostać indyjskie i chińskie potrawy. Zwiedzając miasteczko człowiek czuł jakby przeniósł się w czasie. Większość budynków pamiętało czasy kolonialne a mieszkańcy nosili wymieszane współczesno – tradycyjne ubrania. Sama sławna kolejka wąskotorowa wyglądała jak istne wehikuł czasu. Miejsce to wyglądało zupełnie inaczej niż reszta Indii. Ludzie nie byli nachalni, nikt nie żebrał i wokół panował porządek. Panowała tu przyjazna górska atmosfera a jedyny chaos istniał na głównym targu tuż obok postoju dla jeepów i busików. Po spróbowaniu lokalnej herbaty, z której słynie region przeszliśmy przez zamglone miasteczko do Zoo Padmaja Naidu Himalayan Park, gdzie w jednym miejscu mogliśmy podziwiać rezydentów lokalnych wzgórz i lasów. Pierwszy raz widzieliśmy, jaka i tygrysa bengalskiego. Mimo, że park dobrze pamiętał lata 60 to był zaprojektowany tak by odwiedzający mogli spojrzeć na zwierzęta z góry nie mącąc im spokoju w ich obszernych wybiegach.

Do Darjeeling przyjechaliśmy jednak z zupełnie innego powodu. Naszym celem było zobaczyć Himalaje i trzeci, co do wielkości szczyt świata. Prognoza pogody niestety nie zwiastowała, że uda nam się spełnić to małe marzenie. Z nadzieją też, co jakiś czas spoglądaliśmy przez okno naszego pokoju w kierunku szczytu. Okazało się, że Himalaje nagradzają ranne ptaszki. O 5 rano wybudziłam się ze snu i z automatu spojrzałam przez okno. Miało lać, a ukazało mi się niebiesko różowe niebo. Jedną ręką przecierałam oczy z niedowierzania a drugą już szarpałam Krzysztofa krzycząc by się obudził. Po chwili siedzieliśmy w osłupieniu z twarzą przy szybie patrząc na Kanchendzongę. Ubraliśmy się w sekundę, zabraliśmy aparaty i wręcz wybiegliśmy z hostelu wpierw brutalnie budząc właścicieli by otwarli nam bramę. Nie mogliśmy stracić tak wyjątkowego momentu. Pobiegliśmy na punkt obserwacyjny niedaleko monastyru. Górę jeszcze pochłaniały małe obłoczki, ale szybko przeganiały je ciepłe promienie słońca. W pełnej okazałości widzieliśmy Kanchendzongę wraz z otaczającymi ją szczytami. Niby gdzieś w oddali był też Everest, ale nam laikom ciężko było określić, który to. Łaskawa pogoda pozwoliła nam na parę godzin podziwiania ośnieżonych szczytów. Czasem jedynie obraz tracił ostrość przez łzę wzruszenia. Zjedliśmy na śniadanie słodkie bułeczki, kupione dzień wcześniej, nie spuszczając z oka pięknych Himalajów. W końcu przyszły chmury, które na resztę dnia przyniosły deszcz. Z czystym sumieniem jednak mogliśmy spędzić resztę dnia w pokoju oglądając indyjska telewizję.

Dzień przed wyjazdem przez miasteczko znów płynęła gęsta mgła. Poszliśmy, więc zwiedzić buddyjska świątynię. Wszędzie pełno było porozwieszanych tradycyjnych tybetańskich flag modlitewnych, które nadawały miejscu mistyczny klimat. Zakręciliśmy modlitewnymi młynkami i ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z jednym z mnichów. Resztę czasu szwendaliśmy się uliczkami Darjeeling. Z samego rana znów przyszło nam szukać jeepa. Raz dwa zgarnął nas kierowca jadący do Silliguri z powrotem na niziny. Z powrotem do normalnych Indii.

