Złota Świątynia i Wagah Border

Na stację w Jalandhar City wjechaliśmy o planowanym czasie i od razu wystrzeliliśmy z pociągu jak z procy w kierunku głównej hali. Stanęliśmy pod tablicą informacyjną i próbowaliśmy znaleźć nasz pociąg. Jak na złość, nasz, jako jedyny nie był wyświetlony. Może już odjechał? Spytaliśmy kompetentnie wyglądających strażników, a Ci na to pokiwali tylko w charakterystyczny hinduski sposób rękami i powiedzieliby czekać. Po chwili dołączyła do nas parka Niemców, którzy czekali na ten sam pociąg. Kiedy w końcu jakiś podjechał rzuciliśmy się na niego wraz z tubylcami (Hindusi mają zwyczaj wsiadania do pociągu, gdy ten jeszcze jedzie, mimo, że za chwilę i tak zatrzyma się na peronie. Albo czekają do ostatniej chwili i gdy ten odjeżdża to wskakują na schodki.), ale okazało się, że ten również nie był nasz. Właściwy w końcu leniwie wtoczył się na stację a my ledwo wcisnęliśmy się na swoje miejsca pomiędzy grube Hinduski. Siedzieliśmy przy oknie, naprzeciwko siebie i uszy nas paliły od obgadywania przez owe współpasażerki. Przez prawie dwie godziny wspólnej podróży nie potrafiły oderwać od nas oczu. Przed wjazdem na stację powitały nas wielkie hałdy śmieci z bezpańskimi psami i świętymi krowami pomiędzy, a zaraz potem równie optymistycznie irytujący tuktukarze. Wybraliśmy tego bez zęba, bo najlepiej wiedział gdzie chcemy dotrzeć. Tuktuk w takich krajach jak Indie czy Tajlandia, jest najlepszym środkiem transportu do podziwiania przy okazji życia ulicznego. Tym razem na przykład przejeżdżaliśmy tuż obok wielkiego słonia kroczącego po ulicy z małym wychudzonym Hindusem na grzbiecie. Na pewno nie chcielibyśmy stanąć takiemu na drodze. Tuktukarz wysadził nas przy alei, która wyglądem kompletnie nie pasowała do Indii. Wybrukowana była śliską brązową kostką i gdzie się nie spojrzało to stały pięknie wyrzeźbione posągi oblegane przez bogato ubranych Hindusów. Szliśmy alejką, wzdłuż licznych sklepików, aż dotarliśmy do placu z białego marmuru, gdzie przy wejściu do świątyni w wielkim zapale i kontrolowanym chaosie odbywało się mycie naczyń. W świątyni był na ogromną skalę wydawany posiłek dla każdego wygłodniałego pielgrzyma. Jedynie w zamian trzeba było odrobinę pomóc przy późniejszym zmywaniu. Pobłądziliśmy odrobinę w tamtych rejonach, a wszechobecny tłum wprowadzał nas w dodatkową dezorientację, w końcu wypluwając akurat w przyświątynnej dzielnicy hostelowo – hotelowej. Jeszcze tylko pomyliliśmy hostele, no bo przecież obok siebie mogą być dwa o bardzo podobnej nazwie (różnica była dosłownie w dwóch literach) i po szybkim zameldowaniu, oswobadzając się z ciężkich plecaków, padliśmy na wyro. Puste brzuchy nie pozwoliły nam od tak zasnąć, więc zebraliśmy się z powrotem na miasto. Mimo usilnych prób, nie znaleźliśmy nic, na widok czego żołądki nie wywróciłyby nam się na drugą stronę i finalnie wylądowaliśmy w pizzerii Domino’s. Swoją drogą pizze, może nie były mistrzostwem świata, ale za to dzięki przyprawom, które były na każdym stoliku, zmieniały się w niebo w gębie. Domino’s pizza odegrało też kluczową rolę następnego dnia, gdy obudziliśmy się, zastaliśmy miasto pod wodą. Deszcz, który zaczął pokazywać swoją niszczycielską siłę już w nocy, lał nieustannie zamieniając Amritsar w Wenecję. Nie działały przez to żadne bankomaty, a my standardowo byliśmy z resztą gotówki, która starczyła nam jedynie na stołowanie się w owej pizzerii (płatność kartą też nie wchodziła w grę). By gdziekolwiek się dostać musieliśmy brodzić po kolana w wątpliwej jakości wodzie w dodatku mając pod stopami śliską kostkę brukową. Z deszcze nie poradziły sobie nawet nasze super peleryny deszczowe. Musieliśmy również kupić bilety na kolejny dzień by dotrzeć na granice indyjsko-pakistańską, ale bez pieniędzy mogliśmy zrobić jedynie wstępny rekonesans. Poszliśmy do jednej budki, której szyld chwalił się ową wycieczką a potem do drugiej tuż obok, gdzie cena o dziwo była niższa. Chyba wiedzieliśmy już gdzie wrócimy. Skoczyliśmy jeszcze do naszej ukochanej pizzerii gdzie na własne oczy pierwszy raz w życiu widzieliśmy człowieka z dwoma głowami i czterema rękami. Nie chcieliśmy się gapić, ale byliśmy w takim szoku, że było to naprawdę ciężkie. Uzbrojeni w pudełka z pachnącymi pizzami wróciliśmy do naszego pokoju. Internet działał jedynie na klatce schodowej, więc pozostało nam zajadać się fastfoodem do American Ninja Warrior – jedynego anglojęzycznego programu w hinduskiej telewizji.

Z samego rana obudziło nas słońce nachalnie wdzierające się przez okna i od razu przyciągnęło nas na zewnątrz. Prawilnie ubrani poszliśmy poszukać wpierw czegoś na śniadanie. Ulice kompletnie wróciły do normalności, jakby dzień wcześniej nie było żadnej powodzi. Znaleźliśmy bezpieczny, działający bankomat a zaraz potem porządnie wyglądającą restaurację, gdzie najedliśmy się w całkiem dobrej cenie. Razem ze słońcem wstąpił w nas nowy duch. I wiedzieliśmy, że wczorajszy dzień był tylko małym sprawdzianem naszej wytrzymałości. Zakupiliśmy bilety na popołudniową ceremonię na granicy i poszliśmy w końcu zwiedzić świątynię. Przed wejściem do środka musieliśmy nasze buty oddać do szatni, a stopy obmyć w sadzawce podobnej do tych, które są przed wejściem na basen. Grzecznie zasłoniłam włosy swoim sarongiem i już chcieliśmy wchodzić, gdy zawrócili Krzysztofa, który też musiał mieć chustkę na głowie. Wręczyli mu strażnicy jedną z wielkiego wora i mogliśmy w końcu pójść zwiedzać. Wszędzie było pełno wiernych, a najwięcej Sikhów, którzy nosili charakterystyczne kolorowe turbany a dla których było to najważniejsze miejsce kultu. Wokół sztucznie stworzonego jeziora zwanego Jeziorem Nieśmiertelności biegł deptak i mury świątyni wybudowane z białego marmuru. Na środku jeziora na małej wyspie wzniesiona była owa Złota Świątynia, mieniąca się oślepiającym złotym blaskiem. Głównie za sprawą promieni słońca odbijających się od kopuły, ale niezaprzeczalnie dodawało jej to boskości. Do świątyni prowadził most, na którym ustawiali się w kolejce wierni, aby zobaczyć świętą księgę Sikhów – Grant Sahib. Wierni również obmywali swoje ciała w Jeziorze Nieśmiertelności ku uciesze licznych ryb koji, które chętnie podpływały do nich licząc pewnie na jakieś smakołyki. Miejsce było to naprawdę wyjątkowe,, zresztą jak wszystkie świątynie w Indiach miały tę wyczuwalną duchowość. No i było w nich czysto :] Oswobodziliśmy głowy z chust i poszliśmy znów zjeść do naszej nowo odkrytej knajpki. Pyszne thali i makaron z warzywami ugościły nasze wygłodniałe żołądki. Czas tak szybko płynął, że nawet się nie obejrzeliśmy jak musieliśmy się zbierać na naszą kolejną wycieczkę. Poszliśmy się tylko przebrać i polecieliśmy na miejsce zbiórki. Uzbierała się już niezła grupka. Po chwili wyszedł gościu i oznajmił, że autobus już czeka i , że nas tam teraz zaprowadzą. Pojawił się 9 letni dzieciak, jako nasz przewodnik i ruszyliśmy za nim między kręte uliczki Amritsaru. Przy głównej ulicy stał zdezelowany autokar o dziwo z działającą klimatyzacją. Wpakowaliśmy się do środka wraz z resztą wymieszanej kulturowo grupy turystów i po chwili szalony kierowca ruszył w stronę granicy. Pędził, trąbiąc cały czas a drugi gość zaskakująco dobrze balansując w jadącym busie sprawdzał jednocześnie bilety. Z parę kilometrów przed celem zatrzymaliśmy się standardowo przy stojącej w szczerym polu restauracji. Typowe napędzanie klienteli. Trochę ludzi wysiadło, a w między czasie do busa wsiadł malarz oferujący namalowanie indyjskiej flagi na twarzy czy ręce. Parka Żydów siedzących z samego przodu z chęcią przyjęła ofertę, ale po chwili miny im zrzedły, gdy zażyczył sobie po 20 zł za jeden malunek. A mieli ich parę na sobie. Tak to się kończy, gdy się skubańców nie spyta o cenę. Nas, też nachalnie chciał namówić, ale dopiero jak Krzysztof donośnym głosem powiedział nie, to sobie poszedł. W końcu wszyscy wrócili do busa i znów ruszyliśmy by po jakichś 30 minutach dotrzeć na miejsce. Dla obcokrajowców było osobne wejście, gdzie krętymi zawijasami, zaraz po wcześniejszej rewizji osobistej i przechodząc przez wielką bramę z napisem India dotarliśmy na ulicę po obu stornach obstawioną trybunami. Drogę przecinała zamknięta stalowa brama, za którą była pakistańska ziemia strzeżona przez uzbrojonych po zęby pakistańskich Rangersów. Gdy już po indyjskiej stronie zebrały się pokaźne tłumy na drogę wybiegły hinduskie kobiety energicznie tańcząc i wymachując flagami do bollywoodzkich rytmów. Pakistańska strona milczała i w sumie była ich tylko garstka mężczyzn poubieranych w tradycyjne salwar kamiz. U Hindusów impreza rozkręciła się w najlepsze, gdy na drogę weszli żołnierze a kobietki wróciły na swoje miejsca na trybunach. Teraz za pomocą wysokich wymachów nóg, machania bronią i rękami każda ze stron pokazywała swoją siłę. Było to interesujące i unikatowe widowisko. Cała ceremonia odbywała się tutaj na granicy Wagah codziennie od 1959 roku i miała ukazać zarówno rywalizację jak i braterstwo obu państw. Zdecydowanie jednak dla obywateli Indii było to większe widowisko i ściągały na nie dzikie tłumy. Żołnierze skończyli tańczyć i przy otwartej bramie flagi obu krajów zostały opuszczone. Brama znów została zamknięta do wczesnych godzin rannych i owe tłumy pognały do swoich autobusów i tuktuków. W naszym przybyło pasażerów i wybuchła jakaś głośna kłótnia prawdopodobnie o cenę biletu. Później jeszcze zostałam oblana lodowatą wodą z klimatyzacji ale w końcu jakoś dotarliśmy z powrotem do Amritsar. Wieczór przy pełni księżyca był przepiękny, więc nie mogliśmy opuścić okazji i nie zobaczyć świątyni w jego świetle. Pognaliśmy do pokoju by znów prawilnie się ubrać. Świątynia była cudownie oświetlona i panowała tu jeszcze bardziej podniosła atmosfera niż nad ranem. Idealny koniec dnia.