Pierwsze wejście w mroku

Dobiliśmy brzegu wyspy Jawa. Szybkim krokiem przeszliśmy przez grupkę naganiaczy, aż dotarliśmy do głównej drogi. Ponownie musieliśmy znaleźć tanie bemo do miasta Banyuwangi, bo oczywiście fakt, że port jest w Banyuwangi to nie znaczy, że jest on w mieście. Po jakimś czasie znaleźliśmy kierowcę który nas nie oszwabi i dotarliśmy do miasta. Powolutku dreptaliśmy sobie w kierunku naszego hostelu przy okazji zatrzymując się w jednej z niewielu rozsądnie wyglądających knajpek by w końcu zjeść nasz pierwszy posiłek tego dnia (a była już 15). Nasz hostel był dość oddalony od ścisłego centrum, więc już pierwszego dnia zdążyliśmy miasto zwiedzić.

Naszym główny celem był jednak wulkan Ijen. Wulkan wznoszący się na wysokość 2799 m n.p.m. z najwyżej położonym kwasowym jeziorem na świecie. W internecie znaleźliśmy korzystną ofertę transportu pod wulkan w jednym z hosteli i od razu wybraliśmy się do nich by dobić targu. Podekscytowani próbowaliśmy się jeszcze przespać przed trekkingiem. Kierowca mini vanem podjechał po nas około północy już z inną parką w środku. Jechaliśmy przez prawie puste miasto. Później trasa zaczęła prowadzić pod górę i krętymi drogami wjeżdżaliśmy pod wejście do parku narodowego. Tak jak wcześniej nam powiedziano na górze było dość zimno, więc poubieraliśmy się, wręczone zostały nam maski przeciwgazowe i latarki i ruszyliśmy za przewodnikiem w górę. Szaleniec pędził na złamanie karku a wszyscy pobiegli za nim zostawiając nas w tyle. Nie przyjechaliśmy tutaj na jakieś wyścigi tylko żeby cieszyć się chwilą, więc szliśmy pasującym dla nas tempem. Turystów wchodzących w tym samym czasie co my było dziesiątki. Wchodząc w górę, za sobą i przed widzieliśmy tylko świecące lampy latarek, jedna za drugą jak na choince. Nadawało to całej wspinaczce pewną magiczną atmosferę. W końcu zbliżyliśmy się do krateru i samodzielne oddychanie bez maski stało się niemożliwe. Wielkie kłęby siarkowego pyłu otuliły nas i pokryły nasze ubrania i skórę. Dotarliśmy do skraju krateru skąd czekała nas mozolna wędrówka w dół. Było ślisko i bez dobrej widoczności dość niepewnie. Dym wydobywał się z jednego punktu w kraterze, gdzie też skupiał się cały żółty kryształ siarki, a tuż obok nad malutkim kraterem unosił się niebieski ogień. Wyglądał jak płomień z gazowej zapalniczki i w tak dużej ilości robił wrażenie. W głębi krateru podobno rozpościerało się dość sporej wielkości jezioro, lecz po ciemku byliśmy w stanie zobaczyć tylko brzeg czarnej otchłani z siarką leżącą wzdłuż i oparami unoszącymi się nad jeziorem. Czytaliśmy wcześniej o robotnikach którzy pracują tu w tych piekielnych warunkach wydobywając siarkę, ale jedynie widzieliśmy paru, którzy sprzedawali figurki z siarki i pozowali do zdjęć. Był to dzień świąteczny więc może reszta miała po prostu wolne? Zbliżał się świt i musieliśmy zdążyć na wschód słońca, a idąc z maską na twarzy wspinaczka z powrotem na górę do najłatwiejszych nie należała. Gdy dotarliśmy na szczyt już było jasno. W końcu mogliśmy zobaczyć jak wygląda wnętrze w całej swojej okazałości. Jezioro miało przepiękny turkusowy kolor a wstające słońce pomalowało szczyty sąsiednich wulkanów na różowo i fioletowo. Widok ze szczytu Ijena zapierał dech w piersiach. Po chwili siarkowy dym zgęstniał i przysłonił wszystkie widoki co dało nam też znak, że trzeba wracać. Teraz mogliśmy zobaczyć naszą nocną trasę za dnia i spokojnie zejść bez użycia maski. Na parkingu czekał nasz kierowca i o dziwo nasza grupa przyszła długo po nas. Wycieczka miała w planie jeszcze wodospad, ale zgodnie z drugą parą zdecydowaliśmy, iż jesteśmy tak śpiący i zmęczeni, że jedyne o czym marzymy to łóżko. No i oczywiście prysznic by zmyć z siebie cuchnącą siarkę. Byliśmy zmęczeni lecz było to zmęczenie najlepsze z możliwych. Nocne wejście na wulkan było kolejnym z niesamowitych doświadczeń w naszej podróży i zobaczyliśmy tym samym najlepsze co wyspa Jawa ma do zaoferowania.

Z samego rana panowie z hostelu podrzucili nas wraz z innymi turystami do portu. W przeciwieństwie do reszty my skierowaliśmy swoje kroki w stronę dworca kolejowego. Wydrukowaliśmy wcześniej zakupiony bilet i czekaliśmy na swój pociąg w klimatyzowanej hali indonezyjskich kolei. Przyjechała nasza maszyna i zaskoczyła nas swoją czystością. Co chwilę chodzili sprzątacze oraz stewardzi (tak! jak w samolocie) którzy sprzedawali napoje i przekąski. Można było nawet dostać ciepły posiłek. Wszystko było by pięknie, gdyby nie klima włączona na fula. Po 7 godzinach już z bolącymi od siedzenia tyłkami wkulaliśmy się na stacji w Surabaya. Mieliśmy tutaj zarezerwowany najdroższy w naszej podróży hostel ale zarazem dość unikatowy. Łóżka znajdowały się w drewnianych boksach z zasuwaną kotarą, poustawianych jeden na drugim. Były tez boksy gdzie mieściły się po dwie osoby. Nietypowo ale o dziwo bardzo wygodnie. Po wypoczętej nocy mieliśmy siłę by chodzić po mieście i zabijać czas w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Przy okazji szukania sklepu widzieliśmy przejeżdżający pociąg przez centrum handlowe. Normalnie w wielkim molochu, pomiędzy oknami był tunel dla pociągów. Wieczorem wsiedliśmy w nasz nocny pociąg do Dżakarty. Na miejscu, dojeżdżając do miasta widzieliśmy prawdziwe slumsy. Ciągły się kilometrami i wyglądały jakby ludzie mieszkali wśród wysypisk śmieci. Szliśmy z buta przez miasto, wychodząc z dzielnic nędzy w stronę wielkich parków i skwerów. Akurat w Dżakarcie odbywały się Azjatyckie Igrzyska Olimpijskie i wszędzie pełno było plakatów prezentujących maskotki imprezy oraz odbywały się związane z tym pokazy. Na jeden z takich natrafiliśmy przypadkiem szukając wieczorem, czegoś do jedzenia. W parku, którego głównym punktem był Monas czyli wysoka wieża tuż przy Muzeum Narodowym, była masa ludzi, pełno żarciowni i znowu masa ludzi. Napełniliśmy brzuszki i poszliśmy się przejść po parku, gdzy zaczęła się jedna z projekcji właśnie wyświetlana na owej wieży. Po odpoczywaliśmy na trawie i zwinęliśmy się do hostelu by następnego dnia ruszyć na zwiedzanie Muzeum. Poszliśmy kupić bilety. Gdy już udało nam się dotrzeć do wejścia po za pozowaniu do jakiś 10 selfie okazało się, że teraz jest przerwa ale bilety możemy kupić i wrócić później. Zaprzyjaźniliśmy się z gościem, który zawiadywał kolejką i upewniliśmy się, że mamy właściwe bilety. Po 19 wróciliśmy i weszliśmy do środka. Po odstaniu w kolejce by wjechać na szczyt Monasu okazało się, że nasze bilety się nie zgadzają. Klasyczny scam, ale o dziwo gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski to nas przepuścili dalej. Holendrzy za nami już takiego szczęścia nie mieli i odesłali ich z kwitkiem. Wjechaliśmy windą na górę skąd rozpościerał się widok na miasto. Najbardziej w oczy rzucał się Wielki Meczet Istiqlal, podobno największy meczet w Południowo-Wschodniej Azji. Obeszliśmy iglicę dookoła i po obejrzeniu modelarskiej dioramy i historii Indonezji już wiedzieliśmy dlaczego Holendrów nie puścili dalej. Trzeba ich było nie najeżdżać w przeszłości. Została nam do zobaczenia jeszcze Dżakarcka plaża, więc z rana wsiedliśmy w lokalny busik i dotarliśmy do plaży tuż przy parku rozrywki Ancol. Trochę pobłądziliśmy bo aplikacja maps me nie do końca działa w Azji, ale w końcu dotarliśmy. Plaża była wyjątkowo czysta a woda ciepła. Ludzie się kąpali a nawet uprawiali windsurfing. My jedynie pobrodziliśmy nogami w wodzie zwiedzając całą plażę. Stąd z daleka widać było jak chmura zanieczyszczeń połyka wieżowce w dalszej części miasta. Słońce mimo, że też było za tą chmurą to i tak paliło skórę. Znaleźliśmy kolejny lokalny rozklekotany busik i wróciliśmy do siebie. Znów trzeba było się pakować i jechać dlaej. Przez gęsto zanieczyszczoną Dżakartę przejechaliśmy specjalnym busem na lotnisko i pożegnaliśmy się z Indonezją. Jeszcze parę godzin i witaj ponownie Kuala Lumpur.