Nasza podróż po Indiach powolutku dobiegała końca. Zmierzaliśmy teraz do stolicy. Czekając na ten ostatni pociąg, który odjeżdżał wieczorem, rozsiedliśmy się z plecakami na placu przed świątynia i suszyliśmy nasze mokre, jeszcze po ulewie ubrania ku zainteresowaniu hinduskich turystów. Spotkaliśmy nawet nasze znajome z pociągu, które wcześniej nie mogły od nas oderwać wzroku a teraz przyszły się przywitać. Przed podróżą najedliśmy się jeszcze w naszej knajpce i z buta poszliśmy przez szemrane dzielnice na stację. W końcu ostatni pociąg. Ostatni raz czyściliśmy nasze leżanki i zakładaliśmy kłódki na nasze plecaki. Po jakichś 10 godzinach obudziliśmy się w gorącym New Delhi. Wszystkie tuktuki nagle gdzieś zniknęły, więc z buta podeszliśmy na stację metra i podjechaliśmy do dzielnicy, gdzie znajdował się nasz hostel a przy okazji było bardzo blisko do Świątyni Lotosu. Niestety było zbyt wcześnie by ją zobaczyć a z naszymi bagażami i tak byśmy nie weszli. Poczłapaliśmy w niesamowitym ukropie w kierunku naszego hostelu mijając przy okazji jakieś świąteczne obrządki przy autostradowej świątyni oraz chodzącego z małpą na smyczy jakiegoś hinduskiego mnicha. Hostel, do którego trafiliśmy oczywiście miał wiele do zarzucenia, ale przynajmniej spotkaliśmy tam Polaków. Dwóch chłopaków na stopa przyjechało tu prosto z Polski. Wybraliśmy się w czwórkę po browary na miasto i skończyliśmy z nimi na dachowym tarasie hostelu. Później dołączyły jeszcze do nas Polka z Czeszką i w takim doborowym towarzystwie spędziliśmy wieczór. Fajnie było móc porozmawiać z kimś w swoim ojczystym języku, dopiero wtedy poczuliśmy jak bardzo brakuje nam domu.

New Delhi było naszym ostatnim przystankiem przed wylotem do Nepalu, więc przy okazji zwiedzania miasta zaopatrywaliśmy się w elektrolity i całą siatę mentosów, cukierków i innych uzupełniaczy cukru, niezwykle potrzebnych na trekkingu. Metrem dotarliśmy do backpackerskiej dzielnicy w poszukiwaniu kantorów, które nas nie oskubią i aptek, które nas nie otrują. Bez wymienionych pieniędzy, ale z lekami w plecaku pojechaliśmy zwiedzić hinduską świątynię Akshardham znajdującą się na wschodnim brzegu rzeki Jamuny. Ściany całego kompleksu świątyń pokrywały przepiękne rzeźby fauny, flory, tancerzy i wszelakich bóstw. Pod względem detali i skrupulatność wykonania była to najbardziej wyjątkowa świątynia, jaką przyszło nam dotychczas zwiedzać. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, ale mimo bolących nóg chcieliśmy zobaczyć jeszcze jedno miejsce. Położona w centrum miasta Brama Indii ściągnęła tłumy. Było już ciemno, gdy pod nią dotarliśmy, ale to nawet lepiej, bo na pewno lepiej wyglądała z oświetleniem w barwach Indyjskiej flagi. By dostać się z powrotem na stację metra musieliśmy wziąć tuktuka, gdyż nasze stopy były już kompletnie zdewastowane.

Sen z powiek spędzała nam jeszcze jedna kwestia. W Internecie wyczytaliśmy, że jako obcokrajowcy przebywający w New Delhi musimy się zameldować, bo inaczej mogą nam potem robić problemu przy wyjeździe. By rozwiać nasze wątpliwości udaliśmy się do naszej ambasady. Przed wejściem tłumy Hindusów ubiegających się o wizę do naszego kraju i my dobijający się do środka. Hinduski strażnik zażądał naszych paszportów do weryfikacji, ale my z obawy nie chcieliśmy mu ich wręczyć. Uparcie nalegaliśmy na przysłanie jakiegoś naszego rodaka i w końcu przyszła do nas pani żołnierz. Zerknęła na nasze paszporty, po czym weszliśmy za nią do środka. Zostawiła nas na tarasie i po chwili wyszedł do nas uśmiechnięty urzędnik. Szybko rozwiał nasze obawy związane z meldunkiem, a nasza rozmowa od razu zeszła na temat Nepalu, do którego się wybieraliśmy. Gościu dostał zaproszenie na jakieś dni polskie organizowane przez Polskie Himalaje w Katmandu. My również z uśmiechami na twarzy wyszliśmy z ambasady przy okazji życząc naszym Hinduskim kolegom powodzenia.

Postanowiliśmy podjąć jeszcze jedną próbę zobaczenia Świątyni Lotosu. Wokół świątyni rozpościerały się ogromne połacie ogrodów z równo przystrzyżonymi trawnikami, wyczyszczonymi z wszelakich śmieci. By wejść do środka musieliśmy zdjąć buty i wsadzić do rozdawanych każdemu wielkich toreb. Strażnicy z wielką powagą nawigowali kolejką wpuszczając do środka odliczoną ilość zainteresowanych. Weszliśmy do środka i zastaliśmy tam nic. Znaczy się nie do końca. Sala była wypełniona ławkami ustawionymi w kierunku zwykłej drewnianej ambony. Świątynia była bahaistyczna to znaczy, że mógł tu przyjść wyznawca każdej religii nie oburzając się symbolami jakiejkolwiek innej. W środku było też bardzo cicho, więc idealnie można było oddać się samorefleksji bez zagłuszeń. Zobaczyliśmy w New Delhi wszystko, co było według nas ciekawe i z nieukrywaną radością spakowaliśmy swoje rzeczy. Razem z poznaną wcześniej Polka i Czeszką z samego rana zamówiliśmy Ubera i przez jeszcze niezatłoczone miasto dojechaliśmy na lotnisko. Nawet przed wejściem do środka trzeba było okazać ważny bilet i paszport. Hindusi jednak nie mogliby nas wypuścić ze swojego kraju nie robiąc nam na sam koniec pod górkę. Musieliśmy wymienić niepotrzebne indyjskie rupie na dolary by mieć na nepalską wizę. Myśleliśmy, że bez problemu wymienimy je na lotnisku, lecz nic bardziej mylnego. Podeszliśmy do pierwszego kantoru i na widok naszej karty pokładowej urzędnicy jedynie pokiwali głowami oznajmiając, że nam nie wymienią pieniędzy. Gdy tylko podchodziliśmy do każdego kolejnego kantoru to od razu mówili, że jak do Nepalu to nam nie wymienią. Jakby wszystkie kantory się ze sobą komunikowały i były w jednej wielkiej zmowie. Pieprzone Indie. Byliśmy niesamowicie wkurwieni. Ale nie daliśmy się tym cwaniaczkom. Z uśmiechem wygadali się wcześniej, że jakbyśmy lecieli do Europy to jak najbardziej by nam wymienili pieniądze, Więc upolowaliśmy miłą Niemkę i na szybko wyjaśniliśmy sytuację. Jej mąż nie był zadowolony, ale po szybkiej wymianie pieniędzy (miny Hindusów były bezcenne!) uśmiechy zagościły na ich twarzach, a my odwdzięczyliśmy się za pomoc robiąc im zdjęcia na tle lotniskowych słoni z metalu. I tym optymistycznym akcentem opuściliśmy ten wspaniały kraj pełen absurdów, ale i pięknych miejsc. Tak jak wszędzie dotychczas ludzie nas zachwycali, to tutaj możemy im jedynie energicznie pomachać na nie do widzenia.

Romantyczna noc na pustyni

Obudził nas piasek między zębami i przenikliwa cisza. Zeszliśmy ze swoich leżanek i naszym oczom ukazał się czysty, półpustynny krajobraz. Pociąg był prawie pusty, tylko czasem ktoś się zabłąkał. Siedzieliśmy przy oknie, czekając na swoją stację i gapiliśmy się na mijane drzewa i krzaki. Pojawiły się i wielbłądy. Czarne wielbłądy, które beztrosko obgryzały sobie owe drzewka. Nasz pociąg w tumanach kurzu zajechał na stacje w mieście Jaisalmer. Przywitał nas o dziwo jak na standardy indyjskie, czysty i zadbany dworzec, a chwilę później przyjechali po nas mili panowie z hotelu Fotiya. Po szybkim rozładunku w pokoju, swoje kroki skierowaliśmy na dach, gdzie podobno była zachwalana na forach koreańska knajpka. Rozpościerał się stąd fantastyczny widok na pustynne, zbudowane z piaskowca miasteczko. Czuliśmy jakbyśmy przenieśli się w czasy Alladyna. Spacerując po mieście mogliśmy podziwiać pięknie rzeźbione fasady budynków. Oczywiście nadal były to Indie – brudne i gwarne, ale tutaj jakby mniej to się rzucało w oczy. Na pustynie Thar przywiodła nas chęć poskromienia wielbłądów. Niesamowicie podekscytowani poszliśmy załatwić sobie wycieczkę kierując się w doborze agencji turystycznej, rekomendacją jednych z oglądanych przez nas youtuberów – The Budgeteers. Dwa dni później stawiliśmy się z samego rana pod agencją a tam już czekał na nas jeep z kierowcą a zarazem naszym przewodnikiem. Jechaliśmy sami bez innych turystów. Krzysztof z kierowcą przodu a ja z tyłu na pace, mknęliśmy drogą przy rytmach hinduskiej pop muzyki. Kierowca zatrzymał się po jakimś czasie przy antycznym miasteczku, które według legendy jednego dnia zostało opuszczone przez wszystkich mieszkańców z racji rzuconej na nie klątwy. Kierowca dał nam trochę czasu na pozwiedzanie tego miejsca, gdzie spotkaliśmy tylko jednego strażnika i par ę bezdomnych psów. Jadąc dalej, nasz przewodnik pokazał nam jeszcze jeziorko, które było głównym wodopojem dla mieszkańców tej części pustyni, po czym zabrał nas do swojej rodzinnej wioski. Byliśmy zdumieni, w jakich warunkach tu ludzie mieszkają. Kierowca wraz z chyba swoim ojcem, zapakował na dach nasze siodła i pojechaliśmy szukać naszych wielbłądów. Ukazały się w końcu nam nasze wierzchowce. Z bliska wyglądały na o wiele wyższe. Owinęliśmy się chustami w postaci naszych balijskich sarongów, przeszliśmy szybki kurs jazdy i przyszło nam dosiąść tych królów pustyni. Szybki zryw i po chwili byliśmy z dwa metry wyżej. Dostaliśmy nowego przewodnika. Przytroczeni linami, jeden wielbłąd do drugiego cisnęliśmy powoli do przodu.

Pustynia nie była typową pustynią, jaką byśmy sobie wyobrażali. Były krzaczki, jakieś drzewka i pędy. Krajobraz podobny do tego, który widzieliśmy na outbacku w Australii. Nasz przewodnik, co jakiś czas do nas zagadywał i pytał czy żyjemy. Mimo, że tyłek po jakimś czasie zaczął boleć to i tak czuliśmy się zajebiście mogąc jeździć na wielbłądach właśnie tu w Indiach. Po jakichś trzech godzinach przyszła pora na przerwę, zresztą z nieba lał się już taki żar, że nie byliśmy w stanie wytrzymać. Nasz przewodnik wziął się za gotowanie i znikąd nagle pojawili się pasterze ze swoimi wielbłądami i zasiedli wokół ogniska. Wcześniej przygotował nam jeszcze wygodne legowisko w cieniu i powiązał nogi wielbłądom by nie uciekły. Relaksując się na kocyku, podziwialiśmy jak przemykają od drzewka do drzewka racząc się liśćmi. Po chwili zaserwowano i nam lunch. Masala chai do picia, czyli hinduska herbatka z przyprawami i mlekiem oraz podsmażony makaron z zupki chińskiej z jakimiś warzywami i jajkiem. Mimo, iż nie wyglądało apetycznie to i tak zajadaliśmy ze smakiem a potem z brzuchami do góry leżeliśmy i korzystaliśmy z ciszy. Przy przyjemnym wiaterku raczyliśmy się dolewką herbaty i dalej podziwialiśmy nasze wierzchowce. W cieniu przesiedzieliśmy najgorszy skwar. Chcieliśmy, co nieco zaczerpnąć wiedzy o kulturze pasterzy pytając naszych współtowarzyszy jednakże bariera językowa była nie do przedarcia i zaniechaliśmy dalszych prób. Nasz przewodnik zaczął zbierać powolutku majdanek, przyprowadził zwierzęta, osiodłał je i pomógł się nam na nie wgramolić. Wszyscy pasterze się gdzieś rozpierzchli a my ruszyliśmy dalej. Kroczyliśmy dłuższą chwilę wzdłuż licznych krzewów i kolczastych drzewek, gdy naszym oczom ukazały się wielkie piaszczyste wydmy. Jakby ktoś nagle zdecydował, że tu właśnie będzie pustynia i wysypał na środku setki ton piasku. Teraz już całkowicie czuliśmy jakbyśmy się przenieśli w czasie. Jak gwiazdy na planie filmu. Jechaliśmy grzbietem wydmy a w oddali zobaczyliśmy inną karawanę zmierzającą w tym samym kierunku. Dotarliśmy do miejsca, gdzie grupka hindusów rozkładała łóżka i polową kuchnię. Mieliśmy tu spędzić noc, pod gołym, gwiaździstym niebem, pośrodku indyjskiej pustyni. Nasze wielbłądy z powiązanymi nogami oddaliły się gdzieś w poszukiwaniu pożywienia a my wraz z innymi uczestnikami wielbłądziego safari rozsiedliśmy się na wydmach i podziwialiśmy piękny zachód słońca. Dla takich chwil się właśnie żyje. Nasi przewodnicy przygotowali nam poczęstunek, gdzie przy wspólnym stole poznaliśmy bliżej naszych współtowarzyszy. Byli tam prawnicy, dziennikarze, lekarze i my bezrobotni nomadzi. Szczęki im opadły jak się dowiedzieli, że my tak już od ponad roku a oni w większości tylko na chwilę Przygotowano nam przepyszną i sytą kolację. Pojawiły się na nieboskłonie gwiazdy i planety a dzięki specjalnej aplikacji jednego z dziennikarzy, wiedzieliśmy, na co patrzymy. Powoli każdy udawał się w kierunku porozstawianych w pewnych odległościach prycz. Ciężka, lniana kołdra wydawała się kompletnie nie potrzebna, lecz w środku nocy, gdy pustynia już oddała ciepło, była jak najbardziej na miejscu. Co jakiś czas było słychać porykiwania wielbłądów i dźwięk trzepoczących skrzydeł, wszędzie latających żuczków. Znikąd pojawił się nawet bezpański pies, który miejsce wytchnienia znalazł akurat pod moim łóżkiem, czym przyprawił mnie prawie o zawał. Wschód słońca był równie cudny, co zachód. Prawie każdy budząc się od razu sięgał po aparat. Nasi przewodnicy już czekali na nas ze śniadaniem. Zajadaliśmy się owocami i potrawami, których nazw nie byliśmy w stanie wymówić a nasze leżanki w tym czasie już były sprzątane. Jeszcze chwila na pozachwycanie się pustynią i znów siedzieliśmy w siodle. Obolałe jeszcze po poprzednim dniu tyłki zostały jeszcze bardziej zmasakrowane, gdyż nasz przewodnik postanowił przyspieszyć. Wielbłądy zaczęły truchtać a my trzymając się z całych sił siodeł by nie zlecieć, podskakiwaliśmy jak pinpongi. Niesamowicie ekscytujące.