Balijskie wakacje

Azja powitała nas standardowo czyli masą naganiaczy z kurwikami w oczach na widok białego. My już jako azjatyccy weterani przeszliśmy obok nich bez wzruszenia, nawet gdy szli ciągle za nami nie robili już na nas żadnego wrażenia. Wylądowaliśmy po północy więc znów musieliśmy czekać do rana aż nasz pensjonat się otworzy. Najpierw padło na plażę w Kucie a potem deszcz wygonił nas do Mcdonaldu. Gdy przestało lać resztę czasu aż do zmierzchu spędziliśmy na obserwowaniu grupki Balijczyków obcinających drzewa z gałęzi. W pensjonacie padliśmy jak muchy i dopiero po południu dołączyliśmy do rzeki białych turystów przewalających się przez imprezową Kutę. Azja znów nas porwała. Ich pyszne jedzenie, atmosfera i kuszące ceny umiejętnie opróżniały nas portfel. Jak w Australi zaciskaliśmy pasa tak tutaj chodziliśmy obżarci jak bąki. W Kucie zostaliśmy tylko jeden dzień co uczciliśmy porządnym Bintangiem na plaży.

Załatwiliśmy sobie transport na jedną z podobno piękniejszych wysp w tym rejonie – Nusę Lembongan. Z samego rana gościu z agencji przyjechał nas odebrać i zawiózł prosto do przystani w Sanur skąd już szybką łodzią dopłynęliśmy na Nusę. Dobrze, że wzięłam wcześniej moje tabletki na chorobę morską bo przy wyjątkowo wzburzonym morzu było by ciężko. Wylądowaliśmy na malowniczej wysepce, oczywiście azjatycko zaśmieconej, ale za to widoki miała jedna z najlepszych jakie widzieliśmy podczas naszej podróży. Doczłapaliśmy do naszego kolejnego pensjonatu gdzie ugościli nas na wstępie mrożoną herbatą. Byśmy nie musieli się nudzić czekając na pokój zaproponowali nam nawet skuter za darmo dzięki czemu mogliśmy od razu rozejrzeć się po wyspie. Prócz żarciowni pojechaliśmy zobaczyć plażę. Od plaży biła taka jasność, że bez okularów praktycznie nie dało się tego wszystkiego oglądać. Woda miała kolor przechodzący z jasnego zielonego przez turkusowy do niebieskiego, a przy samym brzegu wyglądała jak mleko. Nie mogliśmy się doczekać by wskoczyć do tej cudownej wody. Tym razem poszliśmy tylko zanurzyć nogi. Nawet nie zdążyłam wejść do wody jak Krzyś już zdążył wrócić z krwawiącą stopą. Dostał jedną z cegłówek w postaci korala, których było pełno w tej pięknej zwodniczej wodzie. Później na mieście widzieliśmy pełno pobandażowanych turystów, a przy odpływie zobaczyliśmy sprawcę w całej okazałości. Wyspa wraz z jej sąsiadującą siostrą Nusą Ceningan dostarczały niezapomnianych widoków. Lazurowa woda z buzującą białą pianą po rozbiciu o skały robiły za dodatkowe widowisko. Na skuterze objechaliśmy wszystkie ciekawe miejsca raz dwa przy okazji spalając się na skwarki. W wieczór przed powrotem na Bali, przeszliśmy się ostatni raz na spacer po plaży. I tak jak przez cały nasz pobyt tutaj Bali było ciągle zachmurzone to tego wieczoru przewiało wszystkie chmury i naszym oczom ukazał się wulkan Agung. Z rana znów poobijaliśmy się szybką łódką na falach i pojechaliśmy do super turystycznego Ubud.

Miasteczko było wręcz zalane przez turystów z całego świata. Z miejsca gdzie wyrzucił nas kierowca mieliśmy z kilometr do naszego guesthouse’u, więc idąc spacerkiem mogliśmy się przyjrzeć na spokojnie okolicy. Wchodząc wprost z ulicy na teren ośrodka mieliśmy wrażenie jakbyśmy weszli do Narni. Przed nami ukazał się wielki gęsty ogród z własną świątynią i podestem wyłożonym poduszkami gdzie mieliśmy spożywać nasze śniadania. Nasz pokój był bardzo podstawowy ale otoczenie nadrabiało za to w nadmiarze. Po chwili wytchnienia wybraliśmy się na spacer po Ubud. Wylądowaliśmy w jednej z przydrożnych knajpek na standardowym nasi goreng czyli smażonym ryżu z warzywami. Dalej, pełne energii nogi poniosły nas w górę gdzie wspięliśmy się by zobaczyć balijskie pola ryżowe w formie tarasów. Widok nas kompletnie pozytywnie zaskoczył. Dodatkowo powoli zachodzące słońce nadało temu miejscu wyjątkowy klimat. Po środku tarasów znaleźliśmy małą uroczą knajpkę gdzie za śmieszne pieniądze rozkoszowaliśmy się widokiem przy smażonym ryżu i mrożonej herbacie. Byliśmy w szoku, że w takim miejscu nie kasują jak za zboże i nie jest zalane turystami. Następnego dnia obudziliśmy się pogryzieni przez jakieś paskudztwo. Nie wiedzieliśmy czy to było coś co przywieźliśmy ze sobą z poprzedniego miejsca czy żyło już w naszej aktualnej pościeli. Krzysztof wyglądał jakby przechodził ospę bo miał kropkę na kropce. Ja na szczęście aż tak nie ucierpiałam. Przeszukaliśmy cały pokój ale nie znaleźliśmy żadnego śladu jakiegokolwiek robaczka, a ewidentnie nie były to ślady po komarach. Cóż, raj trochę stracił na swoim uroku. Mieliśmy jednak dalej ochotę by go eksplorować. Poszliśmy do jednego ze sławniejszych miejsc w Ubud czyli do Lasu Małp. Mimo wielu turystów można było tutaj odpocząć od zgiełku ulicy i zobaczyć świątynie poukrywane w lesie, no i oczywiście wszędzie chodzące małpy. Wieczór zleciał nam w jednej z naszych ulubionych knajpek w towarzystwie Caroline i Kevina, z którymi poznaliśmy się podczas naszego workaway’a w Australii, a którzy tez akurat przylecieli na Bali. Tak jak my byli już ponad rok w podróży i mimo bariery językowej (byli Francuzami i angielski nie był ich mocną stroną) miło spędziliśmy czas przy piwie wspominając doświadczenia z Australii.