Jazda na wielbłądach po indyjskiej pustyni było niesamowitym przeżyciem tak jak i noc w takim miejscu pod gołym niebem. Żałowaliśmy, że to już koniec tej przygody. Podziękowaliśmy naszym wierzchowcom i przewodnikowi i przesiedliśmy się do jeepa, bo po długiej drodze w tumanach kurzu wrócić do Jaisalmer. Po chwili wyciszenia znów wróciliśmy do gwarnego miasta. Usiedliśmy po późnej kolacji w restauracji na dachu naszego hotelu i podziwialiśmy widoki wokół. Nasze myśli jednak nadal były gdzieś na pustyni.

Jak to w każdym indyjskim mieście w Jaisalmer również był fort. Pięknie wyrastał nad miastem a w nocy podświetlony zapierał dech w piersiach. Za dnia poszliśmy zobaczyć jak wygląda od środka. W sieci małych uliczek, przy których były dziesiątki małych sklepików, hotelików i innych biznesów bardzo łatwo było się zgubić. Znaleźliśmy miejsce, gdzie mogliśmy zobaczyć całe miasto z góry. Wyglądało raczej jak po wojnie, ale i tak robiło wrażenie. Pobłądziliśmy jeszcze trochę w mikro uliczkach i z fortu ruszyliśmy zwiedzać dalej w miasto. Wąskie uliczki, gdzieniegdzie krowy i bezpańskie psy, czyli tak jak w całych Indiach tylko klimat zupełnie inny. Udało nam się znaleźć aptekę, dziko okupowaną przez lokalsów. Kulturą się tu nic nie zdziała, więc Krzysztof musiał trochę się porozbijać łokciami byśmy mogli nakupić trochę elektrolitów. Po udanych zakupach poszliśmy w kierunku jeziora Gadisar. Jego brzegi otaczały liczne kapliczki hinduistyczne, niektóre wystające wprost z wody. Ponapawaliśmy się widokiem i nie spiesznym krokiem ruszyliśmy w kierunku hotelu. Następnego dnia opuszczaliśmy już Złote Miasto. Zapakowaliśmy swoje tobołki z samego rana i uliczkami śpiącego jeszcze miasta dotarliśmy na dworzec. Był zadziwiająco czysty i pusty zarazem, lecz wraz ze wstającym słońcem zaczął się zapełniać. Wpakowaliśmy się znów w pociąg by po paru godzinach wysiąść w Niebieskim Mieście Jodhpur. Miasto swój przydomek zawdzięcza wyznawcom Boga Brahmy, który na ten kolor właśnie malowali swoje domostwa.

Opuściliśmy pociąg, a nasze nogi ledwo dotknęły płyty peronu jak zostaliśmy zaatakowani przez jednego z tuktukarzy. Nie dał się spławić w żaden sposób. Dziwił się, że biali w taki ukrop wolą iść z bagażami, niż wziąć taki tani transport. Później wziął nas na litość mówiąco swojej potrzebującej rodzinie. W końcu, gdy już dotarliśmy do miasta powiedzieliśmy mu, że naprawdę marnuje swój czas. Na szczęście dał za wygraną. Weszliśmy na wielki plac targowy. Gwarny i niemożliwie zatłoczony Sardar Market. Jakoś udało nam się z niego wydostać i ruszyć w teoretycznie nam znanym kierunku. Oczywiście błądziliśmy i zdążyliśmy się trzy razy pokłócić. Jednak zmęczenie, głód i skwar stworzyły wybuchową mieszankę. Wkurwiona w końcu podeszłam do jakiś ludzi i pokazałam na telefonie, gdzie chcemy dotrzeć. Standardowo każdy pokazał inny kierunek, ale jeden powiedział, że on wie i pokarze gdzie. Poszliśmy za nim i tuż za rogiem wskazał na wielkie drewniane drzwi, na których widniała biała kartka z nazwą naszego hostelu. Weszliśmy do środka na pusty korytarz. Zaczęliśmy się wspinać po schodach, gdzie na poszczególnych piętrach wyglądało już bardziej hostelowo. Pojawiły się w końcu gość z obsługi, jak się potem dowiedzieliśmy ojciec właściciela. Nasza rezerwacja się zgadzała i ulokował nas w pokoju. Restauracja na dachu, która miała działać jednak nie działała, więc jedzenia musieliśmy iść szukać na miasto. Przed przyjazdem do Jodhpur Krzysztof zrobił w necie research i mniej więcej wiedzieliśmy gdzie owego jedzonka możemy szukać. Znów minęliśmy zatłoczony targ i wyszliśmy na długą aleję zapełnioną po jednej i drugiej stronie sklepami z asortymentem od pięknie zdobionych sari do wielkich orientalnych dywanów. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim znaleźliśmy naszą knajpkę. O dziwo było tu czysto i schludnie i byliśmy jedynymi białasami. Zamówiliśmy posiłek, który po niedługim czasie został nam dostarczony na stół. Krzysztof zjadł smażony ryż z warzywami a ja najpyszniejsze thali (czyli podane na wielkim talerzu danie złożone z ryżu, placków roti lub ciapati otoczone małymi miseczkami z dodatkami sosów, jogurtu, jarzyn i papki z ciecierzycy) jakie dotychczas jadłam. Istne niebo w gębie. Przychodziliśmy tu już na każdy posiłek. Za drugim razem obsługa witała nas już z uśmiechem. Do Jodphur trafiliśmy akurat w czasie jakiegoś hinduskiego święta i przez miasto przechodziły, co chwilę rozśpiewane parady z niesioną na czele figurą bożka. Poszliśmy znaleźć lepsze miejsce do podziwiania tych ekscesów i weszliśmy na dach naszego, hostelu. Miasto było niesamowicie oświetlone a w szczególności wielki fort a właściwie twierdza Mahrangarh, która wyglądała jak wielka skała górująca nad miastem. Czuliśmy się wręcz przytłoczeni jej ogromem i pięknem. Nie mogliśmy przestać się gapić, lecz w końcu zmęczenie i latające w powietrzu paskudztwo wypędziło nas z powrotem do pokoju. Tam jednak nie zaznaliśmy spokoju. Łóżko było na tyle wąskie i krótkie, że żeby się pomieścić musieliśmy spać na odwrót w swoich nogach, a i tak pod naszym oknem, co chwila przechodziła parada tym razem za pickupem świecącym się jak choinka, z wielkimi głośnikami na pace. Dudniło z nich Hare Krishna techno, co przyciągało dziesiątki wyznawców. Muzyka naprawdę była zaraźliwa, gdyż nawet, gdy już wszyscy rozeszli się do domów i dźwięki z głośników ucichły to nasze mózgi dalej były na imprezie do samego rana. Niewyspani zjedliśmy śniadanie, które nam przynieśli do pokoju, po czym poszliśmy znów w miasto. Niedaleko naszego hostelu znajdowała się studnia Teorji Ka Jhalra, która wyglądała jak budynek ze ścianami zbudowanymi ze schodów, które zalała szmaragdowa woda. Podobno studnia była głęboka na 200 metrów. Lokalsi nie zważając na zakazy w najlepsze bawili się wskakując w ubraniach do zwodniczej wody. Robili nawet zawody, kto skoczy do wody z większej wysokości. Czyste szaleństwo.

Poszwendaliśmy się jeszcze, odkrywając coraz to ciekawsze zakamarki. Znaleźliśmy nawet kolejne, kompletnie opuszczone centrum handlowe. Chyba się kompletnie nie przebiły w tym kraju. Nazajutrz przy wymeldowywaniu spotkała nas nieprzyjemna niespodzianka. Pomijając fakt, iż przez ciągłe braki w dostawie prądu, w nocy nie działał nam wiatrak, więc znów nie mogliśmy spać to nasi gospodarze próbowali nam wliczyć śniadania do rachunku a wcześniej dokładnie się upewniliśmy, że są w cenie. Cała wymiana zdań nastąpiła z właścicielem hostelu przez telefon i dopiero wizja pozostawienia przez nas negatywnej opinii skłoniła go do przystania na nasza wersję. Pociąg odjeżdżał dopiero o 20tej, a nie mieliśmy już nic do oglądania, więc usadowiliśmy się na dachu jednego z hosteli i przy pysznym posiłku oddaliśmy się paru partyjkom szachów. Odpowiednio przed 20tą zebraliśmy się z knajpki i poczłapaliśmy na dworzec. Myśleliśmy, że kupno biletu na kolejny pociąg zajmie nam chwilę, ale niestety przerodziło się to wręcz w walkę z czasem. Aby kupić bilet na połączenie z innej stacji musieliśmy się udać do zupełnie innego budynku. Byliśmy przekonani, że to jakieś kolejne oszustwo, gdy strażnicy pokierowali nas w jakieś tylnie uliczki. O dziwo udało nam się znaleźć jakiś budynek i właściwe biuro. Musieliśmy wypisać specjalne podanie o bilet i odczekać swoje na aprobatę nie wiadomo, kogo. Papiery, jakieś pieczątki i w końcu wydano nam bilety. Wróciliśmy biegiem na dworzec wiedząc, że jeszcze nas wiele w tych Indiach zaskoczy. Ulokowaliśmy się w kolejnym pociągu z nadzieją, że te 17 godzin drogi się nie wydłuży i kolejny nam nie ucieknie.

Siódmy cud Świata

Opuściliśmy pociąg wprost w łapy spragnionych turystów tuktukarzy. Razem z nami wychodziły setki ludzi, ale to na nasz widok błyszczały im oczy. Każdy z kolei oferował nam very cheap price, lokal price ale to dopiero za murami dworca znaleźliśmy chętnego na our price. Pojechaliśmy szerokimi, niezakorkowanymi ulicami w poszukiwaniu naszego hostelu. Szukaliśmy razem z kierowcą i innymi zapytanymi po drodze lokalsami, aż w końcu znaleźliśmy. Budynek wyglądał jak wszystko inne w Indiach. Ważne, że fasada była zrobiona a wszystko wokół mogło się walić. Miły pan z obsługi przyjął nas jak starych przyjaciół i zaznajomił z funkcjonowaniem restauracji. Wszystko w jego ustach brzmiało cudownie, lecz szybko przyszło nam zderzyć się z prawdziwą hinduską rzeczywistością. Hotel był w trakcie remontu i wszędzie pełno było gruzu i kurzu. Pokój wyglądał całkiem zacnie i w porządku do momentu, aż zmęczeni upałem rzuciliśmy się na łóżko. Naszym oczom ukazały się małe białe robaczki. Chodziły po całej pościeli. Od razu poprosiliśmy o zmianę. Coś tam poprzepraszali a nam zostało przymknąć oko. Dlaczego zostaliśmy tam na całe zarezerwowane 4 noce ? Bo wszystko mieszczące się w naszym skromnym budżecie było już pozajmowane. Pozostało nam się z tego wszystkiego tylko śmiać. Poszliśmy z głodu zobaczyć czy w restauracji też nas czymś zaskoczą. Na szczęście żarcie mieli pyszne i zdołali tym zrekompensować słaby początek, co prawda szybko wszystko psując usilnie zachęcając nas do zostawienia miłej opinii na Trip advisorze . Nie doczekanie.

Zapakowaliśmy aparaty i poszliśmy na miasto. Mieliśmy z kilometr do przejścia by zobaczyć sławny cud świata – Taj Mahal. Mając 4 dni w zapasie mogliśmy sobie wybrać ten z najlepszą pogodą by po kupieniu mega drogiego jak na Indie biletu, zobaczyć mauzoleum z bliska. Przed wysokimi murami z czerwonego piaskowca Hindusi mieli swoje liczne kramiki i restauracje z nieodzownymi naganiaczami, z którymi nie raz dochodziło do śmiesznych przepychanek słownych. Krzysztof każdemu, który nie chciał dać za wygraną, chciał sprzedać butelkę wody by pokazać im, że tak samo potrzebuje ich produktów jak oni jego wody. Tuż przy samych murach okalających mauzoleum skręciliśmy w prawo w ścieżkę wiodącą ku rzece Jamunie. Sama rzeka była podobno jedną z najbardziej zanieczyszczonych na świecie i oczywiście była święta jak wszystkie rzeki w Indiach. Z nad tej rzeki przyszło nam też po raz pierwszy zobaczyć oblicze Taj Mahal. Piękny, czysty budynek górował majestatycznie nad resztą świata. Narobił nam apetytu na więcej.
Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy na zwiedzanie Agry. Wymyślnymi dróżkami, przeważnie bardzo zatłoczonymi kroczyliśmy w kierunku Czerwonego Fortu. Im bardziej się oddalaliśmy tym mniej mijaliśmy turystów, więc jeszcze bardziej byliśmy oblegani przez rikszarzy i tuktukarzy. Tuż pod samym Fortem tętniło życie wokół straganów. Byli turyści, hindusi, krowy, psy a nawet małpy usiłujące ukraść coś dla siebie ze stoisk z owocami. Istny chaos w indyjskim wydaniu. Zobaczyliśmy Fort z zewnątrz i z zimną pepsi w rękach, czym prędzej znaleźliśmy transport z tej skwierczącej patelni. Pojechaliśmy na drugą stronę rzeki pod park Mehtab Bagh, gdzie można było chodząc po zapewne pięknym ogrodzie podziwiać Taj Mahal. My jednak by uniknąć absurdalnie wysokiej opłaty za wejście do owego ogrodu, poszliśmy wzdłuż płotu w mniej uczęszczaną uliczkę. Od razu przyciągnęliśmy też grupkę młodocianych sprzedawców durno- pierdołek własnej roboty, którzy szli w krok za nami. Do punktu widokowego dotrwał jednak tylko jeden z nich i uparcie nie dał się spławić. Widok na Taj Mahal z tej strony był niesamowity. Kontemplowaliśmy go przy akompaniamencie ciągłego słowotoku małego Hindusa. Usilnie chciał nam coś sprzedać i wmówić, że przecież jak jesteśmy z Ameryki to dla nas to są grosze. My jednak byliśmy nie do zdarcia i w końcu zawiedziony opuścił nasze urocze towarzystwo. Brzeg rzeki był otoczony drutem kolczastym i gdy zbliżyliśmy się do niego za bardzo, by zdobyć lepsze ujęcia aparatem to od razu znikąd wyskoczył policjant by zrobić nam przesłuchanie. Krzysztof z wrażenia nawet się zapomniał i na pytanie o kraj pochodzenia odparł Wietnam, tak jak to wcześniej wmawialiśmy wszystkim Hindusom. Na szczęście pan władza nie należał do oczytanych i tylko patrzał się na nas. W końcu czując, że jesteśmy tu nie mile widziani poszliśmy poszukać kierowcy, który nas stąd zabierze. Przy postoju było ich kilku i od razu rzucili się na nas jak na świeże mięso. Z żadnym z nich nie udało się wynegocjować racjonalnej kwoty, więc zdecydowaliśmy się pójść z buta. Dzielnica nie należała do najweselszych w dodatku zdecydowanie zwracaliśmy na siebie uwagę. Nawet przypałętała się do nas grupka jakiś gówniarzy, którzy nie bardzo chyba mieli pojęcie o prywatności osobistej i za bardzo interesował ich mój plecak. Krzysztof warknął do nich po angielsku i rozpierzchli się na wszystkie możliwe strony. Automatycznie przyspieszyliśmy kroku. Szliśmy między chatkami zbudowanymi z byle czego bez oczywiście zachowania jakichkolwiek zasad fizyki. Całe życie (łącznie z toaletą) tutejszej społeczności toczyło się wzdłuż ulicy. Przykro było na to patrzeć, więc po prostu szliśmy przed siebie starając się nie łapać z nikim kontaktu wzrokowego. Dotarliśmy w końcu do głównej drogi i przeszliśmy przez most, pod którym kąpało się stadko krów. Przedostaliśmy się na drugą stronę miasta i od razu złapaliśmy tuktuka za śmiesznie niską cenę. Wysiedliśmy tuż przy zachodniej bramie prowadzącej do mauzoleum i udaliśmy się do jednej z tych knajpek, które szczyciły się, że, jako jedyne posiadają wyjątkowy widok z góry na ten cud architektoniczny.