Przenieśliśmy się na obrzeża Ubud do innego pensjonatu by mieć bliżej do reszty atrakcji. Wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy zobaczyć świątynie Goa Gajah, gdzie mogliśmy wypróbować nasze wcześniej na targu zakupione tradycyjne sarongi. Cały kompleks wyglądał bardzo ciekawie. Stare, kamienne bloki idealnie współgrały z intensywnie zieloną roślinnością. Sama jednak jaskinia robiła wrażenie jedynie z zewnątrz. Prosto z Goa Gajah pojechaliśmy przez malownicze wioski na wodospad Tegenungan. Mieliśmy nadzieję na kąpiel, niestety z racji pory deszczowej było to zakazane, ale i tak nacieszyliśmy oko cudowną naturą. Dzień kolejny tez zakładał wycieczkę rowerową jedynie bardziej zaawansowaną. Po licznych zjazdach i wjazdach, przerwie na zimną herbatkę, zawale serca i znów paru zjazdach i podjazdach w końcu dotarliśmy do świątyni Gunung Kawi Sebatu. Ubrani w sarongi mogliśmy się wczuć w klimat świątyni obserwując jak jakaś mniszka dokonuje tradycyjnych obrządków na wpół zanurzonych w świętej wodzie wiernych. Po chwili przenieśliśmy się nad pokaźny staw pełen ryb i relaksowaliśmy się rzucając im jedzenie. Ruszyliśmy do kolejnej ze świątyń. W świątyni Tirta Empul wierni i turyści mogli przejść rytualne obmycie na bardziej masową skalę. W dwóch wielkich basenach ludzie w sarongach obmywali sobie głowy w wodzie wylatującej ze specjalnych otworów w murze. Niektórzy ofiarowali bogom specjalne wianki, które wcześniej widzieliśmy wszędzie porozkładane na ulicach. Po chwili namysłu też wpakowałam się do wody, nie tyle co dla jakiegoś duchowego przeżycia co by po prostu się schłodzić. Gdy dojechaliśmy do kolejnej ze świątyń Pura Gunung Kawi i tak już byłam cała sucha. Jedynie sarong puścił trochę farby przez co miałam całe niebieskie ręce. Wróciliśmy do pokoju kompletnie wypompowani i po obejrzeniu jednego odcinka Vikingów poszliśmy spać. Nie dane nam jednak było się wyspać bo gdzieś koło 11 w nocy obudził nas silny wstrząs. Na Lomboku (wyspie obok) znów było trzęsienie ziemi i odczuliśmy je bardzo wyraźnie. Wszystko zaczęło skrzypieć, psy ujadały więc po sekundzie zerwaliśmy się z łóżek i wyszliśmy na zewnątrz. Po chwili przestało. Byliśmy w szoku, ale wróciliśmy z powrotem do łóżek. Przez resztę nocy zahuśtało nam jeszcze z parę razy. Z samego rana zabraliśmy nasze manatki i poszliśmy spróbować znaleźć bemo czyli lokalny tani busik który zawiezie nas do Denpasar a potem do portu w Gilimanuk skąd już promem na Jawę. Po długich negocjacjach w końcu udało się Krzysiowi zejść z ceny choć i tak dalej zapłaciliśmy turystyczną kwotę. Potem przeskoczyliśmy do jeszcze innego bemo by w końcu dotrzeć na terminal w Denpasar. Zostało nam tylko jeszcze spędzić z 3 godziny w ścisku z lokalsami dostając co jakiś czas dymem z fajki po twarzy, jednocześnie pilnując by żadne z naszych bagaży nie wypadło przez wiecznie otwarte drzwi busika. Lekko wygniecieni dotarliśmy do portu w Gilimanuk. Po drugiej stronie cieśniny balijskiej widzieliśmy już Jawę. Zakupiliśmy bilety i umieściliśmy się na górnym pokładzie starego zardzewiałego promu. Po chwili machaliśmy na pożegnanie wyspie Bali patrzac z ciekawością do przodu w strone Jawy.