Trafiliśmy idealnie z wyborem dnia zwiedzania największego skarbu Agry. Niebo było niebieskie i wyjątkowo przejrzyste, wiał lekki wiaterek a słońce prażyło tylko odrobinę. Ubraliśmy się godziwie, wzięliśmy tylko dozwolone rzeczy i uzbrojeni w bilet wstępu ruszyliśmy na mauzoleum. Taj Mahal był znakiem rozpoznawczym Indii. Nie można było wyjechać z tego kraju i nie zawitać do Agry. Został wzniesiony na polecenie Szahadżahana – muzułmańskiego władcy, dla upamiętnienia swojej ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła podczas wydawania na świat ich 14 dziecka. Taj Mahal był istnym pięknem i niesamowicie wyróżniał się na tle reszty Indii. Przechodziliśmy się po okalających go ogrodach, co chwilę robiąc zdjęcia ze wszystkich możliwych stron. W środku mauzoleum również wyglądało olśniewająco, niestety tego już nam uwiecznić nie pozwolono. Biały marmur mienił się małymi pomarańczowymi kwiatuszkami zrobionymi z kamieni szlachetnych, które podobno nocą świeciły się w ciemności.

Pełni zachwytu wróciliśmy na ulice Agry. Podążyliśmy w kierunku wskazanego nam przez mapy gogle centrum handlowego. Chcieliśmy zrobić zapasy na dalszą podróż, więc szliśmy główną drogą, wśród tumanów kurzu, wypatrując neonów. Trafiliśmy. Główny punkt – McDonald był oblegany przez tłumy, lecz gdy weszliśmy do środka centrum handlowego zastaliśmy jedynie puste powybijane witryny, walające się śmieci i przytłaczającą pustkę. W Indiach wszystkie centra handlowe tak wyglądały. Jakby ktoś miał chęci, ale mentalność ludzi wokół sprowadziła go szybko z powrotem na zakurzoną ziemię.

Odeszliśmy z niczym. Jedynie potem w sklepiku na rogu kupiliśmy Tangi by nie pić ciągle tylko wody no i standardowo ciastka. Granaty, które dostaliśmy u przydrożnego sprzedawcy niestety nadawały się tylko do wyrzucenia. Czuliśmy, że już wystarczająco nacieszyliśmy się Agrą. Pozostało nam jedynie uzupełnić zapasy lekarstw, a w szczególności elektrolitów, bo nie chcieliśmy się przy naszej słabo rozwiniętej diecie nabawić jakiegoś choróbska. Spytaliśmy lokalnego sklepikarza gdzie znajdziemy aptekę, a ten w odpowiedzi machnął ręką jedynie gdzieś w bliżej nieokreślonym kierunku. Przeszliśmy wskazaną uliczkę dwa razy tam i z powrotem, lecz nic nam nie wyglądało na cokolwiek, co mogłoby być apteką. W końcu podeszliśmy do jednej z budki, przy której stało więcej ludzi, a na nasze pytanie o aptekę sklepikarz krótko i ochoczo zapytał co podać. Byliśmy w głębokim szoku. Rzekomy aptekarz raz dwa podał nam to, co było nam potrzebne, a stojący obok Hindus podający się za lekarza dodatkowo zatwierdził nam, jakość leków, przy okazji biorąc nas za Rosjan. Indie chyba nigdy nie przestaną nas zaskakiwać.

Z samego rana spakowaliśmy nasz dobytek i jak zwykle poszliśmy szukać tuktuka. Długo nie musieliśmy krążyć jak tuktuk sam nas znalazł, a Krzysztof mistrzowsko z miną pokerzysty zbił cenę za przejazd do tej korzystnej dla nas. Mimo młodej godziny na dworcu już były tłumy. Niektórzy jeszcze spali na porozkładanych matach i kocykach a my lawirowaliśmy między nimi w poszukiwaniu naszego wagonu. Mokre chusteczki wpierw poszły w ruch i zajęliśmy swoje miejsca by spędzić tak parę godzin gapiąc się na krajobraz za oknem.

Kolejne miejsce miało być tylko naszym chwilowym przystankiem. Do Jaipuru – stolicy Radżastanu dotarliśmy po południu i od razu odczuliśmy na sobie palące słońce. Mogliśmy oczywiście pojechać zobaczyć wspaniały Pałac Wiatrów jednak zamiast tego wybraliśmy rozłożenie się na trawie w parku wprost pod wielką łopoczącą na wietrze flagą Indii. Prosto z pociągu poszliśmy wpierw poszukać czegoś do jedzenia. Sławna hinduska kuchnia była dla nas nie uchwytna w tym mieście, więc pozostał nam McDonald i Domino Pizza. Po miłym popołudniu w parku przyszedł mniej przyjemny wieczór. Powoli dreptaliśmy w kierunku dworca, lecz na swojej drodze zaczęliśmy mijać coraz więcej niepewnych szumowin. Intuicja jasno biła na alarm, że trzeba się jak najszybciej ewakuować. Jak na złość żaden tuktuk nie chciał się zatrzymać, dopiero policjant kierujący ruchem musiał zrobić to za nas, dzięki czemu raz dwa dotarliśmy na pociąg. Chwilę przed północą pojechaliśmy dalej. Znów kłótnie o miejscówkę, rozgardiasz i pociągowi sprzedawcy.

Miasto Śiwy i święty Ganges

Znów znaleźliśmy się w centrum indyjskiego chaosu. Kurz, brud, korki i roztrąbione klaksony. I upał. Niemiłosierny skwar, który sprawiał, że nasze ciała automatycznie zlały się potem. Kierowca jeepa złapał nam od razu tuktuka w lokalnej cenie i pojechaliśmy prosto na dworzec kolejowy. Zajęło nam to trochę, bo głównie staliśmy w korku, ale i tak mieliśmy jeszcze z 3 godziny w zapasie. Przeszliśmy przez zatłoczony dworzec odganiając żebrzące dzieci i zajęliśmy miejsce naprzeciwko wielkiego cyfrowego zegara. Obserwowaliśmy dworcowe życie. Biegające psy i szczury, żebrzące dzieci, przenoszących towar przez tory tragarzy i sprzątaczy dworca. Powoli schodzili się Hindusi i rozkładali swoje szmatki by spokojnie na środku dworca uciąć sobie drzemkę. Nasz pociąg nie przyjechał o czasie. Wpierw spóźnił się 3 godziny, potem 6 w końcu łącznie na dworcu spędziliśmy 12 godzin. W mieście w środku nocy nie było gdzie się podziać, więc został nam jedynie dworzec. Siedzieliśmy patrząc tępo w dal i czekaliśmy na cholerny pociąg. Co jakiś czas robiliśmy sobie spacer pod główny rozkład jazdy by sprawdzić czy nic się nie zmieniło. Po czym znów wracaliśmy na wygodniejsze miejsce. Po godzinach spędzonych przez nas kompletnie bezsensownie w końcu przyjechał nasz transport. W środku nocy. Padliśmy na prycze i od razu zasnęliśmy. Obudził nas piekarnikowy skwar. Byliśmy cali mokrzy. Wiatraki przestały działać, więc w pociągu wręcz powietrze stało. Nawet z Hindusów się lało. Staraliśmy się przyjąć sytuację na klatę i nie wpaść w złość. Leżeliśmy na pryczach starając się nie zemdleć z gorąca i braku tlenu i modliliśmy się, żeby to się już wszystko skończyło. Po 15 godzinach w tej blaszanej saunie w końcu wywaliliśmy się z pociągu w sławnym Waranasi. Był już wieczór, gdy tuktukiem dotarliśmy do hostelu. O dziwo bezsilność i zmęczenie przerodziły się w obojętność. Tuktukarz puścił na cały regulator jakiś hindi dubstep i zaczęliśmy się wygłupiać w najlepsze. Z właścicielem hostelu mieliśmy po tym nawet siłę przejść się nad rzekę Ganges, bo ten usilnie chciał nam pokazać rzekę. Myślał, że znalazł frajerów, którym wciśnie jakąś wycieczkę. Próbował to nam zresztą zrobić przez cały nasz pobyt.

Poszliśmy zwiedzać miasto. Oczywiście wpierw udaliśmy się nad święta rzekę by zobaczyć ją przy świetle dziennym w pełnej krasie. Akurat zawitaliśmy w mieście, gdy poziom rzeki był wysoki, a nurt tak silny, że planowana przez nas przeprawa łódką była niemożliwa. Chcieliśmy zobaczyć słynne ghaty – czyli schody prowadzące do rzeki gdzie wierni dokonują oczyszczających kąpieli, medytacji czy też żegnają się ze zmarłymi bliskimi rozsypując ich prochy do świętej wody. Zostało nam jedynie obserwować te wszystkie ceremonie prosto z na wpół zalanych schodów. My chcieliśmy robić zdjęcia kąpiącym się Hindusom, ale to w zamiar oni podchodzili i chcieli mieć zdjęcia z nami. Nie ukrywam ciężko było pozować czując ściekającą po ramieniu wodę z Gangesu, bo przecież trzeba było się przytulić do białego turysty.

Błądziliśmy po klaustrofobicznych uliczkach Waranasi, co chwilę zachodząc pod rzekę i szukając jak najlepszego widoku. Tam atakowali nas sprzedawcy paszmin i jakiś koralików oraz krowy, których było tu pełno. Myśleliśmy, że bardziej brudnego miejsca na świecie nie ma ale Waranasi bezapelacyjnie zajmowało w tym pierwsze miejsce. Drogi były tak zaminowane przez krowy, że przejście na czysto było niemożliwe, a na widok Niemców chodzących boso robiło nam się niedobrze. Co turyści zachwalający to miejsce w nim widzieli nie byliśmy w stanie pojąć, tym bardziej widząc tu jedynie intratny turystyczny biznes pod przykrywką świętości. No co kto lubi i w co kto wierzy.

Wieczorem przy rzece można było zobaczyć wielkie snopy iskier strzelające w górę. Były to paleniska, na których martwi już wierni Hindusi przechodzili swoją ostatnią drogę i przemieniali się w popiół, później przez bliskich rozrzucany w Gangesie. O dziwo nie było czuć zapachu palonego ciała, a na pewno je palili, bo widzieliśmy jak nieśli zapakowane w kolorowe szmatki ciało. Zaczęło się wokół nas zbierać coraz więcej gapiów, więc zwyczajnie się stamtąd ulotniliśmy. Opuszczaliśmy Waranasi z kolejnym pakietem indyjskich doświadczeń. Pożegnaliśmy nachalnego właściciela hostelu i poszliśmy w kierunku dworca. Było sakramencko gorąco, więc podjechaliśmy trochę tuktukiem i podeszliśmy do czegoś, co wyglądało jak centrum handlowe. Mieliśmy nadzieję na lody z McDonalda, ale akurat coś się wydarzyło i zleciało się pełno ludzi, wszędzie była policja i wszystko pozamykali. Nam nikt nie był w stanie powiedzieć co tu się właściwie dzieje. Po chwili daliśmy za wygraną i poczłapaliśmy prosto na dworzec. Obładowani w ciastka i wodę wpakowaliśmy się do pociągu i rozpoczęliśmy nasz rytuał przygotowania pryczy, czyli po prostu nawilżające chusteczki poszły w ruch. Cały tłum (a stacja była niemożliwie przepełniona) też zaczął się ładować do wagonów i przy ogromnym chaosie odbyło się zajmowanie miejsc. Bez kłótni się nie obeszło. Zaraz po tym jak ruszyliśmy pojawiły się hijra – czyli mężczyźni poubierani w kolorowe sari do złudzenia wyglądający jak kobiety. Z powkładanymi już banknotami rupi między palcami u rąk machali nimi w teatralny sposób i chodząc po całym pociągu napastowali mężczyzn charakterystycznie przy tym strzelając palcami. Napastowani mężczyźni rzadko rzucali jakimś groszem, ale za to kobiety chętnie za co dostawały błogosławieństwo. Pojawiły się też kaleki, które czołgając się przez korytarz z miotełką wyciągali do pasażerów rękę po drobne. Przechodzili też obwoźni handlarze z popularną herbatą, samosą i bóg jeden wie czym jeszcze. Obserwowałam to wszystko z górnej pryczy, aż w końcu dopadło mnie znużenie. Po jakichś 15 godzinach dojechaliśmy na miejsce. W Gwaliorze przywitał nas deszcz. Musieliśmy zaniechać wędrówki z buta i wzięliśmy tuktuka. Hostel wyglądał na całkiem w porządku, choć musieliśmy poprosić o włączenie prądu. Chyba byliśmy jedynymi gośćmi. Zatrzymaliśmy się w Gwaliorze głównie po to by odpocząć w drodze do kolejnego miejsca, ale jak się okazało było warto. Mieszkaliśmy tuż obok Fortu, więc gdy tylko się rozpogodziło poszliśmy zwiedzać. Już przy samym wejściu przy bramie Urvai przywitały nas potężne posągi wyryte w skale, patrzące złowrogo pustym wzrokiem. Wyglądały naprawdę imponująco, a największy z nich miał prawie 18 metrów wysokości. Podobno wzdłuż wzgórza Gopachal na którym wznosi się Fort znajduje się około 1500 posągów. Wszystkie, które widzieliśmy wyglądały na wyryte z wielką dokładnością. Z samego Fortu rozpościerał się widok na całe miasto. Poszliśmy się przejść na spacer zwiedzając przy okazji świątynie. Jakoś niechcący ominęliśmy budkę z biletami i nie mogliśmy wejść do środka świątyni Telika Mandir i Sas Bahu ale z zewnątrz kompletnie nam wystarczyły. Skwar lejący się z nieba ułatwił nam decyzję o zakończeniu zwiedzania, więc uciekliśmy do pokoju w poszukiwaniu cienia. W końcu jutro też jest dzień.

Kolejny jednak rozpoczął się nieco dżdżyście. Mimo to nie chcieliśmy dawać za wygraną i zwiedzaliśmy dalej. Przeszliśmy się wzdłuż Fortu przez niemożliwie zabłocone uliczki Gwalioru. Drogi asfaltowej praktycznie tu nie było. Skończyliśmy oglądać grobowiec Mohammada Ghaus’a gdy z nieba lunęło srogim deszczem. Przeczekaliśmy chwilkę pod jakąś świątynią, po czym zaczęliśmy dalej brodzić w błotku w stronę hostelu. Brudna woda z ulicy pryskała w każdą stronę, więc gdy doszliśmy do centrum handlowego wyglądaliśmy jakbyśmy tarzali się w gównie. Dzięki bogu, że tu w toaletach mają sikawki, więc mogliśmy się przed pójściem zjeść doprowadzić do względnego porządku. Z pełnymi brzuchami poszliśmy obejrzeć jeszcze jedną świątynię. Początkowo chcieliśmy tego zaniechać wykończeni deszczem, ale ostatecznie okazało się, ze byśmy tego żałowali. Świątynia znajdowała się na wschodniej ścianie fortu i tez składała się z wyrytych w skale posągów. O wiele bardziej imponujących i lepiej zachowanych niż te, które widzieliśmy przy bramie Urvai. Przyciągała tez o wiele więcej turystów, którzy standardowo chcieli sobie robić z nami zdjęcia.

Gwalior był ciekawym przystankiem w naszej podróży przez Indie. Po wypiciu kolejnej masala chai na śniadanie przyszło nam jednak wsiąść do tuktuka by nim prosto pojechać na dworzec. Kolejny pociąg, setki kilometrów i droga w nieznane.

Podróż życia i trzeci największy szczyt świata. Darjeeling.

Znaliśmy już to lotnisko. 4 miesiące temu wylatywaliśmy stąd do Australii. Tym razem też czekała nas przygoda, kto wie może nawet bardziej ekstremalna, bo lecieliśmy do Indii. Na lotnisku wiedzieliśmy już gdzie będziemy spać i jeść. Musieliśmy tylko jakoś zapełnić ten czas.

W końcu wybiła nasza godzina i poszliśmy się odprawić. Bagaże, paszporty i kontrola, czyli standard. Jedynie miny ludzi (a byli tam sami Hindusi), z którymi wchodziliśmy przez bramki już do samolotu były bezcenne. No, bo, po co Ci biali lecą do tak nie turystycznego miejsca jak Visakhpatnam. Odpowiedź: Tanie bilety. Ten lot, po krótce zobrazował nam, czego mogliśmy się spodziewać po Indiach. Gapiący się ludzie, kłócący pasażerowie, płaczące dzieci i dziwny zapach w powietrzu.

Lotnisko było stosunkowo małe, ale i tak pędziliśmy przez nie by jak najszybciej przejść przez odprawę i znaleźć jakiś transport na dworzec kolejowy. Na wszystko mieliśmy tylko albo aż 2 i pół godziny. Po wypisaniu na szybko dokumentów i odczekaniu w kolejce w końcu odebraliśmy paszporty z wbitą wizą. Jeszcze szybka wymiana pieniędzy po super niekorzystnym kursie i wypad na miasto. Tylko przekroczyliśmy drzwi to uderzyła w nas porównywalna do basenu wilgotność. Było już ciemno i musieliśmy znaleźć tuktukarza, który nas nie oszwabi. Odganialiśmy wszystkich stojących zaraz przy lotnisku i pocisnęliśmy w kierunku głównej drogi. Tam w tumanach kurzu udało nam się zagaić gościa, który załatwił nam lokalną kwotę za przejazd. Jechaliśmy w kierunku dworca wśród tego całego chaosu na ulicy. Naczytaliśmy się wcześniej różnych ciekawych rzeczy, więc mieliśmy oczy wokół głowy. Mieliśmy jeszcze trochę czasu w zapasie, więc poszliśmy do wskazanego przez lokalsów miejsca by kupić wodę. Nie kłamali. Nasz pociąg przyjechał o czasie. Zajęliśmy swoje prycze i próbowaliśmy przespać pierwszą noc w indyjskim pociągu. Obudziliśmy się cali i nie okradzeni. Przetrwaliśmy nasz pierwszy indyjski pociąg i dotarliśmy do mieściny o wdzięcznej nazwie Bhubaneswar.

Jednodniowy przystanek w dalszej drodze na północ. W planach było zwiedzanie świątyń, lecz Bhubaneswar zgotował nam szokujące doznania. Nie odpuszczały nas ani na chwilę wianuszki babuszek i matek z dziećmi błagające o parę drobnych. Wśród tumanów kurzu z coraz bardziej skwaszoną miną staraliśmy się nie dać rozjechać szalonym kierowcom. Mijaliśmy zdechłe zwierzęta, bez jakiegokolwiek zainteresowania przechodniów leżące z pustymi oczodołami i wnętrznościami już nie wewnątrz. Przy licznych wysypiskach wzdłuż głównej drogi masa krów umiejętnie rozprawiała się z foliowymi torebkami by dotrzeć do pożywienia a tuż obok Hindusi prowadzili swoje knajpki, sklepy i inne biznesy. Gdy w końcu dotarliśmy zdewastowani do hostelu musieliśmy dwa razy wziąć prysznic, bo brud był wręcz niemożliwy do zmycia. Z niepocieszeniem wróciliśmy znów na ulicę by dostać się do (o dziwo) centrum handlowego by coś zjeść.

Wyspaliśmy się wyśmienicie. Przeszliśmy pustymi ulicami na dworzec. Nakupowaliśmy słodkości i wskoczyliśmy w nasz dwudziesto paro godzinny pociąg do New Jalpaiguri. W Indiach standardem jest nad programowa ilość pasażerów, przez co było głośno jak na stadionie, a nie liczni posiadacze biletów musieli wykłócać się o swoje miejsca. My byliśmy twardzi i z groźnymi minami zawsze zajmowaliśmy swoje miejsca. Nie jedni próbowali cwaniakować i pokazać białym turystów gdzie ich miejsce, ale Krzysztof walczył jak lew. To znaczy powiedział raz a Hindusi dawali od razu za wygraną. W New Jalpaiguri dopadł nas deszcz, w którym przez jakąś godzinę przyszło nam chodzić i szukać kierowcy, który nas za ludzkie pieniądze przewiezie jeepem. Obeszliśmy cały parking. Wszyscy kierowcy mieli za mało pasażerów, a ruszali dopiero jak mieli pełny wóz. W końcu zahaczył nas ten, któremu brakowało tylko dwóch do kompletu. Przejechaliśmy przez miasteczko równie urokliwe co poprzednie, później przez teren wojskowy i krętą drogą pod górę. Liczne zawijasy, dziurawa droga i szybkie manewry kierowcy wywróciły nam żołądki na lewą stronę. Widoki za oknem jednak rekompensowały trudy podróży. Wjechaliśmy ponad chmury i ukazał nam się himalajski krajobraz. Na wąskiej drodze mijały się liczne jeepy, dzieci w mundurkach wracające ze szkoły i roztrąbione skutery. Całą drogę towarzyszyło nam słońce, ale już na samej górze miasteczko było spowite gęstą mgłą. Kierowca zrzucił nam z dachu jeepa nasze tobołki i ruszyliśmy w poszukiwaniu naszego hostelu. Minęliśmy wieżę zegarową w starym kolonialnym stylu i weszliśmy w wąską dróżkę, miedzy dwoma budynkami, prowadzącą po schodach w górę. Trochę pobłądziliśmy, lecz w końcu jakoś trafiliśmy. Hostel górował nad miastem, a z wielkiego okna mieliśmy piękny widok na Darjeeling i okoliczne wzgórza.

Pogoda jak to w górach zmieniała się parę razy na dzień a szczególnie tutaj na 2140 m n.p.m. Po chwili na ogarnięcie ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka a w konkretnie jego kulinarnych możliwości. Zawitaliśmy do ładnie wyglądającej, drewnianej knajpki gdzie spróbowaliśmy wyśmienitego chowmaina i chińskich pierożków momo. Praktycznie w każdej knajpce można było dostać indyjskie i chińskie potrawy. Zwiedzając miasteczko człowiek czuł jakby przeniósł się w czasie. Większość budynków pamiętało czasy kolonialne a mieszkańcy nosili wymieszane współczesno – tradycyjne ubrania. Sama sławna kolejka wąskotorowa wyglądała jak istne wehikuł czasu. Miejsce to wyglądało zupełnie inaczej niż reszta Indii. Ludzie nie byli nachalni, nikt nie żebrał i wokół panował porządek. Panowała tu przyjazna górska atmosfera a jedyny chaos istniał na głównym targu tuż obok postoju dla jeepów i busików. Po spróbowaniu lokalnej herbaty, z której słynie region przeszliśmy przez zamglone miasteczko do Zoo Padmaja Naidu Himalayan Park, gdzie w jednym miejscu mogliśmy podziwiać rezydentów lokalnych wzgórz i lasów. Pierwszy raz widzieliśmy, jaka i tygrysa bengalskiego. Mimo, że park dobrze pamiętał lata 60 to był zaprojektowany tak by odwiedzający mogli spojrzeć na zwierzęta z góry nie mącąc im spokoju w ich obszernych wybiegach.

Do Darjeeling przyjechaliśmy jednak z zupełnie innego powodu. Naszym celem było zobaczyć Himalaje i trzeci, co do wielkości szczyt świata. Prognoza pogody niestety nie zwiastowała, że uda nam się spełnić to małe marzenie. Z nadzieją też, co jakiś czas spoglądaliśmy przez okno naszego pokoju w kierunku szczytu. Okazało się, że Himalaje nagradzają ranne ptaszki. O 5 rano wybudziłam się ze snu i z automatu spojrzałam przez okno. Miało lać, a ukazało mi się niebiesko różowe niebo. Jedną ręką przecierałam oczy z niedowierzania a drugą już szarpałam Krzysztofa krzycząc by się obudził. Po chwili siedzieliśmy w osłupieniu z twarzą przy szybie patrząc na Kanchendzongę. Ubraliśmy się w sekundę, zabraliśmy aparaty i wręcz wybiegliśmy z hostelu wpierw brutalnie budząc właścicieli by otwarli nam bramę. Nie mogliśmy stracić tak wyjątkowego momentu. Pobiegliśmy na punkt obserwacyjny niedaleko monastyru. Górę jeszcze pochłaniały małe obłoczki, ale szybko przeganiały je ciepłe promienie słońca. W pełnej okazałości widzieliśmy Kanchendzongę wraz z otaczającymi ją szczytami. Niby gdzieś w oddali był też Everest, ale nam laikom ciężko było określić, który to. Łaskawa pogoda pozwoliła nam na parę godzin podziwiania ośnieżonych szczytów. Czasem jedynie obraz tracił ostrość przez łzę wzruszenia. Zjedliśmy na śniadanie słodkie bułeczki, kupione dzień wcześniej, nie spuszczając z oka pięknych Himalajów. W końcu przyszły chmury, które na resztę dnia przyniosły deszcz. Z czystym sumieniem jednak mogliśmy spędzić resztę dnia w pokoju oglądając indyjska telewizję.

Dzień przed wyjazdem przez miasteczko znów płynęła gęsta mgła. Poszliśmy, więc zwiedzić buddyjska świątynię. Wszędzie pełno było porozwieszanych tradycyjnych tybetańskich flag modlitewnych, które nadawały miejscu mistyczny klimat. Zakręciliśmy modlitewnymi młynkami i ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z jednym z mnichów. Resztę czasu szwendaliśmy się uliczkami Darjeeling. Z samego rana znów przyszło nam szukać jeepa. Raz dwa zgarnął nas kierowca jadący do Silliguri z powrotem na niziny. Z powrotem do normalnych Indii.